niedziela, 28 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek V

-  Zin -

„- Kocham cię.
  - Yuuji… Ja ciebie  też.”

Nie spałem, jak miałem w zamiarze. Trzy kawy zabrane długowłosemu skutecznie mnie obudziły i jak się później okazało – na własne nieszczęście. Nie chciałem tego słyszeć. Wokalista przewijał się przez nasze życie dosyć często. Czasem pił z nami po koncertach, czasem odwiedzał nasz dom, od czasu do czasu wychodzili gdzieś razem z Hizakim. Rozumiałem to i nie mogłem przecież mu w tym przeszkadzać. W końcu byli przyjaciółmi długo przed tym, zanim się poznaliśmy. Ja nie miałem nikogo, prócz zespołu. Chociaż nawet kiedy Kamijo zabierał gdzieś gitarzystę, a mnie chłopaki zapraszali do baru, zwykłem odmawiać. Mimo upływu czasu nie potrafiłem im zaufać. Cały czas starali się ode mnie wyciągnąć informacje skąd jestem, jak zaczynałem, a ja nie umiałem kłamać. Nie umiałem mówić wybiórczych faktów z mojego życia bez strachu, że powiem za dużo.
Wiedziałem, że dłużej nie wytrzymam.
Tak bardzo się dla niego starałem normalnie żyć, bez tego gówna.
Wyjąłem z szafki niewielki słoiczek i przełknąłem kilka tabletek. Cudem przeszły mi przez gardło.
     Zaraz wszystko będzie dobrze, czyż nie?
     Nie?
     To niezdecydowanie. Zabawne, prawda? 
Tonąłem we własnej słabości. Zalewała moje organy utrudniając złapanie oddechu.

      Czyżbyś już utonął?
Żałosne.

Nikt nie lubi książek, które są parszywą kontynuacją zamkniętej serii.

Masaya… On był za dobry. Chciał przecież pomóc. Skłamał, by podnieść mnie na duchu. Kłamał z dobrego serca. A ja nie umiałem tego znieść.
Kolejna tabletka znalazła się w moim przełyku.

        - Skarbie, jesteś tam?

Odkręciłem wodę, by nie budzić podejrzeń. Posiedziałem w łazience jeszcze przez chwilę, by uświadomić sobie, jak bardzo żałowałem otwarcia na nowo tego rozdziału. Wtedy zaczęło się tak samo. A później nie miałem już gdzie wracać.

        Przez resztę dnia dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Byłem zdezorientowany. Czy prócz talentu muzycznego miał także talent aktorski? A może przesadzałem?

