(Hizaki)
Wysłuchałem wszystkiego w ciszy, zadając młodszemu od czasu do czasu jakieś pytanie, żeby nie gubił wątku i przy okazji się uspokoił. Gdy doszedł do dziejów tego dziecka, musiał przerwać. Zawsze był wrażliwy, ale w tym przypadku to sięgnęło zenitu.
- Spokojnie... Nie mogłeś nic zrobić. - pogładziłem go po policzku.
- Czuję się jakbym to ja go zabił. - jęknął, patrząc mi w oczy. - Nie zrozumiesz tego.
- Nawet nie chcę rozumieć. I lepiej by było, gdybyś ty też nie musiał... - westchnąłem. - No dobrze, już się nie męcz. Mniej więcej wiem co było dalej. Na szczęście Yuuji tam był. - przytuliłem Zina mocniej. - Wychodziłem tu z siebie, wiesz? Przeszukałem chyba wszystkie miejsca, które przyszły mi do głowy. - oparłem się o niego.
- Kocham cię. – powiedziałem - Zaraz przyjdzie święta trójca. Chcą się z tobą przywitać. - dodałem z uśmiechem.
- To miłe.
- Miłe? Cały czas jesteś taki sam. - zaśmiałem się, całując jego wargi. - To normalne. Jesteśmy aktualnie twoją rodziną, powinieneś się przyzwyczaić.
- Jasne. - westchnął. Wyglądał gorzej niż kiedykolwiek. Oprócz licznych sińców, wszechobecnej opuchlizny i zadrapań wydawało się jakby był już jedną nogą na tamtym świecie.
- Jak bardzo kiepsko się czujesz? - zapytałem.
- Bywało gorzej. - parsknął.
- To źle.
- Czy ja wiem...?
Pokręciłem głową. Nawet nie byłem w stanie mu pomóc. Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Poszedłem otworzyć. Przywitałem się ze wszystkimi, Yuki i Masashi poszli pierwsi.
Teru popatrzył na mnie wzrokiem, który był w stanie zmrozić Saharę.
- Wszystko twoja wina. Przez ciebie uciekł. - syknął. Fakt, odkąd zniknął na noc, zdarzało mu się ginąć na chwilę zdecydowanie częściej. Aż w końcu się stało.
- Teru... - westchnąłem smutno, patrząc w płonące złością oczy białowłosego.
- Zależy mu na tobie. Za bardzo. Zdecyduj się, dobrze ci radzę, nie masz prawa nikogo w ten sposób oszukiwać. - dodał, idąc do pokoju. Moje poczucie winy słusznie stało się jeszcze większą przepaścią. Cały czas spadałem, nie mając nawet nadziei na ratunek. Bo gdybym nie dał się ponieść chwili, wszystko byłoby dobrze. Nie uciekłby i nic by się nie stało. Oparłem się o futrynę i patrzyłem na całą czwórkę. Troje z nich wyglądało normalnie, a czwarty... O wiele gorzej niż w dniu, kiedy go przyprowadziłem do siebie. Przeze mnie. Wszystko zawsze było przeze mnie. Z rozmów wyłapałem coś o dziecku. Blondynowi zaszkliły się oczy.
- Idźcie już, proszę... - powiedział.
- Ale co się dzieje? - zdziwił się Masashi.
- Idźcie już, ja nie jestem taki jak wy... Nie jestem... - mruknął ospale, ale przybierając nieco obronny ton. Postanowiłem wkroczyć.
- Poprosił was o coś, nie? Nie chcę was wyganiać, ale... No sami spójrzcie... - wskazałem na odwróconego do nas tyłem Zina. Westchnąłem ciężko. Yuki poklepał go po plecach i wstał, by pójść w stronę drzwi.
- Trzymaj się. - powiedział cicho Masashi i poszedł za Yukim. Teru rzucił mi zimne spojrzenie. Odprowadziłem go do drzwi.
- Lepiej by było dla niego - syknął. - gdybyście się nigdy nie poznali.
