niedziela, 7 sierpnia 2016

Szkarłatny Przystanek VII

      (Hizaki)
      Wysłuchałem wszystkiego w ciszy, zadając młodszemu od czasu do czasu jakieś pytanie, żeby nie gubił wątku i przy okazji się uspokoił. Gdy doszedł do dziejów tego dziecka, musiał przerwać. Zawsze był wrażliwy, ale w tym przypadku to sięgnęło zenitu.
      - Spokojnie... Nie mogłeś nic zrobić. - pogładziłem go po policzku.
      - Czuję się jakbym to ja go zabił. - jęknął, patrząc mi w oczy. - Nie zrozumiesz tego.
      - Nawet nie chcę rozumieć. I lepiej by było, gdybyś ty też nie musiał... - westchnąłem. - No dobrze, już się nie męcz. Mniej więcej wiem co było dalej. Na szczęście Yuuji tam był. - przytuliłem Zina mocniej. - Wychodziłem tu z siebie, wiesz? Przeszukałem chyba wszystkie miejsca, które przyszły mi do głowy. - oparłem się o niego.
       - Kocham cię. – powiedziałem - Zaraz przyjdzie święta trójca. Chcą się z tobą przywitać. - dodałem z uśmiechem.
       - To miłe.
       - Miłe? Cały czas jesteś taki sam. - zaśmiałem się, całując jego wargi. - To normalne. Jesteśmy aktualnie twoją rodziną, powinieneś się przyzwyczaić.
       - Jasne. - westchnął. Wyglądał gorzej niż kiedykolwiek. Oprócz licznych sińców, wszechobecnej opuchlizny i zadrapań wydawało się jakby był już jedną nogą na tamtym świecie.
      - Jak bardzo kiepsko się czujesz? - zapytałem.
      - Bywało gorzej. - parsknął.
      - To źle.
      - Czy ja wiem...?
Pokręciłem głową. Nawet nie byłem w stanie mu pomóc. Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Poszedłem otworzyć. Przywitałem się ze wszystkimi, Yuki i Masashi poszli pierwsi.
Teru popatrzył na mnie wzrokiem, który był w stanie zmrozić Saharę.
     - Wszystko twoja wina. Przez ciebie uciekł. - syknął. Fakt, odkąd zniknął na noc, zdarzało mu się ginąć na chwilę zdecydowanie częściej. Aż w końcu się stało.
     - Teru... - westchnąłem smutno, patrząc w płonące złością oczy białowłosego.
     - Zależy mu na tobie. Za bardzo. Zdecyduj się, dobrze ci radzę, nie masz prawa nikogo w ten sposób oszukiwać. - dodał, idąc do pokoju. Moje poczucie winy słusznie stało się jeszcze większą przepaścią. Cały czas spadałem, nie mając nawet nadziei na ratunek. Bo gdybym nie dał się ponieść chwili, wszystko byłoby dobrze. Nie uciekłby i nic by się nie stało. Oparłem się o futrynę i patrzyłem na całą czwórkę. Troje z nich wyglądało normalnie, a czwarty... O wiele gorzej niż w dniu, kiedy go przyprowadziłem do siebie. Przeze mnie. Wszystko zawsze było przeze mnie. Z rozmów wyłapałem coś o dziecku. Blondynowi zaszkliły się oczy.
    - Idźcie już, proszę... - powiedział.
    - Ale co się dzieje? - zdziwił się Masashi.
    - Idźcie już, ja nie jestem taki jak wy... Nie jestem... - mruknął ospale, ale przybierając nieco obronny ton. Postanowiłem wkroczyć.
    - Poprosił was o coś, nie? Nie chcę was wyganiać, ale... No sami spójrzcie... - wskazałem na odwróconego do nas tyłem Zina. Westchnąłem ciężko. Yuki poklepał go po plecach i wstał, by pójść w stronę drzwi.   
    - Trzymaj się. - powiedział cicho Masashi i poszedł za Yukim. Teru rzucił mi zimne spojrzenie. Odprowadziłem go do drzwi. 
    - Lepiej by było dla niego - syknął. - gdybyście się nigdy nie poznali. 
W pierwszej chwili chciałem zaprzeczyć, ale sam w zasadzie nie byłem pewien. Dawał sobie radę, z pewnością wyszedłby na prostą prędzej czy później. A teraz... Teraz było z nim jeszcze gorzej niż wtedy. Tej pamiętnej dla nas obydwu nocy, po której już nie pozwoliłem opuścić mu swojego mieszkania. A może to było dla niego więzienie? 
Wiedziałem dobrze, gdzie popełniłem błąd. Bardzo podobny błąd do tego popełnionego przez Królewnę Śnieżkę... Och, Hizaki, ile ty masz lat, chciałoby się powiedzieć. Ale to była prawda. Skusiło mnie pierdolone jabłko o pięknej, błyszczącej skórce. Jabłko, którym kiedyś się zatrułem. 
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Wyjrzałem przez wizjer, 
Moje jabłko właśnie się przyturlało. Nie otworzyłem. Nic mu się nie stanie, jeśli go zignoruję chociaż raz. Wróciłem do pokoju. Usiadłem obok Zina i złapałem go za bladą, drżącą dłoń. Popatrzył na mnie tymi samymi, nieco wystraszonymi oczyma co kiedyś. Przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem. Schowałem twarz w jego włosach. Było zupełnie cicho. Słyszałem tylko nasze oddechy i szum wiatru za oknem. Nie było sensu przerywać tego milczenia. Nawet nie wiedziałbym co powiedzieć. Po prostu przy nim byłem. Po jakimś czasie blondyn zasnął. Odsunąłem się i ułożyłem go na kanapie, żeby dodatkowo nie bolał go jeszcze kręgosłup. Zabrałem z niego zwinięty dziwacznie koc, chcąc go przykryć w całości. Później poszedłem do sypialni żeby trochę ogarnąć. Zaniedbałem wszystko, kiedy go nie było. Porozwalane po pokoju sterty ubrań nie dawały już normalnie chodzić. Kiedy skończyłem sprzątać, padłem zmęczony na łóżko. Rozejrzałem się dumny ze swojego dzieła. Wziąłem do ręki książkę Zina i przekartkowałem ją z nudów. W pewnej chwili spomiędzy stron coś wypadło mi na brzuch. Mała prostokątna torebka foliowa, ubrudzona białym proszkiem od wewnątrz. Czy on… 
Poszedłem szybko do salonu. Odkryłem go delikatnie i rozprostowałem ramiona. Na lewej ręce przy zgięciu łokcia widniały intensywnie purpurowe, niewielkie zasinienia. Zrobiło mi się słabo. Usiadłem i zacząłem analizować jego zachowanie w ciągu ostatnich tygodni. A ja całe to ogólne wyczerpanie zwalałem na przesilenie…
      - Pobudka, musimy porozmawiać. – pogładziłem go po dłoni. 
Otworzył oczy. Popatrzył na mnie, niemo pytając o co chodzi. Pomogłem mu się podnieść. Pokazałem mu torebeczkę. 
      - Ja jestem z tobą szczery, więc ty też bądź. Co to jest?
      - Torebka. – odpowiedział, patrząc się na mnie jak na idiotę. 
      - Po…?
      - A skąd ja mam to wiedzieć? – odparł tonem takim, jakbym zapytał go o datę urodzenia lwa w Kanadyjskim zoo.
      - Dobrze… - mruknąłem nieco poddenerwowany. Złapałem go za nadgarstek i rozprostowałem mu ramię, napotykając jego słaby opór. Nie miał siły. Dostrzegłem przerażenie na jego twarzy. – Więc powiedz mi, co to jest? – wskazałem na ślady po igle. 
Zacisnął wargi. Patrzyłem na niego wyczekująco. W pewnej chwili z jego oczu zaczęły płynąć łzy. 
      - N… Ja nie jestem taki jak wy… - wymamrotał. – Nie jestem…
      - Zin, uspokój się…
      - Różnimy się… - powiedział powoli. – Inni.
      - Kochanie, powiedz mi dlaczego… - zapytałem, chwytając jego obydwie ręce i patrząc mu w oczy.
      - Wróciło… Chciałem to przespać… - zachłysnął się łzami. Nic nie rozumiałem z jego wypowiedzi. - Nie jestem taki… jak wy…
      - Zamknij się! – uniosłem głos. Wpędziłem go tym w jakąś histerię, zaczął bełkotać coś, płacząc bez przerwy o starając się mnie odepchnąć. Nie miał siły. – Przepraszam. Nie powinienem krzyczeć… - powiedziałem, odsuwając jego ręce od siebie i przytuliłem go. – Spokojnie. – szepnąłem. Zaczął się szarpać. 
      - Jesteście inni! – krzyknął. 
      - Nie jesteśmy! – przekrzyczałem go. Zakryłem mu usta. Nie przestawałem go trzymać, jeszcze zrobi sobie krzywdę. W końcu się zmęczył. Przestał mi wbijać paznokcie w barki i opuścił luźno ręce. Oparł o mnie głowę tak, by nie patrzeć mi w oczy. 
       - Cały ten czas staram się, żebyś w końcu uwierzył, że jesteś naprawdę cudowną osobą. Źle ci ze mną? 
Pokręcił głową. Westchnąłem ciężko. 
        - Nie weźmiesz już więcej. Nie pozwolę na to. 
        - Ale.. Ja muszę…
        - Nic nie musisz. – odpowiedziałem mu sucho. 
        - Ty też nie musisz mnie tu trzymać…
        - O czym ty mówisz? Kocham cię, więc „trzymam cię tu”.  Ty mówiłeś to samo. 
        - Ale… 
        - Ale co? – spojrzałem na niego wyczekująco, unosząc mu podbródek do góry. 
        - Ale ja to wykorzystałem. Nic do ciebie nie czuję oprócz wdzięczności. 
Nie wierzyłem w to, co on mówił. To bolało, ale nie mógł mówić prawdy. 
        - Nie wygłupiaj się, przecież pamiętam jak zareagowałeś… Na mnie i Kamijo… Pamiętam jak mi to mówiłeś… Zin, cholera! Przestań, proszę cię. 
        - Nie… Nie kocham cię… - powiedział, a potem się rozpłakał. Co to za akcje? Nie byłem aż tak głupi, by w to uwierzyć. 
        - Nie odzywaj się już, głupku. Wszystko będzie dobrze. – przytuliłem go, głaszcząc uspokajająco po plecach. – Jestem przy tobie.
      