***


       Wcześnie rano poczułem jak coś liże mnie po stopie. Podskoczyłem nieco wystraszony. Na łóżku stał wyraźnie zadowolony z siebie Shiro. Westchnąłem ciężko. Przyszedł pies, przyszły i obowiązki. Przytulony do mnie Hizaki przebudził się i spojrzał na mnie.
        - Co się dzieje?
Shiro szczeknął. Uniosłem głowę. Westchnąłem ciężko i już chciałem się podnosić, kiedy na wpół obudzony Hizaki przytrzymał mnie przy sobie i przekręcił się na bok, chowając twarz między poduszką, a moją szyją.
       - Chwilaaaaaaa… - wymruczał.
       - Jak ci się zleje na łóżko to pożałujesz tej chwili. – odparłem.
       - Pójdę z nim. A ty lepiej poleż, wiem co mówię. – odsunął się ode mnie i pocałował mnie, uśmiechając się. Załapałem o co chodzi.  Podniósł się niechętnie z łóżka i ubrał się, co utrudniał mu ciągnący go za nogawkę w stronę wyjścia Shiro. Przypatrywałem się całej tej scence z rozbawieniem. W końcu udało mu się zapiąć psu smycz i opuścić mieszkanie.
Z każdą chwilą dochodziłem do wniosku, że jest naprawdę kochany. Chciałem jego dotyku, którego mi nie szczędził, chciałem, by już zawsze był obok. Na najważniejszym miejscu. Jednocześnie miałem wrażenie, że jakiś fragment jego osoby jest dla mnie nieosiągalny. Duża część wciąż przypisana była starszemu wokaliście, którego wolałem unikać. Gdy wrócił do domu, oczywiście rozmawiał z nim przez telefon. Wyjąłem ze słoiczka dwie tabletki. Spokojnie, myślałem. Sprawa się uspokoi, odstawię to, porozmawiam z nim…
Połknąłem je szybko. Na myśl o takiej rozmowie zrobiło mi się słabo. Podniosłem się do siadu i od razu odczułem lekki ból w tylnych partiach ciała. Długowłosy zajrzał do pokoju.
        - Wstałeś już? Jak tam?
        - Nie jest źle. – odparłem.
        - Idę robić śniadanie. Jakieś życzenia?
        - Zrób sobie dzisiaj więcej kaw. – uśmiechnąłem się. Wywrócił ze śmiechem oczami i poszedł do kuchni. Ubrałem się i doprowadziłem do porządku, by zaraz do niego dołączyć. Rozmawiał przez telefon.  Usiadłem i czekałem na niego, głaszcząc Shiro po łebku.
         - Tak, przyjadę. Nie zapomniałem o urodzinach taty, oczywiście, że nie. Po prostu nie miałem kiedy zadzwonić. Sobota, tak? – słuchałem tego co mówił, głaszcząc starego, merdającego ogonem przyjaciela. W końcu blondyn usiadł obok mnie.
          - Ta kobieta mnie wykończy.
          - Bądź jej za to wdzięczny. – odparłem.
          - Wiem, rodziców ma się jednych. Niedługo cię im przedstawię.
          - Ja niestety nie będę w stanie. – westchnąłem. Posiadanie obydwojga rodziców chyba na zawsze pozostanie kwestią dziecięcych, niespełnionych marzeń. Shiro zeskoczył na podłogę. Zjedliśmy śniadanie w ciszy. Masaya chyba był nieco skrępowany tym co powiedziałem. Jakby chciał zapytać, ale się bał. Usiadłem na kanapie, a on poszedł za mną.
           - Widzę, że wciąż niewiele o tobie wiem…
           - Nie lubię mówić o przeszłości. – oparłem się o jego ramię.
           - Rozumiem.
           - Tyle, że chyba tego potrzebuję.
           - Powiedz mi tyle ile chcesz. Wysłucham. – pocałował mnie w czoło. Znów poczułem się kochany.
           - Jestem nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. – zawahałem się. -  Moja matka była prostytutką, a ojciec jednym z jej klientów. Nie mam rodziców, a bardzo bym chciał. To fajne, kiedy ktoś o ciebie dba bez względu na wszystko, prawda? – uniosłem wzrok. Nie bałem się tego jak zareaguje. Był jedyną osobą, której byłem pewny. W końcu wiedział, skąd jestem. Łatwo się domyślić mojego losu. – Potem udało mi się wyrwać, skończyć szkołę… Ale…
No dobrze. Tego już mu nie powiedziałem. – Czar prysł. Dalej wiesz jak było. – westchnąłem. Złapał mnie za rękę.
         - Wiem. I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby to się nie powtórzyło. – powiedział. Przytuliłem się do niego. Właśnie to poczucie bezpieczeństwa było najpiękniejsze.
         - Zaraz próba. – powiedział po chwili. – Musimy się zbierać.
         - Moment. – odparłem i poszedłem do łazienki.
 Zacząłem robić sobie wyrzuty - jak mogłem pomyśleć, że Hizaki mnie oszukiwał. Czułem, że to nie może być prawda… A przynajmniej starałem się głęboko w to uwierzyć. Wysypałem całą zawartość słoiczka do ścieków. Nie mogłem znów zniszczyć sobie życia. Nie w momencie, kiedy komuś na tym życiu zależało.
          - Piękny, spóźnimy się. – usłyszałem zza drzwi. Ochlapałem twarz zimną wodą i wyszliśmy z domu. Wpadliśmy do salki o kilka minut za późno. Masashi czyścił bas, a Yuki kombinował coś przy bębnach.