W pierwszej chwili chciałem zaprzeczyć, ale sam w zasadzie nie byłem pewien. Dawał sobie radę, z pewnością wyszedłby na prostą prędzej czy później. A teraz... Teraz było z nim jeszcze gorzej niż wtedy. Tej pamiętnej dla nas obydwu nocy, po której już nie pozwoliłem opuścić mu swojego mieszkania. A może to było dla niego więzienie?
Wiedziałem dobrze, gdzie popełniłem błąd. Bardzo podobny błąd do tego popełnionego przez Królewnę Śnieżkę... Och, Hizaki, ile ty masz lat, chciałoby się powiedzieć. Ale to była prawda. Skusiło mnie pierdolone jabłko o pięknej, błyszczącej skórce. Jabłko, którym kiedyś się zatrułem.
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Wyjrzałem przez wizjer,
Moje jabłko właśnie się przyturlało. Nie otworzyłem. Nic mu się nie stanie, jeśli go zignoruję chociaż raz. Wróciłem do pokoju. Usiadłem obok Zina i złapałem go za bladą, drżącą dłoń. Popatrzył na mnie tymi samymi, nieco wystraszonymi oczyma co kiedyś. Przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem. Schowałem twarz w jego włosach. Było zupełnie cicho. Słyszałem tylko nasze oddechy i szum wiatru za oknem. Nie było sensu przerywać tego milczenia. Nawet nie wiedziałbym co powiedzieć. Po prostu przy nim byłem. Po jakimś czasie blondyn zasnął. Odsunąłem się i ułożyłem go na kanapie, żeby dodatkowo nie bolał go jeszcze kręgosłup. Zabrałem z niego zwinięty dziwacznie koc, chcąc go przykryć w całości. Później poszedłem do sypialni żeby trochę ogarnąć. Zaniedbałem wszystko, kiedy go nie było. Porozwalane po pokoju sterty ubrań nie dawały już normalnie chodzić. Kiedy skończyłem sprzątać, padłem zmęczony na łóżko. Rozejrzałem się dumny ze swojego dzieła. Wziąłem do ręki książkę Zina i przekartkowałem ją z nudów. W pewnej chwili spomiędzy stron coś wypadło mi na brzuch. Mała prostokątna torebka foliowa, ubrudzona białym proszkiem od wewnątrz. Czy on…
Poszedłem szybko do salonu. Odkryłem go delikatnie i rozprostowałem ramiona. Na lewej ręce przy zgięciu łokcia widniały intensywnie purpurowe, niewielkie zasinienia. Zrobiło mi się słabo. Usiadłem i zacząłem analizować jego zachowanie w ciągu ostatnich tygodni. A ja całe to ogólne wyczerpanie zwalałem na przesilenie…
- Pobudka, musimy porozmawiać. – pogładziłem go po dłoni.
Otworzył oczy. Popatrzył na mnie, niemo pytając o co chodzi. Pomogłem mu się podnieść. Pokazałem mu torebeczkę.
- Ja jestem z tobą szczery, więc ty też bądź. Co to jest?
- Torebka. – odpowiedział, patrząc się na mnie jak na idiotę.
- Po…?
- A skąd ja mam to wiedzieć? – odparł tonem takim, jakbym zapytał go o datę urodzenia lwa w Kanadyjskim zoo.
- Dobrze… - mruknąłem nieco poddenerwowany. Złapałem go za nadgarstek i rozprostowałem mu ramię, napotykając jego słaby opór. Nie miał siły. Dostrzegłem przerażenie na jego twarzy. – Więc powiedz mi, co to jest? – wskazałem na ślady po igle.
Zacisnął wargi. Patrzyłem na niego wyczekująco. W pewnej chwili z jego oczu zaczęły płynąć łzy.
- N… Ja nie jestem taki jak wy… - wymamrotał. – Nie jestem…
- Zin, uspokój się…
- Różnimy się… - powiedział powoli. – Inni.
- Kochanie, powiedz mi dlaczego… - zapytałem, chwytając jego obydwie ręce i patrząc mu w oczy.