(Zin)

Nie umiałem mu spojrzeć w oczy. Nie panowałem już nad sobą, straciłem kontrolę. Czułem, że naprawdę lepiej by dla niego było, gdyby nigdy nie wchodził do metra. Tam można wdepnąć w niezłe gówno. 
         - Przepraszam – szepnąłem. 
         - Powinieneś przeprosić siebie, skarbie. – westchnął. Sam już nie wiedziałem, co się dzieje. Przed nim nigdy nikt mnie tak nie traktował. Matka z własnego domu wypędzała jak psa, a kiedy dobiłem do pełnoletniości, wyrzuciła jak kolejny zbędny mebel. Widocznie coś było ze mną nie tak. Doskonale wiedziałem, że tak nie powinno być. 
         - To wróciło, nawet sam nie wiem kiedy… - jęknąłem, ściskając jego dłoń. Kręciło mi się w głowie i byłem śpiący.
         - Co wróciło?
         - Od ćpania się zaczęło… Skończyłem szkołę z internatem, byłem niby taki jak wszyscy. I wtedy  okazało się, że nie mogę wrócić. Byłem za słaby żeby ze sobą skończyć od razu… Tylko tego żałuję… - mówiłem powoli. Otworzyłem się przed nim, bo ufałem mu mimo wszystko. Wierzyłem, że jest moim najlepszym i jedynym przyjacielem.
         - Nie mów tak. – powiedział, całując mnie w czoło. 
         - Skończyłem z tym później, chciałem zacząć żyć jak inni… I pojawiłeś się ty.
         - Wtedy?
         - Wtedy.
Zamknąłem oczy. Odsunąłem się od Hizakiego i podciągnąłem kolana pod brodę. 
         - Zmieniłeś moje życie. Ale Kamijo będzie dla ciebie lepszy. – uśmiechnąłem się, patrząc w przestrzeń. – Pogodziłem się z tym. Chciałbym, żebyś był szczęśliwy i przestał się dla mnie poświęcać. 
         - Ale ja cię kocham… - powiedział, patrząc na mnie smutno.
         - Ale nie powinieneś dłużej mieć ze mną kontaktu. Spójrz, kim jestem? – już otwierał usta. Przerwałem mu. – Jestem ćpunem. Czy marzyłeś kiedyś o byciu z ćpunem? Kamijo jest kimś dla ciebie, nie ja. 
          - Nie, Zin, jesteś tylko cholernym idiotą. Są powody, dla których nie chcę do niego wracać. A to wtedy, po próbie… Przepraszałem cię za to i przepraszam jeszcze raz. 
          - Nie mam do ciebie żalu. Rozumiem to.
          - To źle rozumiesz! – krzyknął. Popatrzyłem na niego osłupiały. – Zjebałem po całości, kocham cię, ale zacząłeś przeze mnie ćpać, tak to zrozum! Przestań się, kurwa, obwiniać za wszystko! 
Umilkłem. Z jednej strony miał rację, chciałem go błagać, żeby mnie nie zostawiał, a z drugiej… Czułem że nie powinienem. 
     - Wszystko będzie dobrze, rozumiesz? Kocham cię, nic się nie zmieniło i dalej chcę ci pomóc. Chcesz ćpać ten syf i skończyć martwy w jakimś rowie? – zapytał. Oczy mu błyszczały. 
     - A mam jakieś wyjście…?
     - Masz.
     - Jestem u-za-leż-nio-ny, Hizaki. Z tego nie ma wyjścia. 
     - Owszem, jest. Kiedy ostatnio brałeś? 
     - N…Nie pamiętam. – skłamałem. Resztkę zeskrobaną z papierków wstrzyknąłem sobie w nocy. Prawie nie poczułem, ale sama świadomość dawała mi uczucie spokoju. 
     - Ile razy w ogóle? 
     - Daj mi spokój. – odwróciłem się. Nie chciałem już o tym mówić. Wstałem, ale za chwilę poczułem, że upadam. Złapał mnie w ostatniej chwili. 
      - Po to tu jestem – szepnął. – Nie pozwolę ci upaść. 
Wtuliłem się w niego i rozpłakałem przez własny idiotyzm. Czułem się rozbity, złamany, pokruszony – można by było określić to na wiele sposobów, lecz żadne nie byłoby odpowiednim. Usiedliśmy z powrotem na kanapie. 
       - Powiedz mi proszę, czy chowasz gdzieś tego więcej? – zapytał, głaszcząc mnie po włosach. Pokręciłem głową. Nie miałem już ani grama. 
        - To dobrze. Nie do końca ci ufam, więc raczej nie będę cię zostawiał samego na dłużej. Umówię cię do kliniki leczenia uzależnień. Wszystko będzie dobrze. – mówił. Przytakiwałem. Jeżeli chciał pomóc, nie zamierzałem mu tego utrudniać.


***

Dwa tygodnie na detoksie pokazały mi, że mogę bez tego żyć. To były niesamowicie nieprzyjemne dwa tygodnie, ale świadomość, że mogę wygrać była cudowna. Nigdy więcej. Cieszyłem się do tego stopnia, że chciałem, by ten czas już minął – czas, przez który nie będę już nic brał. Brzmi dziwnie, ale to właśnie czułem. Chciałem udowodnić sobie, że mogę. Wyszedłem z izolacji, w końcu mogłem wytargać walizkę i przytulić się do jedynej osoby na świecie, która okazała mi tak cenne wsparcie. Ale zanim odszukałem go wzrokiem, on już był obok i rzucił się na mnie, witając się wylewnie. 
     - Spotkałem po drodze jakiegoś kolesia… Mówił że jest twoim znajomym z liceum i że cię ze mną widział i że chce się spotkać. – powiedział. Zdziwiłem się. Oparłem głowę o jego ramię. 
      - Dziwne. Raczej nie miałem tam znajomych. 
     - Tylko ci mówię. Nieprzyjemny typ. 
     - A jak wyglądał…? – zapytałem podejrzliwie.
     - Prawie łysy i prawie bez brwi. Prawie zacząłem uciekać. – długowłosy wzdrygnął się. Wtuliłem się w niego. Nie chciałem myśleć o problemach, doskonale znałem tego kolesia. Nie była to dobra znajomość. Przesunąłem wzrokiem po skwerku, na który miałem doskonały widok. Prawie łysy mężczyzna pomachał mi. Zesztywniałem. 
       - Zin, wszystko okej?
       - Tak, tak. – uśmiechnąłem się, spoglądając na Masayę. Pocałował mnie krótko w usta. 
       - I tak już będzie. 
       - Zawsze. – dokończyłem, patrząc mu w oczy. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie koniec. Spojrzałem jeszcze raz w stronę drzew. 


Nikogo tam nie było. 

piątek, 4 marca 2016

Szkarłatny Przystanek VI

Urocza melodyjko
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć

           Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Sam już nie wiedziałem czemu chciałem znów niszczyć sobie życie. Mogłem mieć wszystko. Nie byłem już grajkiem ulicznym mieszkającym w ruinie zastawionej kawałkiem metalu, udało mi się coś osiągnąć. Tyle, że bez Hizakiego byłbym nikim.
Jestem nikim.
Postanowiłem wrócić do domu. Może nawet nie zauważył, że mnie nie było? Może spędził noc u Kamijo? Miałem ochotę wziąć kolejną działkę, ale nie chciałem iść na łatwiznę. Wciąż ze sobą walczyłem. Nie chciałem znów wpaść w tę pułapkę. Wyszedłem z mieszkanka i powlokłem się do domu. Z jednej strony przepełniał mnie wstyd i niepewność, z drugiej zazdrość i infantylna wręcz potrzeba uwagi. Wsunąłem klucz do zamka i powoli go przekręciłem. Po cichu wszedłem do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Salon był w dokładnie takim stanie jak wtedy, gdy wychodziliśmy z domu. Zajrzałem do sypialni. Hizaki leżał na mojej połowie łóżka i spał, przytulając się do mojej poduszki. Nawet się nie przebrał. Usiadłem obok i odgarnąłem mu włosy z twarzy, głaszcząc go po policzku. Otworzył oczy, unosząc się lekko do góry. Popatrzył na mnie dosyć zaskoczony. Po chwili w jego spojrzeniu pojawiła się ulga. Podniósł się i przytulił mnie.
         - Gdzieś ty był…? – zapytał, gładząc mnie po plecach. W moim gardle pojawiło się to charakterystyczne dla wzrastającej chęci płaczu uczucie. Zacisnąłem drżące usta. Odsunął się ode mnie i popatrzył na moją twarz. – Przepraszam… Nie umiem się wytłumaczyć. Teru mi powiedział…
          - Powiedz prawdę. - wyjąkałem, patrząc mu w oczy, jednak po chwili odwróciłem wzrok.
           - Ja…
           - Zniosę wszystko, tylko nie kłam.
           - Nigdy cię nie okłamałem.
           - Przestań! Przynajmniej teraz tego nie rób! A wtedy kiedy mówiłeś, że kochasz tylko mnie? Kiedy przedarłeś wasze wspólne zdjęcie? – urwałem. Pogłaskał mnie po policzku.
        - Jestem strasznym idiotą. Wybacz mi, proszę…
         - Przymknij się. – wtuliłem się w niego. Czułem się źle chcąc mieć go tylko i wyłącznie dla siebie, choć sam nie wiedziałem dlaczego. To było już głupie. Przecież wszystko się wokół tego kręci, ja miałem być dla niego, on dla mnie, czyż nie?
         - Obiecuję, że nigdy więcej cię nie zawiodę.
Miałem ochotę powiedzieć mu, by nigdy nie używał słowa „nigdy”. Co do obietnic… Wiele ich już otrzymywałem. Sam siebie za to nienawidziłem, ale byłem typem człowieka, który mówi tylko niewielką część tego co myśli. Dlatego też zachowałem ciszę, schowany w jego ramionach. Nie dzielił nas nawet milimetr, a czułem się jakbym był dalej od niego niż kiedykolwiek.