          - Witamy zakochanych. – uśmiechnął się czarnowłosy. Na początku się go bałem, ale był zbyt ciapowaty, by zabić nawet pająka.
          - My również. – odparłem. Yuki zmierzył Masashiego spojrzeniem.
           - Jakby nie było nic innego… Ujdzie w tłoku. – skwitował go, po czym wrócił do wcześniejszego zajęcia. Masashi, teraz już z wytrzeszczem oczu, odłożył ściereczkę i zabrał się za podłączanie instrumentu. Usiadłem obok niego, obserwując jak każdy się czymś zajmuje. Przejrzałem nowe teksty.
            - Gdzie Teru?
            - Tu! – nasze głowy skierowały się w stronę wejścia. Białowłosy wpadł do sali zdyszany.
            - No to mamy po piwie, Teru-chan. – wyszczerzył się Hizaki.
            - Znowu… Puścicie mnie z torbami.
            - Po prostu przestań się spóźniać!
            - Łatwo powiedzieć.
Rozłożenie sprzętu białowłosemu zawsze zajmowało stosunkowo mało czasu. Był zawsze perfekcyjnie zorganizowany. Nie licząc oczywiście czasu, ale nikt nie jest idealny. Czasem miałem jednak wrażenie, że nie ma rzeczy, o której by nie pamiętał. Przez niemal trzy godziny wałkowaliśmy bez przerwy dwa kawałki. Za każdym razem komuś coś nie pasowało. W końcu jednak się udało. Wszyscy opadliśmy z sił. To było męczące psychicznie, jak i zarówno fizycznie. Napiłem się wody, kiedy w sali nagle zmaterializował się Kamijo.
            - Proszę, proszę, Jupiter kombinuje coś nowego. – uśmiechnął się. Rzucił mi przelotne spojrzenie. Swoją osobą stwarzał przerażającą aurę. Nie podobało mi się to, więc po prostu zszedłem mu z drogi. Lepiej było się w to nie mieszać. Zacząłem zbierać i układać w jakiś logiczny sposób zawartość teczki z tekstami drukowanymi, jak i pisanymi przez Hizakiego. Doszedłem do wniosku, że jego pismo to prawie nowy język. A ja jako jeden z niewielu nauczyłem się go odczytywać. Z powodzeniem mógłby zostać lekarzem.
            - Dobrze ci poszło, Zin. – głos Kamijo wyrwał mnie z zamyślenia.
            - Dziękuję. – odparłem, spoglądając na niego przez ułamek sekundy i powróciłem do wcześniej wykonywanej czynności.
            - Nie strasz go nam. – Teru kopnął wokalistę w kostkę i podszedł do mnie, by mnie przytulić. Popatrzyłem na niego z rozbawieniem. – A ty się go nie bój. Jeszcze nikogo nie zjadł.
             - Jeszcze. – mruknąłem. Kamijo zaśmiał się pod nosem.
Wkrótce Masashi i Yuki poszli do domów. Długowłosy zajęty był rozplątywaniem kabli i rozmową z Kamijo, a ja zagadałem się z młodszym gitarzystą. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że dobrze by było napić się kawy. Ogarnęliśmy więc względnie bałagan, jaki po sobie zostawiliśmy i poszliśmy do kawiarni. Zajęliśmy miejsce przy oknie.
           - Zin… Mogę zadać ci pytanie? – zapytał białowłosy niepewnie.
           - Zależy. – zaśmiałem się. – Słucham cię.
           - Bo… Skąd Hizaki cię wziął? Masashiemu ponoć nie chciałeś odpowiedzieć, więc przepraszam jeżeli nie chcesz o tym mówić i...
           - Spokojnie. – uciszyłem go. – Nie przepraszaj. Właściwie to poznaliśmy się na ulicy. – uśmiechnąłem się lekko. – Jakoś tak się zeszliśmy. I jeszcze okazało się, że umiem śpie… - zamarłem. Prostopadłe ułożenie skrzydeł budynku powodowało, że z kawiarni mogłem dostrzec wszystko, co działo się w naszej sali prób.
Obejmujący się i całujący Kamijo z Hizakim.
Widocznie zrobiliśmy im wielką przysługę, zostawiając ich samych. Teru powędrował wzrokiem w tamto miejsce. Także oniemiał.
Moje serce rozpadło się na tysiące małych, ostrych i cholernie kłujących kawałeczków.
           - Zin… Nie patrz na to… - Teru odwrócił mnie od okna i przyciągnął do siebie. Jego głos odbijał się echem w tej pustce, jaka we mnie panowała. Pustce, niegdyś wypełnionej jakimikolwiek uczuciami. Nagle wszystko prysło. Jak mogłem być tak głupi? Wierzyć, że kogoś takiego jak ja można szczerze pokochać?
Kamijo – mężczyzna z klasą, talentem, charakterem.
A w jego cieniu ja. Chłopak z metra, śpiewający wiecznie ten sam repertuar, niekiedy z podbitym okiem.
Nie oszukujmy się. To było częścią mojej tożsamości. Kamijo był pod tym względem czysty.
         - Zrób mu awanturę. Ma zrozumieć, że musi się zdecydować. Nie oszczędzaj go. – mówił do mnie Teru. Nie za bardzo mnie to obchodziło. Odsunąłem się od niego i wstałem.
          - Pójdę już. Dzięki. – mruknąłem.
Oddaliłem się w stronę drzwi. Wyszedłem z budynku i skierowałem się prosto do starego domu. Potrzebowałem tego wszystkiego jak nigdy dotąd. Musiałem się jakoś oderwać.
           