- Wróciło… Chciałem to przespać… - zachłysnął się łzami. Nic nie rozumiałem z jego wypowiedzi. - Nie jestem taki… jak wy…
- Zamknij się! – uniosłem głos. Wpędziłem go tym w jakąś histerię, zaczął bełkotać coś, płacząc bez przerwy o starając się mnie odepchnąć. Nie miał siły. – Przepraszam. Nie powinienem krzyczeć… - powiedziałem, odsuwając jego ręce od siebie i przytuliłem go. – Spokojnie. – szepnąłem. Zaczął się szarpać.
- Jesteście inni! – krzyknął.
- Nie jesteśmy! – przekrzyczałem go. Zakryłem mu usta. Nie przestawałem go trzymać, jeszcze zrobi sobie krzywdę. W końcu się zmęczył. Przestał mi wbijać paznokcie w barki i opuścił luźno ręce. Oparł o mnie głowę tak, by nie patrzeć mi w oczy.
- Cały ten czas staram się, żebyś w końcu uwierzył, że jesteś naprawdę cudowną osobą. Źle ci ze mną?
Pokręcił głową. Westchnąłem ciężko.
- Nie weźmiesz już więcej. Nie pozwolę na to.
- Ale.. Ja muszę…
- Nic nie musisz. – odpowiedziałem mu sucho.
- Ty też nie musisz mnie tu trzymać…
- O czym ty mówisz? Kocham cię, więc „trzymam cię tu”. Ty mówiłeś to samo.
- Ale…
- Ale co? – spojrzałem na niego wyczekująco, unosząc mu podbródek do góry.
- Ale ja to wykorzystałem. Nic do ciebie nie czuję oprócz wdzięczności.
Nie wierzyłem w to, co on mówił. To bolało, ale nie mógł mówić prawdy.
- Nie wygłupiaj się, przecież pamiętam jak zareagowałeś… Na mnie i Kamijo… Pamiętam jak mi to mówiłeś… Zin, cholera! Przestań, proszę cię.
- Nie… Nie kocham cię… - powiedział, a potem się rozpłakał. Co to za akcje? Nie byłem aż tak głupi, by w to uwierzyć.
- Nie odzywaj się już, głupku. Wszystko będzie dobrze. – przytuliłem go, głaszcząc uspokajająco po plecach. – Jestem przy tobie.
(Zin)
Nie umiałem mu spojrzeć w oczy. Nie panowałem już nad sobą, straciłem kontrolę. Czułem, że naprawdę lepiej by dla niego było, gdyby nigdy nie wchodził do metra. Tam można wdepnąć w niezłe gówno.
- Przepraszam – szepnąłem.
- Powinieneś przeprosić siebie, skarbie. – westchnął. Sam już nie wiedziałem, co się dzieje. Przed nim nigdy nikt mnie tak nie traktował. Matka z własnego domu wypędzała jak psa, a kiedy dobiłem do pełnoletniości, wyrzuciła jak kolejny zbędny mebel. Widocznie coś było ze mną nie tak. Doskonale wiedziałem, że tak nie powinno być.
- To wróciło, nawet sam nie wiem kiedy… - jęknąłem, ściskając jego dłoń. Kręciło mi się w głowie i byłem śpiący.
- Co wróciło?
- Od ćpania się zaczęło… Skończyłem szkołę z internatem, byłem niby taki jak wszyscy. I wtedy okazało się, że nie mogę wrócić. Byłem za słaby żeby ze sobą skończyć od razu… Tylko tego żałuję… - mówiłem powoli. Otworzyłem się przed nim, bo ufałem mu mimo wszystko. Wierzyłem, że jest moim najlepszym i jedynym przyjacielem.
- Nie mów tak. – powiedział, całując mnie w czoło.
- Skończyłem z tym później, chciałem zacząć żyć jak inni… I pojawiłeś się ty.
- Wtedy?
- Wtedy.
Zamknąłem oczy. Odsunąłem się od Hizakiego i podciągnąłem kolana pod brodę.