      Przez kilka kolejnych tygodni zasmakowałem gorzkiej rutyny. Przed wyjściem na próbę standardowo brałem kilka silnych tabletek na uspokojenie, żeby niektórych rzeczy po prostu nie zauważać. A zwłaszcza tego jednego człowieka. Kiedy był gdzieś w pobliżu, po prostu znikałem gdzieś w miarę niepostrzeżenie. Gdy się pojawiał, odchodziłem w cień. Właściwie to odchodziłem w cień z każdym dniem. W ten sam cień, w którym znajdowała się moja przyjaciółka. Co do Kamijo...
Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Mnie Hizaki miał na co dzień. Doszło do tego, że przestaliśmy rozmawiać.
Opuściłem dom, kiedy jeszcze spał. Była piąta rano w niedzielę, więc miałem jakieś dziesięć godzin nim zdecyduje zwlec się z łóżka. Musiałem dokupić kilka gramów. Czułem, że bez żadnej odskoczni w końcu nie wytrzymam. Wykituję. A tak bardzo chciałem żyć. Problem w tym, że nie umiałem. Każdy z moich sposobów na życie próbowanych dotychczas okazywał się metodą na długą i bolesną śmierć. Dlaczego więc nie mogłem czegoś w końcu doprowadzić do skutku? Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. 
Wraz z chwilą, gdy wstrzyknięty gdzieś na jednym z tych pustych, obdrapanych przystanków w tej zapchlonej dzielnicy narkotyk zaczął działać, wszystkie problemy nagle przestały być ważne. Przymknąłem oczy i pogrążyłem się w rozmyślania, czy to już raj. 
Bzdura. 
Tacy jak ja nie zasługują na raj. Carpe diem, zapomnij.

***

        - Bierzemy? 
        - Żartujesz? Za działkę zrobi wszystko.

Poczułem jak ktoś mnie podnosi i wrzuca do samochodu. Chciałem się jakoś obronić, jednak z moich ust wydobywały się tylko niewyraźne, nic nieznaczące dźwięki. Bałem się, mało tego - byłem przerażony, ale nie mogłem uciec. Przeniesiono, a raczej przeciągnięto mnie do samochodu, gdzie nie mogąc wygrać z ciężarem powiek po prostu usnąłem. Ocknąłem się po jakimś czasie z ogromnym bólem głowy, by za chwilę zwymiotować obok łóżka. Czułem ból i odrętwienie w każdym skrawku mojego ciała. W wejściu zauważyłem mężczyznę z należącą przed kilkoma godzinami do mnie torebką białego proszku w dłoni. Popatrzyłem na niego błagalnie. 
         - Dostaniesz, jeśli zapracujesz. - uśmiechnął się. 
         - Proszę...
 Schował torebkę do kieszeni i zbliżył się do mnie. Szarpnął mnie za włosy, unosząc do siadu. Rozpiął spodnie. 
         - Ssij, śmieciu. 
Rozejrzałem się niepewnie. Z prawdopodobnie tu obecnych innych pokojów dochodziły jęki i inne nieokreślone dźwięki, świadczące o tym, gdzie się znajdowałem. Dziś to ja stałem się towarem. Zaatakowała mnie kolejna fala bólu. Uklęknąłem przed nieznajomym. 
         - Mam ci wysłać polecony?! - warknął, uderzając mnie w twarz. Och, tak. W pełni na to zasłużyłem. Niewiele się zastanawiając, wziąłem jego przyrodzenie do ust. Im szybciej dostanę "wypłatę" tym lepiej. Po fakcie otrzymałem swoje. Zrobiłem co trzeba i już miałem zrobić to po raz kolejny. Popatrzyłem na ostry czubek igły. Czy chciałem? To już nawet nie była chęć. Musiałem, bo nie miałem żadnego innego wyjścia. Tak miało od teraz wyglądać moje życie. Od jednej działki do następnej. Wiedziałem, że zaczyna być źle odkąd zacząłem ważyć los w gramach.

Minął jakiś czas. Nie miałem pojęcia, czy kilka dni, a może tygodni. W każdym razie uznali, że należy mi się odpoczynek, bo nie byłbym w stanie dalej "pracować". Przyszła do mnie starsza kobieta. Zdjęła z wózka butelkę wody i talerz z jakimś jedzeniem. Otumaniony bólem ogarniającym moje gwałcone przez ostatnie kilka godzin ciało nie byłem w stanie nawet podnieść ręki, by po to wszystko sięgnąć. 
       - Pomoże mi pani...? - zapytałem cicho. 
       - Nie rozmawiam z wami. Żryj, albo dostanie to ktoś inny. 
Podniosłem się powoli i sięgnąłem po talerz, który zabrała mi dosłownie sprzed nosa. Popatrzyłem na kobietę z niemym pytaniem o powód jej zachowania. 
       - Nie to nie. Tu nikt cię nie pyta o zdanie. 
Opuściła pokój razem z tym skrzypiącym wózkiem. Woda... Przynajmniej tyle mi zostało. Opróżniłem za jednym razem połowę butelki. Zamknąłem powieki delektując się zaspokojonym pragnieniem, ciszą i bezlitośnie upajającą świadomością istnienia. Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy nad ranem zdarzyło mi się krzyknąć z bólu, byli w stanie robić wszystko, bym krzyczał jeszcze głośniej. Byłem przekonany, że nie należę już do rodzaju ludzkiego, ale w takim razie - czym byliby ci ludzie? Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł mężczyzna z małym chłopcem na... smyczy. Dziecko było tak samo chude i wyczerpane jak ja w tamtej chwili. Rzuciłem chłopcu pełne żalu spojrzenie. Zaczął płakać, krzyczeć, że chce wyjść. Mężczyzna bił go do momentu, w którym nie pojawiła się krew. Gdybym tylko był w stanie się ruszyć...
         - Zachowuj się. Niegrzeczni chłopcy się nie bawią, pamiętasz? 
         - Tak, wujku. 
Zamknąłem oczy, widząc jak chłopiec jest rozbierany i całowany przez tego zboczeńca po ledwo jeszcze rozwiniętym, wychudzonym i drżącym ciele. Nagle poczułem małe wargi chłopca obejmujące mnie niemal w całości. Spojrzałam w dół. Płakał. Mężczyzna zsunął z siebie spodnie i wszedł w niego nagle i szybko. Z moich ust wydarło się tylko ciche "Nie...".
        - Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.