 ***

              - Dobrze cię widzieć, stary. – znajomy uściskał mnie. – Ledwo cię poznałem.
              - Trochę się pozmieniało.
              - Trzy działki?
              - Cztery. – odpowiedziałem po chwili namysłu.

Poszedłem do apteki po igły i strzykawki. Nie minęło piętnaście minut, aż trafiłem do swojego starego „mieszkanka”. Nic się nie zmieniło. Nikt nawet tu nie zajrzał.
Przygotowałem sobie optymalną dawkę, by po chwili móc przyglądać się, jak ostry jak brzytwa czubek igły zatapia się w tkankach mojego ciała. Trafiłem w żyłę bez większych problemów. Wstrzyknąłem zawartość strzykawki i wyciągnąłem ją, odkładając na kawałek folii. Rzuciłem się na brudny tapczan i zalałem łzami.
Po chwili nie wiedziałem już dlaczego płaczę. Było tak błogo. Tak dobrze. Tęskniłem.

Witaj, przyjaciółko.
Ukołysz mnie do snu.

czwartek, 25 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek IV

Pół roku później...

       Otworzyłem oczy. Leżał przede mną. Farbowane na blond włosy okalały jego twarz, wciąż wywijając się na wszystkie strony, po wczorajszych wojażach stylisty z lokówką. Wciąż spał. Nic dziwnego, że był zmęczony. Dał z siebie dwa razy tyle energii co normalnie. Zrobiłem sobie kawy i patrzyłem przez okno na szczyty wieżowców. Dobrze by było gdzieś wyjechać. Usunąć się stąd, zatrzymać życie. Trasa dobiegła końca. Kochałem to, co robiłem, ale miałem już lekki przesyt. Każdy miał jakieś oczekiwania. Miałem być taki, a nie inny. Miałem robić tak, a nie inaczej. Mimo że nie za bardzo się tym przejmowałem, to takie rzeczy potrafią nieźle zdemotywować. Cóż, nie zawsze można uciec. Z niektórymi rzeczami trzeba po prostu żyć. Poczułem dotyk zimnych dłoni na swoich barkach.
        - Zostawiłeś mnie. – mruknął ich właściciel z wyrzutem. Usiadł za mną na kanapie i przytulił się do moich pleców.
        - Spałeś. Nie chciałem cię budzić. – odparłem, upijając łyk kawy.
        - A ty nigdy nie możesz pospać dłużej?
        - A ty budzić się wcześniej? – uśmiechnąłem się kącikiem ust.
        - Wygrałeś. – zaśmiał się. – Długo tak siedzisz?
        - Chwilę.
        - Zimno tu.
        - To się ubierz.
        - Według romansideł, powinieneś mnie teraz przykryć, przytulić, po czym zapytać czy już lepiej, ale wiem, że tego nie zrobisz. – stwierdził.
        - Nie? – uniosłem brew.
        - Nie lubisz romansideł.
        - Ale ciebie już tak. – zaśmiałem się. Odstawiłem kawę i odwróciłem się do niego przodem. Sięgnąłem po koc, owijając nim nas obydwoje, przytuliłem Zina i uśmiechnąłem się do niego z przekorą. – Znowu wygrałem.
        - Chciałbyś. – odwzajemnił uśmiech i wtulił się we mnie. Zamknął zaspane oczy. Sięgnąłem po kawę, na której zaraz pojawiła się też nienależąca do mnie ręka.
        - Czego tu? – zapytałem ze śmiechem.
        - Łyczka. – odparł, po czym przejął kubek. „Łyczek” stał się całym kubkiem. Pokręciłem głową i poszedłem zrobić sobie kolejną porcję.
        - Chcesz jeszcze?
        - Nie.
Tak jak mogłem się spodziewać. Kolejne dwie porcje czekał identyczny los.
          - Co ja poradzę, że robisz taką dobrą kawę? – popatrzył na mnie z niewinnym uśmiechem, odstawiając kubek.
          - Och, dziękuję. – wywróciłem oczami. – Masz coś przeciwko, żebym zaprosił tu dzisiaj Kamijo?
           - Absolutnie nic. Zaraz idę spać. Obudź mnie jak będzie coś do jedzenia. – zaśmiał się. Pocałował mnie w policzek i poszedł do sypialni. Odprowadziłem go wzrokiem. Szedł jakby poprzedniego dnia wypił co najmniej butelkę nieźle kopiącego trunku. Cóż, zmęczenie.
         Gdzieś w południe rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem je z uśmiechem, ściskając po przyjacielsku mężczyznę, którego kiedyś skłonny byłem darzyć uczuciem.
          - Jesteś sam? – zapytał, rozglądając się.
          - Nie. – odpowiedziałem. – Śpi.
          - Uhm… - mruknął. Wszedł do środka i usiadł na kanapie. Zlustrowałem go wzrokiem. Był zdenerwowany, coś go dręczyło. Nigdy nie umiał ukrywać uczuć. Trudno było nie zauważyć, że czuł się gorzej niż zwykle. Normalnie wszedłby do mieszkania i opowiadałby mi wszystko i o wszystkim. Nie zamknąłby się nawet na chwilę. Wyjąłem z lodówki wino i postawiłem obok kieliszków na stole i usiadłem obok blondyna.
          - Co jest? – zapytałem, napełniając kieliszki.
          - Nic. Widziałem wczoraj wasz koncert.
          - Tak? Czemu do nas nie przyszedłeś?! – zapytałem, patrząc na niego z wyrzutem.
          - Masz swoje życie, nie chciałem przeszkadzać. – odparł. Odczułem w jego głosie coś w rodzaju bolesnej pretensji. Czyżby nadal żył przeszłością? Odstawiłem butelkę wina na stół.
          - Naprawdę tak myślisz?
          - Co?
          - Że jesteś dla nas przeszkodą?
Cisza.
          - Idioto. – prychnąłem, opierając się o oparcie kanapy.
          - Nie przyszedłem tu dzisiaj jako twój przyjaciel, Masaya.
          - A jako kto? Listonosz? – parsknąłem, patrząc na niego z rozbawieniem.
          - Może innym razem… Nie mogę już dłużej… - spojrzał mi w oczy. Spoważniałem.