- Zmieniłeś moje życie. Ale Kamijo będzie dla ciebie lepszy. – uśmiechnąłem się, patrząc w przestrzeń. – Pogodziłem się z tym. Chciałbym, żebyś był szczęśliwy i przestał się dla mnie poświęcać.
- Ale ja cię kocham… - powiedział, patrząc na mnie smutno.
- Ale nie powinieneś dłużej mieć ze mną kontaktu. Spójrz, kim jestem? – już otwierał usta. Przerwałem mu. – Jestem ćpunem. Czy marzyłeś kiedyś o byciu z ćpunem? Kamijo jest kimś dla ciebie, nie ja.
- Nie, Zin, jesteś tylko cholernym idiotą. Są powody, dla których nie chcę do niego wracać. A to wtedy, po próbie… Przepraszałem cię za to i przepraszam jeszcze raz.
- Nie mam do ciebie żalu. Rozumiem to.
- To źle rozumiesz! – krzyknął. Popatrzyłem na niego osłupiały. – Zjebałem po całości, kocham cię, ale zacząłeś przeze mnie ćpać, tak to zrozum! Przestań się, kurwa, obwiniać za wszystko!
Umilkłem. Z jednej strony miał rację, chciałem go błagać, żeby mnie nie zostawiał, a z drugiej… Czułem że nie powinienem.
- Wszystko będzie dobrze, rozumiesz? Kocham cię, nic się nie zmieniło i dalej chcę ci pomóc. Chcesz ćpać ten syf i skończyć martwy w jakimś rowie? – zapytał. Oczy mu błyszczały.
- A mam jakieś wyjście…?
- Masz.
- Jestem u-za-leż-nio-ny, Hizaki. Z tego nie ma wyjścia.
- Owszem, jest. Kiedy ostatnio brałeś?
- N…Nie pamiętam. – skłamałem. Resztkę zeskrobaną z papierków wstrzyknąłem sobie w nocy. Prawie nie poczułem, ale sama świadomość dawała mi uczucie spokoju.
- Ile razy w ogóle?
- Daj mi spokój. – odwróciłem się. Nie chciałem już o tym mówić. Wstałem, ale za chwilę poczułem, że upadam. Złapał mnie w ostatniej chwili.
- Po to tu jestem – szepnął. – Nie pozwolę ci upaść.
Wtuliłem się w niego i rozpłakałem przez własny idiotyzm. Czułem się rozbity, złamany, pokruszony – można by było określić to na wiele sposobów, lecz żadne nie byłoby odpowiednim. Usiedliśmy z powrotem na kanapie.
- Powiedz mi proszę, czy chowasz gdzieś tego więcej? – zapytał, głaszcząc mnie po włosach. Pokręciłem głową. Nie miałem już ani grama.
- To dobrze. Nie do końca ci ufam, więc raczej nie będę cię zostawiał samego na dłużej. Umówię cię do kliniki leczenia uzależnień. Wszystko będzie dobrze. – mówił. Przytakiwałem. Jeżeli chciał pomóc, nie zamierzałem mu tego utrudniać.
- Trzymaj się. - powiedział cicho Masashi i poszedł za Yukim. Teru rzucił mi zimne spojrzenie. Odprowadziłem go do drzwi.
- Lepiej by było dla niego - syknął. - gdybyście się nigdy nie poznali.
W pierwszej chwili chciałem zaprzeczyć, ale sam w zasadzie nie byłem pewien. Dawał sobie radę, z pewnością wyszedłby na prostą prędzej czy później. A teraz... Teraz było z nim jeszcze gorzej niż wtedy. Tej pamiętnej dla nas obydwu nocy, po której już nie pozwoliłem opuścić mu swojego mieszkania. A może to było dla niego więzienie?
Wiedziałem dobrze, gdzie popełniłem błąd. Bardzo podobny błąd do tego popełnionego przez Królewnę Śnieżkę... Och, Hizaki, ile ty masz lat, chciałoby się powiedzieć. Ale to była prawda. Skusiło mnie pierdolone jabłko o pięknej, błyszczącej skórce. Jabłko, którym kiedyś się zatrułem.