Po około godzinie tych tortur klient rzucił mi na łóżko pieniądze i wyszedł, nie zabierając ze sobą chłopca. Przerażony jego stanem, postarałem sie wstać. Leżał bezwładnie na podłodze. Krwawił. Nie wyglądał nawet na dziesięć lat. Wciągnąłem małego na łóżko i owinąłem go skrawkiem kołdry. Nie wiedziałem, czy przeżyje. Przyjął na siebie tyle samo ciosów tego fetyszysty co ja. Tyle, że byłem o dwadzieścia lat starszy. 
        - Pomocy! - krzyknąłem w miarę możliwości, co okazało się czymś w rodzaju ochrypniętego szeptu. W moich oczach stały łzy. Adrenalina zyskała poziom maksimum, gdy usłyszałem kroki. Drzwi otworzyły się. 
        - Płaczesz nad owocem niewierności? - zdziwił się jeden z właścicieli tego domu tortur. 
        - Nie zasłużył... - poczułem jak łzy spływają mi z podbródka. Przytuliłem zmarznięte dziecko do siebie, kiedy mężczyzna usiadł obok mnie. Starł mi łzy z twarzy i pocałował mnie, a raczej zaczął dosłownie żuć moje usta, gładząc mnie przy tym po udzie. Prawie na niego zwymiotowałem. Drzwi były otwarte. Teraz, albo nigdy. Wybiegłem z pokoju, trzymając chłopca w ramionach i ciasno owijając nas oboje prześcieradłem. Zbiegłem chwiejnie po schodach. Widziałem już blady blask latarni docierający do pomieszczenia zza drzwi. 
Biegłem najszybciej jak mogłem. Jednak kilka metrów przed wyjściem ktoś podciął mi nogi i kopnął w plecy. Jedyne, co starałem się robić to chronić chłopca, mimo że sam byłem już u kresu wytrzymałości. Nie mogłem się podnieść, nieważne jak bardzo bym chciał. Nagle ta sama osoba, która powaliła mnie na ziemię uniosła mnie do pozycji stojącej. Przez mgłę widziałem salę zapełnioną elegancko ubranymi ludźmi. Niektórzy wyrażali przerażenie, niektórzy wychodzili, a inni po prostu stali i się uśmiechali. 
        - Co z tym zrobić? - jeden z naszych oprawców zapytał barmana. Ten gestem pokazał drzwi. Niewiele później zostaliśmy za nie wyrzuceni. Przemieszczałem się na czworakach, by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Musiałem zniknąć im wszystkim z pola widzenia. Byłe dalej. Czy to wciąż była Japonia? Czy naprawdę w tym kraju było możliwe to, co właśnie się stało? 
Kiedy miałem obok siebie ścianę jakiegoś budynku,  wstałem i zacząłem opierać się o nią, podążając dalej przed siebie. Usiadłem pod murem, zaraz przewracając się na bok. Nie było tu o tej porze wiele ludzi. Popatrzyłem na chłopca. Obaj potrzebowaliśmy pomocy. Otworzył oczy.
       - Wszystko... Będzie dobrze. Uciekliśmy...
Jęknął cicho, usiłując coś powiedzieć. Za chwilę usłyszałem gdzieś za rogiem kroki. 
       - Płacimy gliniarzom. Prędzej czepią się ciebie niż nas. I gówno się będę tym przejmował, że jesteś moim bratem. 
Rozpoznałem ten głos. Ten sam człowiek wsadzał mnie do samochodu. 
       - Ostrzegam cię, że jeżeli coś mu zrobiłeś...
       - To co, zapiszczysz mi do ucha? Nie twoja sprawa. Nie twoje dziwki. 
       - Zrozum, że możecie mieć poważne problemy. Wiem, że go zabraliście. 
Z pierwszą chwilą głos drugiego mężczyzny wydał mi się znajomy. 
       "- Dobrze ci poszło, Zin."
Za drugą jego wypowiedzią nie miałem już wątpliwości, że to on. Wielki i cudowny Kamijo. 
       - Jakie niby? Zmywaj się stąd, dobrze ci radzę. Inaczej nikt nie dowie się co się z tobą stało. 
Zbliżyłem się do rogu budynku i wyjrzałem zza
niego powoli. Wokalista był przyparty do muru, zaraz w miejscu, gdzie się on kończył. Kiedy tamten poszedł, złapałem go za nogawkę. Podskoczył i zaraz spojrzał w dół. 
        - Boże... - schował się za rogiem i uklęknął przy mnie i chłopcu.
        - Weź nas stąd... Proszę. - złapałem go za rękę. 
        - Jasne. Dojdziesz do samochodu? 
        - Jakoś... Ale nie dam rady z nim. 
        - Czekaj tu. Podjadę. 
Pobiegł po samochód. Po chwili zatrzymał się na ulicy zaraz przede mną. Pomógł mi się podnieść i wejść do środka. Chłopca wziął na ręce i położył go obok mnie. 
        - Hizaki chyba cię nie spuści więcej z oka - odwrócił się. 
        - Możliwe.
        - Dobra, jedziemy do szpitala. 
Dotknąłem czoła chłopca. Był rozpalony.
        - Pośpiesz się... - powiedziałem. Ja też nie czułem się najlepiej, ale adrenalina wciąż działała. Bolało mnie całe ciało, nie hasłem nic od długiego czasu i odczuwałem okrutną potrzebę wstrzyknięcia sobie morfiny. Kiedy jednak Kamijo wspomniał o jedynej osobie, którą kochałem, zacząłem znów się zastanawiać nad wycofaniem się z tego. Nad rozmową z nim, odwykiem, powrotem do normalnego życia. 

Zdałem sobie sprawę, że od niektórych rzeczy nie ma odwrotu. A może byłem po prostu parszywym tchórzem?

        - Halo? Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - Kamijo włączył telefon na głośnomówiący. Słysząc głos ukochanego prawie zachłysnąłem się powietrzem, a po twarzy popłynęły mi łzy. 
        - Mam go. - odparł de facto mój wybawca. Szturchnął moje kolano, żebym się odezwał. 
        - Co? Zina? Naprawdę!? 
        - Tak. - odpowiedziałem. 
        - Boże, skarbie... Gdzie mam jechać? 
        - Szlag, nie orientuję się w adresach. - starszy sprawdził coś w telefonie, po czym podał Hizakiemu nazwę szpitala. 
        - Zaraz będę. - odparł radośnie gitarzysta. Słysząc ile radości mu sprawiło znalezienie mnie, uśmiechnąłem się pod nosem. 
        - Uważaj na siebie po drodze. - odezwałem się jeszcze.
        - Oczywiście. 

W szpitalu byliśmy pierwsi. Chłopca szybko przeniesiono w odpowiednie miejsce, a mnie na prześwietlenie opuchniętych kończyn. Na szczęście nic więcej nie było trzeba. Kiedy opuściłem salę na wózku, Hizaki przytulał Kamijo i powtarzał w kółko "dziękuję". Zauważył, że wyszedłem. Zakrył sobie twarz dłońmi, widząc mój stan. Przejął wózek od pielęgniarki. Ponoć wszystko było w porządku.
       - A gdzie chłopiec? 
Kobieta wytłumaczyła nam jak tam trafić. Zanim jednak zdążyła skończyć, długowłosy przytulił mnie, klękając przy wózku. Kiedy wycofała się do sali, pocałował mnie tęsknie. 
       - Co się z tobą działo? - popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
       - Porozmawiamy w domu, dobrze? Chodźmy tam. - wskazałem mu gdzie prowadzić wózek. Moja noga nie była złamana, ale nieźle stłuczona i opuchnięta. Chodzić nie pozwalało mi też rozdzierające uczucie w żołądku. Jakbym miał tam setki igieł. Do tego bolała mnie głowa. 
Zorientowałem się, gdzie był w tym momencie chłopiec. Z jego sali wyszedł do nas lekarz. 
       - Co z nim? 
       - To pański syn? 
       - Nie. Zabrałem go z... Z ulicy. - odpowiedziałem jakże naturalnie.
       - Przykro mi, ale...
Otworzyłem szerzej oczy. 
       - Doszło do zakażenia organizmu. Nie mogliśmy nic zrobić. Dodatkowo był bardzo osłabiony...
Załamałem się. Nie zasłużył! Był tylko niewinnym dzieckiem, które niczym nikomu nie zawiniło. Świat był okrutny. Schowałem twarz w dłoniach. 
       - Całego świata nie zbawisz. - szepnął Hizaki, kiedy nieco się oddaliliśmy. 
       - Kiedy on nawet nie był jego milionową częścią... - wtuliłem się w jasnowłosego. Dostałem leki na uspokojenie. Och, jak bardzo byłem wdzięczny pielęgniarce. Pojechaliśmy do domu. Pochówek miał załatwić szpital, jako że nie było w pobliżu żadnego członka rodziny. Masaya pomógł mi się umyć, po czym zaniósł mnie do łóżka i poszedł po jedzenie. Gdy go nie było odszukałem w swojej szufladzie tabletki nasenne i połknąłem kilka sztuk. Odłożyłem je szybko na miejsce i usadowiłem się na łóżku.
       - Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się,  stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
        - Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem. 
           - Rozumiem. Cieszę się, że jesteś. - pocałował mnie w usta. Odwzajemniłem tę krótką czułostkę. Przytuliłem się do niego. Otulił mnie pachnącą pościelą i wplótł palce w moje włosy, gładząc je delikatnie. Znów poczułem się kochany. Wkrótce tabletki zaczęły działać.

czwartek, 3 marca 2016

Park z jeziorkiem (Kamijo x Hizaki)

A więc wstawiam jako przeniesione z poprzedniej lokalizacji. Powinno być razem z pierwszymi 4 przystankami, ale "Park" zaginął w akcji. Shot połączony ze Szkarłatnym Przystankiem. Miłego czytania.
No i tak. Jako człowiek żebrak chciałabym czasem usłyszeć jakąś opinię o danym tekście, jak chyba każdy autor czegokolwiek. Więc jeśli tu jesteś, nawet jako Anonimek i spodobał lub nie spodobał ci się tekst - zostaw jakiś komentarz, pięknie proszę ^^ 

____________________


 „Na końcu zawsze będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec.”
Tylko, że wszystko co dobre również kiedyś ma swój koniec. Każdy ciąg wydarzeń, każdy epizod tej najciekawszej księgi, dumnie opatrzonej okładką z wyrazem „Życie” kiedyś dobiega finału.
                