          - Ty…
          - Kocham cię. – dotknął mojej dłoni. Wciąż miał na palcu drobną obrączkę z tytanu, którą kiedyś mu dałem. Czyżby nosił ją przez cały czas?
         - Yuuji… - westchnąłem i przytuliłem się do niego. Rozstaliśmy się przez taką błahostkę. Nerwy, pochopne decyzje, skok w bok… W zasadzie mogło się to skończyć inaczej. Zmienił się. Nie był już tak egocentryczny jak kiedyś. Może dało mu to do myślenia? W głębi ducha nadal coś do niego czułem. Może to tylko sentyment? Ciężko powiedzieć.
         - Ja ciebie też. Ale jest tu jeszcze ktoś.
         - Ten grajek z metra, tak? - prychnął. Jednak chyba nici z tych zmian.
         - Powiedzmy. – odetchnąłem, odsuwając się do niego. – Ale to jemu nie chcę złamać serca.
         - W czym on jest lepszy ode mnie? Nie ma nic. Wszystko osiągnął dzięki tobie. Szczerze go za to nie cierpię.
         - Zamknij się. – warknąłem.
         - Wybacz. Nie chciałem cię zdenerwować.
         - Zrobiłeś wszystko co potrzeba.
         - Lepiej już pójdę. – wstał, pochylił się nade mną i pocałował mnie krótko w usta. – Do zobaczenia.
Usłyszałem ciche skrzypienie zawiasów drzwi wejściowych. Patrzyłem w ścianę, gdy łzy spłynęły mi po twarzy. Za chwilę usłyszałem ten dźwięk jeszcze raz. Zin…
Zerwałem się i zacząłem się rozglądać po mieszkaniu. Poszedłem do sypialni. Rozgrzebana pościel, ani śladu Zina. Już miałem wybiegać z domu, kiedy wpadłem na Kamijo.
           - Spokojnie, zapomniałem tylko kluczy od samochodu. – uśmiechnął się, trzymając mnie za barki. Oparłem czoło jego ramię i rozpłakałem się z nerwów. Poklepał mnie po plecach i wyszedł. Zapukałem do łazienki.
           - Skarbie, jesteś tam?
Odpowiedział mi dźwięk odkręcanego kranu. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem do sypialni. Za chwilę przyszedł do mnie i położył się obok. Od razu schował twarz gdzieś w moich włosach. Przytuliłem go mocno. Kiedy był obok mnie, wszystko było takie stabilne i poukładane. Mimo, że ewidentnie zasiał w moim życiu bałagan. Jednak czasem nawet bałagan można pokochać. W końcu w pewnym sensie jest świadectwem życia... A kiedy taki ktoś jak ja zacznie nadgorliwie planować, wszystko zaczyna przemykać mu tuż przed oczyma. Planowanie wszystkiego było moim wiecznym błędem.
           - Może byś się ubrał? Pójdziemy na jakiś spacer. - zaproponowałem cicho. Pogładziłem Zina po policzku i uśmiechnąłem się.
        - Czasem masz jednak niezłe pomysły. – popatrzył na mnie.
        - Ja zawsze mam dobre pomysły. – prychnąłem.
        - Zdarzy ci się… - westchnął, po czym wstał i zaczął się przebierać w nieco bardziej wyjściowe rzeczy. Niewiele później przekręcałem klucz w drzwiach.
        Pogoda była piękna. Było bardzo podobnie do tego dnia, w którym w drodze na próbę usłyszałem jak Mój Bałagan śpiewa w metrze. Podświadomie nogi zaniosły nas w tamte okolice. Ławka wciąż stała pod ścianą. Była jedynie nieco bardziej zniszczona. Pod ławką leżała kupka sierści. Zinowi rozjaśniły się oczy.
        - Shiro! – zawołał i zbliżył się do ławki. Pamiętałem tego psiaka. Bywał tu dosyć często, jednak nigdy nie dawał się zabrać. Wiedziałem już, kto był dla niego taki ważny. Z początku stworzonko warknęło, ale za chwilę położyło uszy po sobie i zamerdało radośnie ogonem. Przyglądałem się wokaliście z psem na rękach przez chwilę. Przyjemnie się patrzyło na tę scenkę.
        - Zabieramy go stąd? – zapytałem, dotykając posklejanego włosia Shiro.
        - Nie będzie ci przeszkadzać…? – zapytał jednocześnie ze radością i niepewnością w głosie. Wciąż był nieco wycofany i nie umiał zrozumieć, że to co moje należało też do niego. Westchnąłem cicho.
        - Ty też czasem lubisz mi poprzeszkadzać w tak prostych czynnościach jak picie kawy, a i tak cię kocham. – powiedziałem ściszonym głosem, by słyszał mnie tylko on. – Nie będzie.
Miałem wrażenie, że zacznie piszczeć z radości. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów. Już od dawna planowałem przyprowadzenie tego małego nieszczęścia do domu, ale nie pojawiał się w swoim miejscu od długiego czasu. Przez resztę spaceru towarzyszył nam wiernie, nie odchodząc od nogi Zina nawet na krok.
       - Ta chmura wygląda jak Masashi. – stwierdziłem, wyrwawszy się z zamyślenia. Blondyn popatrzył na mnie jak na idiotę.
        - Masz wyobraźnię.
        - Ale zobacz. Tam ma ręce, tu bas i włosy… No i jest wielka. – pokazywałem mu.
        - Dobra, widzę. – parsknął.
        - Zaprowadzę cię gdzieś! – oświadczyłem z entuzjazmem. Nie byłem w tym miejscu odkąd rozstaliśmy się z Kamijo. Mimo wszystko budziło we mnie pozytywne skojarzenia. O tej porze roku park musiał być przepiękny.
Kiedy minęliśmy pierwsze drzewa tworzące pewnego rodzaju bramę, wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie powracać. Rozejrzałem się wokół. Drzewa otulone były bladoróżowymi kwiatostanami. W powietrzu unosił się ich delikatny zapach. Z daleka dostrzec mogłem jeziorko. Teraz ono również okryte było pierzynką z kwiatów. Weszliśmy na most prowadzący na wysepkę z altanką, w której bawiły się dzieci.