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Wyjrzałem przez wizjer,
Moje jabłko właśnie się przyturlało. Nie otworzyłem. Nic mu się nie stanie, jeśli go zignoruję chociaż raz. Wróciłem do pokoju. Usiadłem obok Zina i złapałem go za bladą, drżącą dłoń. Popatrzył na mnie tymi samymi, nieco wystraszonymi oczyma co kiedyś. Przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem. Schowałem twarz w jego włosach. Było zupełnie cicho. Słyszałem tylko nasze oddechy i szum wiatru za oknem. Nie było sensu przerywać tego milczenia. Nawet nie wiedziałbym co powiedzieć. Po prostu przy nim byłem. Po jakimś czasie blondyn zasnął. Odsunąłem się i ułożyłem go na kanapie, żeby dodatkowo nie bolał go jeszcze kręgosłup. Zabrałem z niego zwinięty dziwacznie koc, chcąc go przykryć w całości. Później poszedłem do sypialni żeby trochę ogarnąć. Zaniedbałem wszystko, kiedy go nie było. Porozwalane po pokoju sterty ubrań nie dawały już normalnie chodzić. Kiedy skończyłem sprzątać, padłem zmęczony na łóżko. Rozejrzałem się dumny ze swojego dzieła. Wziąłem do ręki książkę Zina i przekartkowałem ją z nudów. W pewnej chwili spomiędzy stron coś wypadło mi na brzuch. Mała prostokątna torebka foliowa, ubrudzona białym proszkiem od wewnątrz. Czy on…
Poszedłem szybko do salonu. Odkryłem go delikatnie i rozprostowałem ramiona. Na lewej ręce przy zgięciu łokcia widniały intensywnie purpurowe, niewielkie zasinienia. Zrobiło mi się słabo. Usiadłem i zacząłem analizować jego zachowanie w ciągu ostatnich tygodni. A ja całe to ogólne wyczerpanie zwalałem na przesilenie…
- Pobudka, musimy porozmawiać. – pogładziłem go po dłoni.
Otworzył oczy. Popatrzył na mnie, niemo pytając o co chodzi. Pomogłem mu się podnieść. Pokazałem mu torebeczkę.
- Ja jestem z tobą szczery, więc ty też bądź. Co to jest?
- Torebka. – odpowiedział, patrząc się na mnie jak na idiotę.
- Po…?
- A skąd ja mam to wiedzieć? – odparł tonem takim, jakbym zapytał go o datę urodzenia lwa w Kanadyjskim zoo.
- Dobrze… - mruknąłem nieco poddenerwowany. Złapałem go za nadgarstek i rozprostowałem mu ramię, napotykając jego słaby opór. Nie miał siły. Dostrzegłem przerażenie na jego twarzy. – Więc powiedz mi, co to jest? – wskazałem na ślady po igle.
Zacisnął wargi. Patrzyłem na niego wyczekująco. W pewnej chwili z jego oczu zaczęły płynąć łzy.
- N… Ja nie jestem taki jak wy… - wymamrotał. – Nie jestem…
- Zin, uspokój się…
- Różnimy się… - powiedział powoli. – Inni.
- Kochanie, powiedz mi dlaczego… - zapytałem, chwytając jego obydwie ręce i patrząc mu w oczy.
- Wróciło… Chciałem to przespać… - zachłysnął się łzami. Nic nie rozumiałem z jego wypowiedzi. - Nie jestem taki… jak wy…
- Zamknij się! – uniosłem głos. Wpędziłem go tym w jakąś histerię, zaczął bełkotać coś, płacząc bez przerwy o starając się mnie odepchnąć. Nie miał siły. – Przepraszam. Nie powinienem krzyczeć… - powiedziałem, odsuwając jego ręce od siebie i przytuliłem go. – Spokojnie. – szepnąłem. Zaczął się szarpać.
- Jesteście inni! – krzyknął.
- Nie jesteśmy! – przekrzyczałem go. Zakryłem mu usta. Nie przestawałem go trzymać, jeszcze zrobi sobie krzywdę. W końcu się zmęczył. Przestał mi wbijać paznokcie w barki i opuścił luźno ręce. Oparł o mnie głowę tak, by nie patrzeć mi w oczy.