             - Kamijo, zostaw te papiery… - podszedłem do niego. Od dawna był moją chorobą, z której nie mogłem się wyleczyć. Piękny w każdym swoim calu - gdy siedział nad papierami, tekstami, gdy śpiewał, gdy zagadywał publiczność. Nawet po zmyciu kilograma szpachli z twarzy, a właściwie to… zwłaszcza wtedy. W końcu prawdziwego piękna nie definiuje tylko część wizualna. To by było zbyt proste. Położyłem rękę na jego okrytym śliskim materiałem marynarki ramieniu. Wzdrygnął się lekko.
             - Witamy wśród żywych… – zaśmiałem się cicho.
             - Wybacz, zamyśliłem się. – przeczesał włosy i przymknął zmęczone oczy. Ostatnio bez przerwy siedział nad jakimiś druczkami związanymi z nową wytwórnią. Uparł się, żeby mieć coś więcej niż zespół, więc nikt mu nie przeszkadzał. Jedyną osobą, która mówiła mu, żeby odpuścił sobie na konkretny dzień, byłem ja. Czasem przesadzał i miałem wrażenie, że jego oczy zamieniają się w ogniste kule, które rozsadzi ciśnienie.
              - Daj sobie na dzisiaj spokój.
              - Nie mogę. Jeszcze…
              - Zamknij się. - nacisnąłem palcem czubek jego nosa. - Odwiozę cię do domu, bo jeszcze mi zaśniesz za kierownicą.
              - Ale Hizaś!
              - Może inaczej… - wywróciłem oczami. – Nie pyskuj. Zamykaj to i do samochodu. – powiedziałem tonem, który nie tolerował sprzeciwu. Kamijo uśmiechnął się pod nosem i podniósł się z fotela. Kiedy opuściliśmy budynek, posłusznie powlókł się do samochodu. W ciszy jechaliśmy do celu, jakim był dom, a właściwie posiadłość wokalisty. Spoglądałem na niego czasami, na czym zdarzyło mu się mnie przyłapać. Wtedy odruchowo odwracałem wzrok. Któregoś razu to ja poczułem się obserwowany. Miałem wrażenie że zaraz się rozpuszczę. Zasłoniłem twarz kurtyną z włosów i skupiłem się na drodze. Zatrzymałem się pod doskonale znaną mi bramą.
              - No to do jutra. – pożegnałem się, w czym przeszkodziło mi przeciągłe ziewnięcie. Spojrzałem na zegar. Wyświetlał 2:04.
              - Raczej do dzisiaj. Nie sądzisz, że lepiej dla ciebie byłoby zostać tu na noc? – zapytał. Zdziwiłem się, ale nie mogłem przyjąć zaproszenia.
              - Dziękuję, ale pojadę do domu. – uśmiechnąłem się. – Dobranoc.
             - Jak wolisz. Dzięki. – zamknął drzwi i oddalił się w kierunku bramy. Westchnąłem przeciągle. Nacisnąłem pedał gazu i ruszyłem. Nie zdołałem przejechać kilkunastu metrów, a samochód zaczął się „dławić”, po czym zatrzymał się. Spróbowałem go bezskutecznie odpalić około pięciu razy. Dopiero po piątym zorientowałem się że kontrolka pokazująca zawartość baku miała wskazówkę bezlitośnie przechyloną w stronę okrągłego, czerwonego zera. Ktoś zapukał w szybę.
             - Może jednak? – wyszczerzył się Kamijo. Roześmiałem się i wysiadłem. Zepchnęliśmy samochód na pobocze i skierowaliśmy się do wnętrza posiadłości. Spojrzałem na rozgwieżdżone niebo. Doskonale znałem wiele gwiezdnych formacji z dzieciństwa. Fascynacja, która przyniosła tylko korzyści w postaci dobrych wspomnień. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
            - Zawsze jak tu wchodzę to nie mogę się nadziwić. – uśmiechnąłem się.
            - Oj tam, nic specjalnego.
            - Właśnie w tym rzecz. Wydajesz się być ciekawą osobą, a tymczasem jesteś takim nudziarzem. – zachichotałem. Odwrócił się i popatrzył na mnie z politowaniem.
            - Znalazłem kandydata do spania na podłodze.
            - Daj spokój, tu wszystko jest białe!
            - Oprócz mnie. – wyszczerzył się.
            - Ty jesteś żółty.
            - Sam jesteś żółty.
 Zdjął buty i odwiesił kurtkę na wieszak.
            - Ała, chyba się nie pozbieram – uśmiechnąłem się. Pozbyłem się wierzchniej garderoby. Przeszliśmy do sypialni, Kamijo zaczął szukać czegoś w szafie. Podał mi ręcznik i szlafrok. Poszedłem wziąć szybki prysznic. Kiedy wróciłem łóżko było przygotowane. Yuuji umył się i przyszedł do pokoju. Moja specyficzna choroba dawała o sobie znać. Rozczochrane, lekko pofalowane od wilgoci włosy puszyły się dookoła głowy wokalisty. Jego oczy błyszczały, a usta wygięte były w delikatnym uśmiechu.
            - Zostajesz tutaj, ja idę do salonu. – przekazał i przerzucił zrolowany koc przez ramię.
            - Ale…
            - Nie pyskuj. Dobranoc, piękna. – pokazał mi język. Zmrużyłem morderczo oczy w celu okazania niechęci do zwracania się do mnie w rodzaju żeńskim. Kamijo wyszedł z pomieszczenia, a ja rzuciłem się na łóżko. Było miękkie i mimo świeżej pościeli, byłem w stanie wyczuć ten szczególny zapach. Zgasiłem lampkę nocną, a w pokoju zapadła ciemność, nie licząc nikłej poświaty docierającej zza drzwi. Przymknąłem na chwilę oczy. Chwila okazała się trwać mniej więcej godzinę. Obudził mnie świst wiatru w kanałach wentylacyjnych i stukot wielkich kropli deszczu o blaszany dach połączone z przerażająco głośnym grzmotem. Sypialnię rozjaśnił błysk białego światła. Schowałem głowę pod kołdrą i starałem się spać dalej. Na nic cały wysiłek. Po wielu bezskutecznych próbach, zauważyłem przenikającą również przez kołdrę smugi żółtego światła lamp z przedpokoju. Wyjrzałem spod przykrycia i zobaczyłem zaglądającego do pokoju Kamijo, bo kogóż by innego.
                 - Co tam? – zapytałem zaspanym głosem, mrużąc oczy.
                 - Przyszedłem sprawdzić czy śpisz… - odparł inteligentnie i sensownie, myśląc z pewnością zupełnie racjonalnie.
                 - Nie śpię i nie zasnę. Nie da się przez ten hałas.
                 - Hizaki…?
                 - Tak?
                 - Mogę z tobą zostać? – zdziwiłem się, słysząc to. Jakiś czas zwlekałem z odpowiedzią, by upewnić się, że dobrze zinterpretowałem sens tych słów.
                  - Pewnie.
Blondyn wpakował mi się pod kołdrę. Zapanowała chwila niezręcznego milczenia.
                  - Co się stało…? – zapytałem niepewnie. Kolejny błysk, ponownie grzmot.
                  - Ja… Ja… Boję się tam spać… - wyjąkał. Zaśmiałem się cicho. Nie przypominałem sobie żadnego wampira bojącego się burzy, ale zawsze ktoś musi być pierwszy. Prawda, że mnie również wcale nie było przyjemnie. Podczas burzy zawsze czułem się beznadziejnie samotny. Wśród błyskawic rozdzierających niebo i oblewającego szyby deszczu, trudno było skupić swoje myśli na czymś miłym, a już na pewno zasnąć.
                  - No chodź – wyszczerzyłem się, robiąc mu miejsce pod kołdrą.
Kamijo wsunął się pod uchyloną kołdrę z miną zbitego psa. Odwrócił się do mnie tyłem i zwinąwszy się w kłębek usiłował chyba zapaść się pod ziemię. Pogładziłem go delikatnie po włosach. Miałem wielką ochotę po prostu przytulić się do niego. W końcu zebrałem w sobie odwagę, by powiedzieć mu o swoich uczuciach.
                  - Yuuji-chan, nie odwracaj się. – szepnąłem mu do ucha, nie przestając przeczesywać jasnych włosów dłonią.
                   - Yuuji-chan? No błagam… - westchnął i przewalił się, by po chwili znaleźć się twarzą w twarz ze mną. Niemal natychmiast przysunąłem się do niego. Wtuliłem się w jego tors, ku zaskoczeniu blondyna.
                   - Yuuji-chan, bo mimo czterdziesktki na karku dalej zachowujesz się jak ośmiolatek.
                   - Hizaś? - zignorował moją uwagę.
                   - Tak, to ja…
                   - Tyle wiem, ale…
                   - Nie podoba ci się to?
                   - Nie, tylko dziwnie się czuję, gdy nie jest to mój sen… - mruknął i objął mnie. Moje serce załomotało z radości.
                   - Sen? Mamy podobne sny, jak widać.
                   - Tak myślisz?
                   - Tylko w wypadku, w którym ty też tak myślisz.
                   - Bo ja chyba faktycznie tak myślę. – powiedział ciepło.
Uniosłem głowę i przytknąłem wargi do jego ust. Muskałem je delikatnie, by upewnić się, że jest…

Że jest tak jak oboje myśleliśmy.