         - Pięknie tu.
         - Prawda? – uśmiechnąłem się. Jeziorko zawsze już będzie kojarzyć mi się z Kamijo. To właściwie tutaj się poznaliśmy. I nie miałem tu na myśli pierwszego spotkania. Mogliśmy godzinami przesiadywać na mostku i rozmawiać o największych bzdurach tego świata. Szkoda, że to minęło. Że nie umieliśmy już ze sobą rozmawiać bez wypominania sobie pewnych rzeczy. Czasem wyrzucałem sobie rozpamiętywanie minionych lat.
        - O czym myślisz? – zapytał nagle Zin i oparł się o moje ramię.
        - O wszystkim. O tobie, o nas… – skłamałem. Zabolało mnie to, że nie potrafiłem powiedzieć mu prawdy.
         - I wymyśliłeś coś?
         - Tylko to, że cholernie cię kocham. – przytuliłem go i złożyłem krótki pocałunek na jego ustach. Tu już byłem w stu procentach szczery. Shiro podskoczył i wsparł się łapami na poręczy mostku, szczekając parę razy. – I widzę, że nie tylko ja.
          - Słodkie to było. – niższy powrócił do opierania się o moje ramię. – Ja ciebie też. – dodał. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu. Niedługo zaczęliśmy iść w stronę domu. Po drodze zrobiliśmy „psie” zakupy. Oczywiście musieliśmy pokłócić się o wybór legowiska, koniec końców jednak ustąpiłem. Pozwoliło mi to nie otrzymać reprymendy, jak to zawsze się wymądrzam i staram postawić na swoim. Można też uznać, że ominęła mnie także noc na kanapie. Po wejściu do domu od razu wsadziliśmy Shiro do wanny. Dawno nie spotkałem tak cuchnącego psa. Ale nie było w tym nic dziwnego. Kundelek nie był jednak skłonny do współpracy.
          - Trzymaj go. Zajmę się resztą. – poleciłem, gdyż bałem się złapać warczącego jak stary traktor psa za pysk, jak robił to Zin.
          - Przecież trzymam. Za kogo ty mnie masz?
          - Za blondynkę.
          - Rude wredne.
          - Nie jestem rudy! Już… - parsknąłem, wmasowując w zmoczoną sierść psa szampon.
          - Lepiej, że rudy niż siwy. - uśmiechnął się z przekorą.
          - Jesteś niemiły. Teraz mi smutno. – popatrzyłem na niego z przesadzonym smutkiem. – Dobry boże! Twój pies jest biały!
          - A myślałeś, że jaki?
          - Nie byłem do końca pewny czy szarobrązowy, czy tylko szary.
Spłukałem pianę z warczącego potwora. Była ciemnobrązowa. Obrzydlistwo. Umyłem go jeszcze raz, po czym Zin wystawił go na podłogę. Pies otrzepał się, chlapiąc na wszystkie strony. Kiedy byliśmy już wystarczająco mokrzy, wystrzelił z łazienki jak z procy.
       - Świetnie. Ty sprzątasz. – mruknąłem.
       - Nie.
       - Mnie się sprzeciwiasz? – uśmiechnąłem się i przyparłem go do ściany.
       - Mhm. – przytaknął radośnie, widocznie zadowolony ze swojej jakże wysokich lotów asertywności. Pogładziłem jego udo, drugą dłonią wędrując od biodra ku górze. Złożyłem kilka pełnych pożądania pocałunków na jego szyi. Zorientowałem się, że miałem naprawdę dobry gust co do perfum. Moja dłoń zawędrowała gdzieś pod jego koszulkę, która – jakoś tak wyszło – znalazła się za chwile na umywalce. Druga zgubiła się gdzieś w okolicy zapięcia spodni Zina.
        - Nadal będziesz się sprzeciwiać? – wymruczałem mu do ucha, muskając je wilgotnymi wargami. Pokręcił głową. Wziąłem go na ręce tak, by oplótł mnie nogami i zaniosłem do sypialni. Powoli pozbawiłem go ubrań, obsypując pocałunkami każdy świeżo uwolniony fragment ciała. Cały ten czas jedną z rąk pieściłem jego męskość przez materiał bielizny. Nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. Zdjął mi spodnie, a następnie usiadł okrakiem na moich udach. Patrzył mi w oczy, zdejmując powoli że mnie bokserki. Przeciągnął palcem po całej długości mojego penisa. Zatoczył opuszkiem palca wskazującego kilka kółeczek na główce, a kiedy przeszedł mnie dreszcz podniecenia, posłał mi przepełniony satysfakcją uśmiech. Pochylił się i po chwili poczułem jak jego usta obejmują moją męskość, poruszając się w dół i w górę. Po jakimś czasie odsunąłem go  i z powrotem pchnąłem na łóżko. Sięgnąłem z szuflady lubrykant i wylałem sobie trochę płynu na dłoń. Powróciłem do ust ukochanego, w tym samym czasie wsuwając w niego dwa palce. 
          - Masaya... Już. - powiedział. Podniosłem się i powoli w niego wszedłem. Syknął cicho. Nie uprawialiśmy często seksu, ale warto było czekać na tę chwilę. Dałem mu trochę czasu na przyzwyczajenie się do mojej obecności, jednocześnie starając się odwrócić jego uwagę od dyskomfortu pocałunkami. Zacząłem wykonywać pierwsze powolne pchnięcia. Nasze zbliżenie stało się już tylko kwestią minut. Odczułem błogą satysfakcję, gdy moje imię wydarło się z jego gardła towarzysząc dźwiękowi osiąganego spełnienia. Wytarłem nasze ciała chusteczką i położyłem się przy Zinie. Pocałowałem go w czoło, gdy się do mnie przysunął. 
         - Rude wredne? - zapytałem z uśmiechem. 
         - I to jeszcze jak. - odparł, uchylając powieki by na mnie spojrzeć.