- Cały ten czas staram się, żebyś w końcu uwierzył, że jesteś naprawdę cudowną osobą. Źle ci ze mną?
Pokręcił głową. Westchnąłem ciężko.
- Nie weźmiesz już więcej. Nie pozwolę na to.
- Ale.. Ja muszę…
- Nic nie musisz. – odpowiedziałem mu sucho.
- Ty też nie musisz mnie tu trzymać…
- O czym ty mówisz? Kocham cię, więc „trzymam cię tu”. Ty mówiłeś to samo.
- Ale…
- Ale co? – spojrzałem na niego wyczekująco, unosząc mu podbródek do góry.
- Ale ja to wykorzystałem. Nic do ciebie nie czuję oprócz wdzięczności.
Nie wierzyłem w to, co on mówił. To bolało, ale nie mógł mówić prawdy.
- Nie wygłupiaj się, przecież pamiętam jak zareagowałeś… Na mnie i Kamijo… Pamiętam jak mi to mówiłeś… Zin, cholera! Przestań, proszę cię.
- Nie… Nie kocham cię… - powiedział, a potem się rozpłakał. Co to za akcje? Nie byłem aż tak głupi, by w to uwierzyć.
- Nie odzywaj się już, głupku. Wszystko będzie dobrze. – przytuliłem go, głaszcząc uspokajająco po plecach. – Jestem przy tobie.
(Zin)
Nie umiałem mu spojrzeć w oczy. Nie panowałem już nad sobą, straciłem kontrolę. Czułem, że naprawdę lepiej by dla niego było, gdyby nigdy nie wchodził do metra. Tam można wdepnąć w niezłe gówno.
- Przepraszam – szepnąłem.
- Powinieneś przeprosić siebie, skarbie. – westchnął. Sam już nie wiedziałem, co się dzieje. Przed nim nigdy nikt mnie tak nie traktował. Matka z własnego domu wypędzała jak psa, a kiedy dobiłem do pełnoletniości, wyrzuciła jak kolejny zbędny mebel. Widocznie coś było ze mną nie tak. Doskonale wiedziałem, że tak nie powinno być.
- To wróciło, nawet sam nie wiem kiedy… - jęknąłem, ściskając jego dłoń. Kręciło mi się w głowie i byłem śpiący.
- Co wróciło?
- Od ćpania się zaczęło… Skończyłem szkołę z internatem, byłem niby taki jak wszyscy. I wtedy okazało się, że nie mogę wrócić. Byłem za słaby żeby ze sobą skończyć od razu… Tylko tego żałuję… - mówiłem powoli. Otworzyłem się przed nim, bo ufałem mu mimo wszystko. Wierzyłem, że jest moim najlepszym i jedynym przyjacielem.
- Nie mów tak. – powiedział, całując mnie w czoło.
- Skończyłem z tym później, chciałem zacząć żyć jak inni… I pojawiłeś się ty.
- Wtedy?
- Wtedy.
Zamknąłem oczy. Odsunąłem się od Hizakiego i podciągnąłem kolana pod brodę.
- Zmieniłeś moje życie. Ale Kamijo będzie dla ciebie lepszy. – uśmiechnąłem się, patrząc w przestrzeń. – Pogodziłem się z tym. Chciałbym, żebyś był szczęśliwy i przestał się dla mnie poświęcać.
- Ale ja cię kocham… - powiedział, patrząc na mnie smutno.
- Ale nie powinieneś dłużej mieć ze mną kontaktu. Spójrz, kim jestem? – już otwierał usta. Przerwałem mu. – Jestem ćpunem. Czy marzyłeś kiedyś o byciu z ćpunem? Kamijo jest kimś dla ciebie, nie ja.
- Nie, Zin, jesteś tylko cholernym idiotą. Są powody, dla których nie chcę do niego wracać. A to wtedy, po próbie… Przepraszałem cię za to i przepraszam jeszcze raz.
- Nie mam do ciebie żalu. Rozumiem to.