W końcu nieco zdębiały Kamijo przejął inicjatywę. Przycisnął mnie do siebie i pocałował.
                   - Czyli ty mnie też? – moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
                   - Zgadza się.    
                Kiedy obudziłem się, jak sądziłem, rano, po Kamijo obok mnie zostało tylko znikające już wgniecenie w pościeli. Czułem jakby milion żelaznych łańcuchów przykuwało mnie do łóżka. Miałem wrażenie, że moje ciało nagle zwiększyło swoją powierzchnię, bezwładnie rozpłaszczając się na całej szerokości łóżka. Sięgnąłem po telefon, by sprawdzić, która godzina. Myliłem się, co do pory. Jeszcze pamiętałem, że piętnasta trzydzieści dwie,  raczej nie jest godziną poranną. Powróciłem myślami do zdarzeń z minionej nocy. Nagle do pokoju wpadł wokalista z jedzeniem na tacy.
                  - Śniadanie przyszło. – oświadczył radośnie. - O ile można to tak nazwać…
                   - Zostaniesz moim śniadaniem?
Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Zjedliśmy szybko, śmiejąc się i rozmawiając. Yuuji stwierdził, że warto byłoby gdzieś pójść. Była sobota, więc mieliśmy wolne. Wolne wiązało się z nadmiarem wolnego czasu. Zadzwoniłem do ubezpieczyciela z prośbą o odholowanie samochodu, a później Kamijo odwiózł mnie do domu, żebym mógł się przygotować. Nic nie mogło opisać tego, jaką radość dawała mi obecnie rzeczywistość. Wszystko nagle zaczęło mieć sens.
                 Wskoczyłem pod prysznic. Długo i dokładnie szorowałem włosy, nakładając różne odżywki, maski i tym podobne.  Były w wystarczająco złym stanie przez farby, pianki, żele, lakiery o trwałości granitu. Pozbycie się koncertowej fryzury trwało, bez użycia prostownicy, dwa dni. To zapewniło brak efektu miotły. Szorstką gąbką wymasowałem całe swoje ciało, by jakoś pobudzić się do życia. Wychodząc z łazienki po godzinie higienicznych rytuałów, spojrzałem na telefon, którego dioda powiadomień migała na zielono. 
Przyjdziesz około siódmej do parku nad jeziorko?
Siódma, w parku, Kamijo.
Siódma, Kamijo,
Kamijo.
Wariujesz, Hizaki – pomyślałem, gdyż rzeczywiście tak było. 
                   Założyłem proste, czarne spodnie, białą koszulkę z dekoltem w serek i grafitową bluzę. Dosłownie wybiegłem z domu. Jeszcze przed umówioną godziną czekałem nad srebrzystą taflą wody, na molo. Obserwując ludzi, zauważyłem dosyć wyróżniającą się osobę. Wstałem i dogoniłem jasnowłosego mężczyznę, rzucając mu się w ramiona. Kamijo pocałował mnie w usta, ku zniesmaczeniu sporego procenta ludności. Spędziliśmy ze sobą wspaniałe, tak szybko umykające godziny.
                  - Zimno się zrobiło. Idziemy do mnie? – zapytałem, czując gęsią skórkę na ramionach i kolejny, przechodzący mnie dreszcz. Yuuji przytulił mnie, całując w czoło.
                  - Można się zbierać. – odpowiedział, zdejmując bluzę i otulając mnie nią. Uśmiechnąłem się do niego lekko. Poszliśmy do mojego domu. Otworzyłem wino i usiedliśmy na kanapie. Zawsze tak było, że mogliśmy rozmawiać bez końca. W tej kwestii nigdy nic się nie zmieniło.
W pewnym momencie Kamijo odstawił swój kieliszek. Korzystając z okazji, wdrapałem mu się na kolana. Dopiłem wino i zarzuciłem mu ręce na ramiona.
                  - A powiesz mi, co jeszcze ci się śniło?
                  - Ty. – powiedział, uśmiechając się. – Ty, w każdej sytuacji.
                  - Każdej?
                  - Każdej. – wplótł palce w moje włosy i pocałował mnie czule. Nie pozwoliłem mu się odsunąć. Przytrzymałem go przy sobie, kontynuując pieszczotę. Przesunął językiem po moim podniebieniu. Znajdowaliśmy się już w pozycji leżącej. Ręce Kamijo powędrowały na moje lędźwie, a moje pod jego koszulkę.
Niedługo później iskierki rozkoszy zatańczyły mi przed oczyma.
                                                                 ***
                - A więc w końcu! – ucieszył się Kaya, popijając kawę z odtłuszczonym mlekiem. Zawsze przesadnie dbał o linię. Jak dla mnie, i tak był wciąż za chudy, ale nie umiałem mu tego przetłumaczyć. I tak by się odchudzał. W dodatku był weganinem. Nie umiałem tego pojąć, jak można jeść same rośliny, ale nie byłem też przeciwny, skoro mu z tym dobrze. Póki się nie zagalopował, wszystko było dobrze. Kaya był naprawdę cudownym przyjacielem. Umiał cieszyć się czyimś szczęściem, wyzbywając się ewentualnej zazdrości, bądź po prostu jej nie okazując. To była osoba, której warto było zaufać. Dlatego jemu pierwszemu zwierzałem się ze wszystkich problemów, radości i często nieprzyjemnych drobnostek, które wobec jego pogody ducha traciły swoją wagę.
                - A po trasie, książę z honorem, a księżniczka z bachorem. – parsknął. Kopnąłem go pod stołem i roześmiałem się w głos.
                - Dobre porównanie, ale trochę…
                - Nie zaglądam ci pod spódnicę. – brunet bez przerwy się śmiał.
                - Może to i dobrze… Ja też podziękuję tobie zaglądać. – wziąłem łyk mojego superkalorycznego latte z karmelem. Kaya uśmiechnął się, jak zauroczony, a ja nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, póki nie poczułem ciepła ciała obejmującego mnie od tyłu i całującego w tył głowy.
                 - Hej, królewny. – przywitał się Kamijo.
                 - Hej, dobrze że nie słodzę kawy. – odpowiedział mu mój przyjaciel.
                 - Co tu robisz? – zapytałem, łapiąc go za rękę. – Nie mówiłem ci, gdzie idę.
                 - Masz rację, wpadłem na was przypadkiem. Spotkanie z liderem zespołu chcącego dołączyć do mojej wytwórni. – wywróciłem oczami słysząc słowo wytwórnia. To słowo było równoznaczne z frazą „padnięty Kamijo”.
                  - Nie przewalaj tak tymi gałami, bo ci znowu któreś ucieknie. – stwierdził dosyć logicznie Kaya, jednak w imię dumy musiałem znów uraczyć go kopniakiem.
                  - Nie patrz tak na mnie… - mruknął w odpowiedzi na zadany cios. W nagrodę dostał kolejny raz.
                   - Za co to?! – oburzył się.
                   - Patrzyłem na Kamijo. – burknąłem. Brunet parsknął śmiechem, a Kamijo pogłaskał mnie po włosach.
                    - I tak jesteś śliczny. – szepnął mi do ucha, dyskretnie całując w policzek. Poszedł do swoich spraw, które wbrew pozorom nie zamykały się wokół patrzenia w lustro i zachwycania się samym sobą. Dokończyliśmy z Kayą kawę i wyszliśmy z coraz bardziej zatłoczonego lokalu.
             Wszedłem do domu i czekałem, aż Kamijo skończy rozmowy i przyjdzie do mnie. Kiedy w końcu nadszedł ten moment, w którym usłyszałem odgłos otwieranych drzwi, zerwałem się z kanapy w trybie natychmiastowym. Oparłem się o futrynę i z uśmiechem wpatrywałem się w blondyna. 
                                                                 ***
                    Przez następne miesiące nie mieliśmy dla siebie czasu. Przebywaliśmy na zmianę w jednym i w drugim domu, a kiedy już zdarzyła się wolna chwila, byliśmy tak zmęczeni  że po prostu zasypialiśmy. Nikomu nie podobał się taki układ, ale trzeba było przetrwać. Pochłaniały nas przygotowania do trasy koncertowej po Europie, wytwórnia Kamijo, do której chcieliśmy się przenieść jeszcze przed trasą i wiele innych spraw. W końcu, gdy mieliśmy dzień dla siebie udało mi się odwiedzić ukochanego. Po cichu wszedłem do środka, biorąc pod uwagę to, że może spać. Zajrzałem do pokoju. Yuuji leżał na łóżku i smutnym wzrokiem wpatrywał się w sufit, z porozrzucanymi wokół niego papierami i uruchomionym laptopem stojącym na udach. Podszedłem do niego i usiadłem na łóżku.
                      - Zostaw już to. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem, przeciągając palcami po jego ciele.
                     - Nie, dzięki… Muszę to sam ogarnąć… - powiedział cicho. Przestawiłem komputer na półkę przy łóżku, pozbierałem papiery i ułożyłem się obok niego.
                     - Czemu jesteś taki smutny? – zapytałem, obejmując go w pasie.
                     - Nie… - odpowiedział, odwracając się w moją stronę. – Wydaje ci się.
                     - Nie wmawiaj mi nic, nie wyglądasz tak normalnie.
                     - Po prostu jestem zmęczony… Nie masz się czym martwić.
                     - Kocham cię. – mruknąłem, wtulając się w niego. Przytulił mnie i pogładził po plecach, jak miał w zwyczaju.
                     - Wiem, ja ciebie też.
Zapadła cisza. Pierwszy raz przytrafił nam się cichy, krępujący moment, w którym nie było jak zacząć rozmowy.
                     - Oszczędź się trochę…  Odpocznij.
                     - Nie mogę. Robię to, żebyś w ogóle się liczył w muzyce – odsunąłem się od niego i popatrzyłem mu ze zdziwieniem w oczy. Te słowa miały co najmniej nieprzyjemny wydźwięk i odebrałem to, jakby Kamijo twierdził że wszystko zależy od niego.
                  - Możesz powtórzyć? – skrzywiłem się. – Nie wiem, czy dobrze rozumiem.
                  - Dobrze rozumiesz. Gdyby nie moja praca teraz, mógłbyś sobie siedzieć pod PSC i grać zbierając kasę do kapelusza. – powiedział beznamiętnie, jakbym nie był dla niego ważny. Zabrałem od niego ręce i wyplątałem się z jego objęć. Wstałem.
                  - Jeśli twierdzisz, że bez ciebie jestem nikim, mylisz się. – warknąłem.
                  - Nie nikim, a gościem bez pracy. – odparł, znów głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Chciało mi się płakać, krzyczeć, bić go, cokolwiek. Z trudem powstrzymując emocje, zacisnąłem pięści.
                   - Gościem bez pracy, którego ponoć kochasz, szanujesz i z którym śpisz. Który stara się najlepiej jak może dla ciebie. – wywarczałem zdenerwowany do granic możliwości.
                   - Daj mi w końcu spokój… - odwrócił się do mnie tyłem. Pierwsze łzy spłynęły po mojej twarzy. W nerwach zrzuciłem go z łóżka.
                    - Popierdoliło cię do reszty? – podniósł głos. Poczerwieniałem ze złości.
                    - Zabieraj swoją narcystyczną dupę z mojego życia! – wrzasnąłem. Wybiegłem z mieszkania, trzaskając drzwiami, dając wokaliście upragniony spokój.
                     Naciągnąłem na głowę kaptur i popędziłem do domu, ile sił w nogach. Zapragnąłem zamknąć się w sypialni i nigdy nie wychodzić. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, jak na złość wszystkiemu co działo się wokół mnie. Miałem ochotę skręcić karki wszystkim stworzeniom wyposażonym w dzioby i skrzydła. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami mieszkania. Otworzyłem je szybko, by zaraz je za sobą zamknąć. Osunąłem się po nich i nie pozostało mi nic innego jak zanoszenie się gorzkim płaczem. Czułem, że zaprzepaściłem i zepsułem wszystko co budowaliśmy przez te dziesięć miesięcy. Przez głowę przegalopowały mi wszystkie nasze wspólne chwile, każdy pocałunek, zbliżenie, każde najmniejsza czułostka. We wszystko wkładałem całe swoje serce, ufałem mu bezgranicznie i starałem się być podporą dla Kamijo w każdej sytuacji. Są jednak, widocznie, rzeczy, których nie zniweluje nawet uczucie. Choćby najszczersze, najgłębsze i najpiękniejsze. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Wstałem szybko, z nadzieją na to, że za drzwiami zobaczą ukochanego wokalistę. I fakt, był tam wokalista. Stary przyjaciel, członek mojego pierwszego zespołu, nim wyciągnąłem tę narcystyczną kozę z Lareine.
                     - Boże, Hizaki… Co się stało? – zapytał z troską w głosie.
                     - Nic. – odburknąłem.
                     - Widziałem jak wybiegasz od Kamijo.
                     - Szpiegujesz mnie?
                     - Nie. Otworzysz?
Z cichym westchnieniem otworzyłem drzwi. Zaskoczył mnie. Jego interesowało moje samopoczucie, ukochanemu byłem obojętny. Piękny układ.
                     - Jasne, wejdź… - otworzyłem drzwi.
Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło. Przez cały czas głaskał mnie po ramieniu, mówiąc że się ułoży, że zapomnę. W końcu zacząłem mu wierzyć.
                     - Juka… Przytul mnie… - mruknąłem.
                     - Co?
                     - Przytulisz mnie?
Zamknął mnie w objęciach. Oparłem na nim głowę i przymknąłem oczy. Juka przytknął wargi do mojego czoła, ścierając mi resztki słonych łez z policzków. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego.
                     - Kamijo był głupi, że pozwolił odejść komuś tak cudownemu… - usłyszałem. W odpowiedzi pocałowałem go namiętnie w usta. Blondynowi chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji i odwzajemnienie pocałunku. Moje ręce zabłądziły na jego szczupłym ciele, tak jak jeszcze kilka dni temu gubiły się we włosach ukochanego. Pocałunek, ni stąd, ni zowąd, stał się głębszy i gorętszy. Dłonie Juki wędrowały po moich udach, kończąc na ugniataniu pośladków. Wszystko było takie podobne… W końcu zgubiłem się w rzeczywistości i oddałem się zapomnieniu.
                      Z samego rana otworzyłem oczy, z przyzwyczajenia oczekując widoku twarzy Kamijo. Wszystko zdawało się być tylko koszmarem, z którego przyszło mi się wybudzić. Prawda była inna. Podniosłem się do siadu i schowałem twarz w dłoniach, przecierając ją uparcie. Usłyszałem sygnał wiadomości z telefonu schowanego w spodniach, rzuconych niedbale na stół. Wygrzebałem go z kieszeni. Czekała na mnie wiadomość od Asagiego, tego wokalisty, którego nigdy nie lubiłem, o czym nie dawałem sobie zapomnieć, nazywając go Pinokiem.
Wysłał mi zdjęcie śpiącego, nagiego, przykrytego do połowy kołdrą Kamijo. Rzuciłem telefonem w kąt salonu. Spojrzałem na śpiącego obok mnie blondyna. Przykryłem go narzutą, naciągając na siebie znalezione na podłodze bokserki. Zarzuciłem na ramiona flanelową koszulę i wyszedłem na balkon z paczką papierosów. Słońce było już wysoko, w przeciwieństwie do mojej nadziei, która zdeptana leżała gdzieś w kanałach tętniącego życiem miasta. Przyjrzałem się końcówce odpalonego papierosa. Zaciągnąłem się głęboko dymem. Końcówka rozbłysła słabym żarem, by po chwili obrócić się w popiół i spaść na kafelki. Gdyby wszystko było takie proste, już dawno umarlibyśmy ze znużenia.
                      Napisałem do Kamijo wiadomość, nie byłem w stanie zadzwonić. 
„Przyjdź, proszę, o siódmej do parku z jeziorkiem.”
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.
„Nie wiem, czy jestem w stanie spojrzeć ci w oczy”
Tego także nie byłem pewien. 
„Przyjdź, proszę”