piątek, 19 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek III

 Zająłem się czytaniem, żeby pozwolić Zinowi się wyspać. Oparłem ręce na jego łopatkach, by mieć jak trzymać książkę. W połowie rozdziału, poczułem, że zaczyna się wiercić. Odłożyłem książkę na pufę i przyjrzałem się chłopakowi. Ziewnął przeciągle 
i podniósł głowę. Przyjrzał mi się, opuszczając wzrok na miejsce, w którym leżał. Uśmiechnąłem się do niego ciepło. Nasze twarze były bliżej siebie niż kiedykolwiek.
                 - Dzień dobry. – przywitałem się. Zin w mgnieniu oka podniósł się i zszedł ze mnie.
                 - Wybacz, że zrobiłem sobie z ciebie poduszkę… - mruknął, siadając na swoim pierwotnym miejscu. 
                 - A może byś najpierw odpowiedział, co? I możesz na mnie spać, ciepły jesteś. – dodałem z uśmiechem na twarzy. Podniosłem się do siadu. Zegar wskazywał pierwszą po południu. 
                   - Dzisiaj wielki dzień, nie? – szturchnąłem go łokciem. 
                   - Tak szczerze, to trochę się boję. – mruknął w odpowiedzi.
                   - Boisz się? Czego? 
                   - Jestem od was inny. Różnimy się.
                   - Jakbyś nie zauważył, na świecie nie ma takich samych ludzi. Głowa do góry 
i jedziemy. – przekazałem mu z radością. Chyba cieszyłem się z tego wszystkiego najbardziej i zdecydowanie fakt, że mamy wokalistę był rzeczą, dzięki której chciało mi się skakać ze szczęścia. W dodatku nowy wokalista jest obiektem moich westchnień i właśnie się na mnie wyspał. Czy mogłoby być lepiej? Owszem. Zawsze może być lepiej. 
                   Przygotowałem śniadanie, udało mi się dokonać tego w niemalże rekordowo krótkim czasie. Po jedzeniu, zanieśliśmy wszystkie nowe rzeczy do niemalże pustego pokoju. Zin zawiesił wzrok na położonych na blacie biurka zdjęciach. Podążyłem wzrokiem 
w miejsce, które tak go zaciekawiło. Było to wydrukowane zdjęcie z polaroidu, na którym Kamijo trzymał mnie na rękach i całował w usta. Posmutniałem. Nie chciałem nawet pamiętać tego krótkiego okresu, w którym nasza przyjaźń wystawiona została na taką próbę. Była ona jednak wiele silniejsza od uczucia, jakie kiedyś między nami było i ostało się na sicie czasu. Podszedłem do biurka i wziąłem pamiątkę do ręki, przedzierając je na pół 
i wrzucając do śmietnika. Zin popatrzył na mnie nieco zaskoczony. 
                   - Zabiorę wszystko do siebie, ty w tym czasie poprzekładaj rzeczy do szafek. – powiedziałem i zacząłem składać wszystkie papierki na jedną kupę. Odrzuciłem na bok jeszcze kilka naszych wspólnych zdjęć. Śladami pierwszego powędrowały wprost do czarnego worka. Położyłem resztę na wzmacniaczu i wysunąłem go za drzwi. Przyniosłem świeżą pościel, kołdrę i poduszkę dla ciemnowłosego i torbę, której nie wzięliśmy na początku. Znalezienie pościeli zajęło w sumie tyle czasu, ile Zinowi zajęło rozłożenie wszystkich ubrań w szafie. Siedział na łóżku ze splecionymi dłońmi. Wyglądał na dziwnie smutnego. Pomieszczenie sprawiało teraz wrażenie sterylnego. Położyłem pościele na materacu i usiadłem obok chłopaka. Objąłem jego ramię i oparłem na nim głowę. Odwrócił się, próbując na mnie spojrzeć.
                   - Uśmiechnij się – powiedziałem mu cicho do ucha, przypadkowo muskając je wargami. Wzdrygnął się, a na jego przedramieniu dostrzegłem gęsią skórkę. Wtuliłem się głową w jego szyję. Oddychałem spokojnie, wciągając w nozdrza zapach jego jasnej skóry. Zauważyłem, że kącik ust Zina uniesiony był do góry. Odsunąłem się od niego i spojrzałem w roześmiane teraz oczy. 
                  - O, i tak wyglądasz najładniej. – zachichotałem.  – Pójdę wziąć prysznic, powlecz sobie pościel. – przesunąłem ręką po jego plecach i wstałem, kierując się w stronę łazienki. 
Byłem przeszczęśliwy, że udaje mi się wydobyć z chłopaka szczery uśmiech. W końcu o to mi chodziło. 
                  Gdy Zin zajął łazienkę, zaszyłem się w swojej sypialni, przećwiczyć kilka razy „Nostalgie”. Ostatnim razem, gdy zacząłem improwizować bałem się, że Yuki zadźga mnie tymi swoimi pałeczkami, a Teru wydrapie oczy. Paradoksalnie, młodszy gitarzysta znał moje utwory lepiej niż ja sam. Miał bardzo dobrą pamięć. Po jednym spojrzeniu na kogoś umiał stworzyć podobny do złudzenia portret tej osoby. Oprócz pamięci, miał też dosyć długie paznokcie… Zacząłem grać. Gdy robiłem sobie trzecią próbę, do pokoju zajrzała obsypana ciemnymi, lekko pokręconymi od wilgoci włosami głowa o błyszczących, ciekawskich oczach. Przestałem grać.
                     - Co to? – zapytał.
                     - Coś, co będziesz śpiewał przed setkami ludzi.
                     - Masz już tekst? – wszedł do pokoju. Założył te moje ulubione skórzane spodnie, trampki i białą koszulkę z czarnym napisem. 
                     - Dobrze wyglądasz. – pochwaliłem go. Podałem mu kartkę z odręcznie napisanymi słowami. – A tekst jest tu. Właściwie, jakbyś to ogarnął teraz, to moglibyśmy cię ładnie pokazać chłopakom. – zacząłem od początku, gdy przeczytał tekst. Później zaczął skupiać się na muzyce i na tekście. Zagrałem mu chyba ze trzy razy. 
                     - Jakiś pomysł?
                     - Mniej więcej wiem, co chcę zrobić, ale musiałbym to usłyszeć z bębnami. Ty to pisałeś?
                - Tak. – odpowiedziałem.
                - Piękne słowa… Skąd czerpiesz na to inspiracje?! – zaśmiał się. Przeklęte pytanie.
                - Dowiesz się w swoim czasie. – tajemniczy uśmiech wstąpił na moją twarz. Nie miałem pojęcia, kiedy nadejdzie odpowiedni moment by mu powiedzieć. Odstawiłem gitarę na stojak.
                - Musimy już jechać. – odblokowałem telefon. Za dwadzieścia minut próba.