- To źle rozumiesz! – krzyknął. Popatrzyłem na niego osłupiały. – Zjebałem po całości, kocham cię, ale zacząłeś przeze mnie ćpać, tak to zrozum! Przestań się, kurwa, obwiniać za wszystko!
Umilkłem. Z jednej strony miał rację, chciałem go błagać, żeby mnie nie zostawiał, a z drugiej… Czułem że nie powinienem.
- Wszystko będzie dobrze, rozumiesz? Kocham cię, nic się nie zmieniło i dalej chcę ci pomóc. Chcesz ćpać ten syf i skończyć martwy w jakimś rowie? – zapytał. Oczy mu błyszczały.
- A mam jakieś wyjście…?
- Masz.
- Jestem u-za-leż-nio-ny, Hizaki. Z tego nie ma wyjścia.
- Owszem, jest. Kiedy ostatnio brałeś?
- N…Nie pamiętam. – skłamałem. Resztkę zeskrobaną z papierków wstrzyknąłem sobie w nocy. Prawie nie poczułem, ale sama świadomość dawała mi uczucie spokoju.
- Ile razy w ogóle?
- Daj mi spokój. – odwróciłem się. Nie chciałem już o tym mówić. Wstałem, ale za chwilę poczułem, że upadam. Złapał mnie w ostatniej chwili.
- Po to tu jestem – szepnął. – Nie pozwolę ci upaść.
Wtuliłem się w niego i rozpłakałem przez własny idiotyzm. Czułem się rozbity, złamany, pokruszony – można by było określić to na wiele sposobów, lecz żadne nie byłoby odpowiednim. Usiedliśmy z powrotem na kanapie.
- Powiedz mi proszę, czy chowasz gdzieś tego więcej? – zapytał, głaszcząc mnie po włosach. Pokręciłem głową. Nie miałem już ani grama.
- To dobrze. Nie do końca ci ufam, więc raczej nie będę cię zostawiał samego na dłużej. Umówię cię do kliniki leczenia uzależnień. Wszystko będzie dobrze. – mówił. Przytakiwałem. Jeżeli chciał pomóc, nie zamierzałem mu tego utrudniać.
***
Dwa tygodnie na detoksie pokazały mi, że mogę bez tego żyć. To były niesamowicie nieprzyjemne dwa tygodnie, ale świadomość, że mogę wygrać była cudowna. Nigdy więcej. Cieszyłem się do tego stopnia, że chciałem, by ten czas już minął – czas, przez który nie będę już nic brał. Brzmi dziwnie, ale to właśnie czułem. Chciałem udowodnić sobie, że mogę. Wyszedłem z izolacji, w końcu mogłem wytargać walizkę i przytulić się do jedynej osoby na świecie, która okazała mi tak cenne wsparcie. Ale zanim odszukałem go wzrokiem, on już był obok i rzucił się na mnie, witając się wylewnie.
- Spotkałem po drodze jakiegoś kolesia… Mówił że jest twoim znajomym z liceum i że cię ze mną widział i że chce się spotkać. – powiedział. Zdziwiłem się. Oparłem głowę o jego ramię.
- Dziwne. Raczej nie miałem tam znajomych.
- Tylko ci mówię. Nieprzyjemny typ.
- A jak wyglądał…? – zapytałem podejrzliwie.
- Prawie łysy i prawie bez brwi. Prawie zacząłem uciekać. – długowłosy wzdrygnął się. Wtuliłem się w niego. Nie chciałem myśleć o problemach, doskonale znałem tego kolesia. Nie była to dobra znajomość. Przesunąłem wzrokiem po skwerku, na który miałem doskonały widok. Prawie łysy mężczyzna pomachał mi. Zesztywniałem.
- Zin, wszystko okej?
- Tak, tak. – uśmiechnąłem się, spoglądając na Masayę. Pocałował mnie krótko w usta.
- I tak już będzie.
- Zawsze. – dokończyłem, patrząc mu w oczy. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie koniec. Spojrzałem jeszcze raz w stronę drzew.
Nikogo tam nie było.