Tak jak za pierwszym razem, na molo byłem jeszcze przed siódmą. Przypatrzyłem się swojemu odbiciu w lustrze wody. Oto, jak wygląda hipokryta i zdrajca. Kopnąłem jakiś kamień, leżący na skraju desek tworzących podporę molo. Wpadł do wody z pluskiem, pozostawiając symetryczne kręgi po sobie. I tylko to. Kręgi po chwili zniknęły, ale kamień pozostanie na dnie na następne lata, może i dłużej. I może, gdy jakimś cudem się wydostanie, ktoś się kiedyś o niego potknie.
                           - Jestem. - powiedział Kamijo, stając obok mnie.
                           - Nie tylko ty. Ja też cię zdradziłem. – wypaliłem, pomijając powitanie.
                           - Hizaki… Nie jestem zły…
                           - Ja też nie. Mimo to, nie powinniśmy być ze sobą dłużej. – gdy wypowiedziałem te słowa, łzy stanęły mi w oczach.
                           - Ale…
                           - Za dużo się zdarzyło. Przepraszam, nie umiem inaczej.
                           - Nie sądzisz, że znamy się za dobrze? Nie przetrwam bez ciebie… - powiedział cicho. – Wiem, jak to zabrzmi, ale… Pozostańmy przyjaciółmi… - na wodzie pojawiły się nowe kręgi, jako pozostałość moich łez.
                            - Pozostańmy.

niedziela, 28 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek V

-  Zin -

„- Kocham cię.
  - Yuuji… Ja ciebie  też.”

Nie spałem, jak miałem w zamiarze. Trzy kawy zabrane długowłosemu skutecznie mnie obudziły i jak się później okazało – na własne nieszczęście. Nie chciałem tego słyszeć. Wokalista przewijał się przez nasze życie dosyć często. Czasem pił z nami po koncertach, czasem odwiedzał nasz dom, od czasu do czasu wychodzili gdzieś razem z Hizakim. Rozumiałem to i nie mogłem przecież mu w tym przeszkadzać. W końcu byli przyjaciółmi długo przed tym, zanim się poznaliśmy. Ja nie miałem nikogo, prócz zespołu. Chociaż nawet kiedy Kamijo zabierał gdzieś gitarzystę, a mnie chłopaki zapraszali do baru, zwykłem odmawiać. Mimo upływu czasu nie potrafiłem im zaufać. Cały czas starali się ode mnie wyciągnąć informacje skąd jestem, jak zaczynałem, a ja nie umiałem kłamać. Nie umiałem mówić wybiórczych faktów z mojego życia bez strachu, że powiem za dużo.
Wiedziałem, że dłużej nie wytrzymam.
Tak bardzo się dla niego starałem normalnie żyć, bez tego gówna.
Wyjąłem z szafki niewielki słoiczek i przełknąłem kilka tabletek. Cudem przeszły mi przez gardło.
     Zaraz wszystko będzie dobrze, czyż nie?
     Nie?
     To niezdecydowanie. Zabawne, prawda? 
Tonąłem we własnej słabości. Zalewała moje organy utrudniając złapanie oddechu.

      Czyżbyś już utonął?
Żałosne.

Nikt nie lubi książek, które są parszywą kontynuacją zamkniętej serii.

Masaya… On był za dobry. Chciał przecież pomóc. Skłamał, by podnieść mnie na duchu. Kłamał z dobrego serca. A ja nie umiałem tego znieść.
Kolejna tabletka znalazła się w moim przełyku.

        - Skarbie, jesteś tam?

Odkręciłem wodę, by nie budzić podejrzeń. Posiedziałem w łazience jeszcze przez chwilę, by uświadomić sobie, jak bardzo żałowałem otwarcia na nowo tego rozdziału. Wtedy zaczęło się tak samo. A później nie miałem już gdzie wracać.

        Przez resztę dnia dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Byłem zdezorientowany. Czy prócz talentu muzycznego miał także talent aktorski? A może przesadzałem?

***


       Wcześnie rano poczułem jak coś liże mnie po stopie. Podskoczyłem nieco wystraszony. Na łóżku stał wyraźnie zadowolony z siebie Shiro. Westchnąłem ciężko. Przyszedł pies, przyszły i obowiązki. Przytulony do mnie Hizaki przebudził się i spojrzał na mnie.
        - Co się dzieje?
Shiro szczeknął. Uniosłem głowę. Westchnąłem ciężko i już chciałem się podnosić, kiedy na wpół obudzony Hizaki przytrzymał mnie przy sobie i przekręcił się na bok, chowając twarz między poduszką, a moją szyją.
       - Chwilaaaaaaa… - wymruczał.
       - Jak ci się zleje na łóżko to pożałujesz tej chwili. – odparłem.
       - Pójdę z nim. A ty lepiej poleż, wiem co mówię. – odsunął się ode mnie i pocałował mnie, uśmiechając się. Załapałem o co chodzi.  Podniósł się niechętnie z łóżka i ubrał się, co utrudniał mu ciągnący go za nogawkę w stronę wyjścia Shiro. Przypatrywałem się całej tej scence z rozbawieniem. W końcu udało mu się zapiąć psu smycz i opuścić mieszkanie.
Z każdą chwilą dochodziłem do wniosku, że jest naprawdę kochany. Chciałem jego dotyku, którego mi nie szczędził, chciałem, by już zawsze był obok. Na najważniejszym miejscu. Jednocześnie miałem wrażenie, że jakiś fragment jego osoby jest dla mnie nieosiągalny. Duża część wciąż przypisana była starszemu wokaliście, którego wolałem unikać. Gdy wrócił do domu, oczywiście rozmawiał z nim przez telefon. Wyjąłem ze słoiczka dwie tabletki. Spokojnie, myślałem. Sprawa się uspokoi, odstawię to, porozmawiam z nim…
Połknąłem je szybko. Na myśl o takiej rozmowie zrobiło mi się słabo. Podniosłem się do siadu i od razu odczułem lekki ból w tylnych partiach ciała. Długowłosy zajrzał do pokoju.
        - Wstałeś już? Jak tam?
        - Nie jest źle. – odparłem.
        - Idę robić śniadanie. Jakieś życzenia?
        - Zrób sobie dzisiaj więcej kaw. – uśmiechnąłem się. Wywrócił ze śmiechem oczami i poszedł do kuchni. Ubrałem się i doprowadziłem do porządku, by zaraz do niego dołączyć. Rozmawiał przez telefon.  Usiadłem i czekałem na niego, głaszcząc Shiro po łebku.
         - Tak, przyjadę. Nie zapomniałem o urodzinach taty, oczywiście, że nie. Po prostu nie miałem kiedy zadzwonić. Sobota, tak? – słuchałem tego co mówił, głaszcząc starego, merdającego ogonem przyjaciela. W końcu blondyn usiadł obok mnie.
          - Ta kobieta mnie wykończy.
          - Bądź jej za to wdzięczny. – odparłem.
          - Wiem, rodziców ma się jednych. Niedługo cię im przedstawię.
          - Ja niestety nie będę w stanie. – westchnąłem. Posiadanie obydwojga rodziców chyba na zawsze pozostanie kwestią dziecięcych, niespełnionych marzeń. Shiro zeskoczył na podłogę. Zjedliśmy śniadanie w ciszy. Masaya chyba był nieco skrępowany tym co powiedziałem. Jakby chciał zapytać, ale się bał. Usiadłem na kanapie, a on poszedł za mną.
           - Widzę, że wciąż niewiele o tobie wiem…
           - Nie lubię mówić o przeszłości. – oparłem się o jego ramię.
           - Rozumiem.
           - Tyle, że chyba tego potrzebuję.
           - Powiedz mi tyle ile chcesz. Wysłucham. – pocałował mnie w czoło. Znów poczułem się kochany.
           - Jestem nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. – zawahałem się. -  Moja matka była prostytutką, a ojciec jednym z jej klientów. Nie mam rodziców, a bardzo bym chciał. To fajne, kiedy ktoś o ciebie dba bez względu na wszystko, prawda? – uniosłem wzrok. Nie bałem się tego jak zareaguje. Był jedyną osobą, której byłem pewny. W końcu wiedział, skąd jestem. Łatwo się domyślić mojego losu. – Potem udało mi się wyrwać, skończyć szkołę… Ale…
No dobrze. Tego już mu nie powiedziałem. – Czar prysł. Dalej wiesz jak było. – westchnąłem. Złapał mnie za rękę.
         - Wiem. I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby to się nie powtórzyło. – powiedział. Przytuliłem się do niego. Właśnie to poczucie bezpieczeństwa było najpiękniejsze.
         - Zaraz próba. – powiedział po chwili. – Musimy się zbierać.
         - Moment. – odparłem i poszedłem do łazienki.
 Zacząłem robić sobie wyrzuty - jak mogłem pomyśleć, że Hizaki mnie oszukiwał. Czułem, że to nie może być prawda… A przynajmniej starałem się głęboko w to uwierzyć. Wysypałem całą zawartość słoiczka do ścieków. Nie mogłem znów zniszczyć sobie życia. Nie w momencie, kiedy komuś na tym życiu zależało.
          - Piękny, spóźnimy się. – usłyszałem zza drzwi. Ochlapałem twarz zimną wodą i wyszliśmy z domu. Wpadliśmy do salki o kilka minut za późno. Masashi czyścił bas, a Yuki kombinował coś przy bębnach.
          - Witamy zakochanych. – uśmiechnął się czarnowłosy. Na początku się go bałem, ale był zbyt ciapowaty, by zabić nawet pająka.
          - My również. – odparłem. Yuki zmierzył Masashiego spojrzeniem.
           - Jakby nie było nic innego… Ujdzie w tłoku. – skwitował go, po czym wrócił do wcześniejszego zajęcia. Masashi, teraz już z wytrzeszczem oczu, odłożył ściereczkę i zabrał się za podłączanie instrumentu. Usiadłem obok niego, obserwując jak każdy się czymś zajmuje. Przejrzałem nowe teksty.
            - Gdzie Teru?
            - Tu! – nasze głowy skierowały się w stronę wejścia. Białowłosy wpadł do sali zdyszany.
            - No to mamy po piwie, Teru-chan. – wyszczerzył się Hizaki.
            - Znowu… Puścicie mnie z torbami.
            - Po prostu przestań się spóźniać!
            - Łatwo powiedzieć.
Rozłożenie sprzętu białowłosemu zawsze zajmowało stosunkowo mało czasu. Był zawsze perfekcyjnie zorganizowany. Nie licząc oczywiście czasu, ale nikt nie jest idealny. Czasem miałem jednak wrażenie, że nie ma rzeczy, o której by nie pamiętał. Przez niemal trzy godziny wałkowaliśmy bez przerwy dwa kawałki. Za każdym razem komuś coś nie pasowało. W końcu jednak się udało. Wszyscy opadliśmy z sił. To było męczące psychicznie, jak i zarówno fizycznie. Napiłem się wody, kiedy w sali nagle zmaterializował się Kamijo.
            - Proszę, proszę, Jupiter kombinuje coś nowego. – uśmiechnął się. Rzucił mi przelotne spojrzenie. Swoją osobą stwarzał przerażającą aurę. Nie podobało mi się to, więc po prostu zszedłem mu z drogi. Lepiej było się w to nie mieszać. Zacząłem zbierać i układać w jakiś logiczny sposób zawartość teczki z tekstami drukowanymi, jak i pisanymi przez Hizakiego. Doszedłem do wniosku, że jego pismo to prawie nowy język. A ja jako jeden z niewielu nauczyłem się go odczytywać. Z powodzeniem mógłby zostać lekarzem.
            - Dobrze ci poszło, Zin. – głos Kamijo wyrwał mnie z zamyślenia.
            - Dziękuję. – odparłem, spoglądając na niego przez ułamek sekundy i powróciłem do wcześniej wykonywanej czynności.
            - Nie strasz go nam. – Teru kopnął wokalistę w kostkę i podszedł do mnie, by mnie przytulić. Popatrzyłem na niego z rozbawieniem. – A ty się go nie bój. Jeszcze nikogo nie zjadł.
             - Jeszcze. – mruknąłem. Kamijo zaśmiał się pod nosem.
Wkrótce Masashi i Yuki poszli do domów. Długowłosy zajęty był rozplątywaniem kabli i rozmową z Kamijo, a ja zagadałem się z młodszym gitarzystą. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że dobrze by było napić się kawy. Ogarnęliśmy więc względnie bałagan, jaki po sobie zostawiliśmy i poszliśmy do kawiarni. Zajęliśmy miejsce przy oknie.
           - Zin… Mogę zadać ci pytanie? – zapytał białowłosy niepewnie.
           - Zależy. – zaśmiałem się. – Słucham cię.
           - Bo… Skąd Hizaki cię wziął? Masashiemu ponoć nie chciałeś odpowiedzieć, więc przepraszam jeżeli nie chcesz o tym mówić i...
           - Spokojnie. – uciszyłem go. – Nie przepraszaj. Właściwie to poznaliśmy się na ulicy. – uśmiechnąłem się lekko. – Jakoś tak się zeszliśmy. I jeszcze okazało się, że umiem śpie… - zamarłem. Prostopadłe ułożenie skrzydeł budynku powodowało, że z kawiarni mogłem dostrzec wszystko, co działo się w naszej sali prób.
Obejmujący się i całujący Kamijo z Hizakim.
Widocznie zrobiliśmy im wielką przysługę, zostawiając ich samych. Teru powędrował wzrokiem w tamto miejsce. Także oniemiał.
Moje serce rozpadło się na tysiące małych, ostrych i cholernie kłujących kawałeczków.
           - Zin… Nie patrz na to… - Teru odwrócił mnie od okna i przyciągnął do siebie. Jego głos odbijał się echem w tej pustce, jaka we mnie panowała. Pustce, niegdyś wypełnionej jakimikolwiek uczuciami. Nagle wszystko prysło. Jak mogłem być tak głupi? Wierzyć, że kogoś takiego jak ja można szczerze pokochać?
Kamijo – mężczyzna z klasą, talentem, charakterem.
A w jego cieniu ja. Chłopak z metra, śpiewający wiecznie ten sam repertuar, niekiedy z podbitym okiem.
Nie oszukujmy się. To było częścią mojej tożsamości. Kamijo był pod tym względem czysty.
         - Zrób mu awanturę. Ma zrozumieć, że musi się zdecydować. Nie oszczędzaj go. – mówił do mnie Teru. Nie za bardzo mnie to obchodziło. Odsunąłem się od niego i wstałem.
          - Pójdę już. Dzięki. – mruknąłem.
Oddaliłem się w stronę drzwi. Wyszedłem z budynku i skierowałem się prosto do starego domu. Potrzebowałem tego wszystkiego jak nigdy dotąd. Musiałem się jakoś oderwać.
           
 ***

              - Dobrze cię widzieć, stary. – znajomy uściskał mnie. – Ledwo cię poznałem.
              - Trochę się pozmieniało.
              - Trzy działki?
              - Cztery. – odpowiedziałem po chwili namysłu.

Poszedłem do apteki po igły i strzykawki. Nie minęło piętnaście minut, aż trafiłem do swojego starego „mieszkanka”. Nic się nie zmieniło. Nikt nawet tu nie zajrzał.
Przygotowałem sobie optymalną dawkę, by po chwili móc przyglądać się, jak ostry jak brzytwa czubek igły zatapia się w tkankach mojego ciała. Trafiłem w żyłę bez większych problemów. Wstrzyknąłem zawartość strzykawki i wyciągnąłem ją, odkładając na kawałek folii. Rzuciłem się na brudny tapczan i zalałem łzami.
Po chwili nie wiedziałem już dlaczego płaczę. Było tak błogo. Tak dobrze. Tęskniłem.

Witaj, przyjaciółko.
Ukołysz mnie do snu.