                                                                       ***

               - Hizaki, pokazuj go! – Teru wyskoczył przed drzwi. Zin szedł za mną, nie zdążyłem go nawet ostrzec. Żałowałem, że poinformowałem ich o tym wcześniej.
               - Uspokój się. – osłoniłem nowego wokalistę, o mało nie spychając go ze schodów. Zza białowłosego nagle wyłoniła się ogromna sylwetka Masashiego. Przytrzymał Teru, dzięki czemu mniejszy odrobinę się opanował. 
                - Dzięki bogu, że jest tu jeszcze ktoś normalny oprócz mnie… - westchnąłem. Przepuściłem Zina do przodu. Brunet zaprowadził podekscytowanego gitarzystę do środka. Zamknąłem za nami drzwi.
                 - No to poznajcie Zina. Zin, poznaj bandę idiotów. – przedstawiłem ich sobie nawzajem. Trzy pary oczu spojrzały na mnie z politowaniem. 
                 - Hizaki, nie umiesz. – stwierdził Yuki.
                 - Czego nie umiem? 
                 - Odcinać się od bandy idiotów. 
                 - Zawsze to wiedziałem… - westchnąłem zrezygnowany.
                 - Po pierwsze – witamy. Po drugie – duży to Masashi, ta mała pchła wabi się Teru, a ja jestem Yuki. – perkusista usiłował ratować sytuację.
                 - Za małą pchłę narysuję ci 666 portretów Masashiego i rozwieszę w pokoju. 
                 - Moich? Czym sobie zawiniłem… - jęknął basista.
                 - Akurat muszę poćwiczyć rysowanie aktu… - zamyślił się Teru. Basista spojrzał na niego, otwierając szerzej oczy, a Yuki zdawał się być bardziej blady niż zwykle. 
                 - Porozmawiamy o tym później. – bąknął i jak na komendę, wraz z Masashim odsunęli się od jasnowłosego. Gitarzysta wyszczerzył się usatysfakcjonowany. Przyjrzałem się Zinowi. Stał z lekkim uśmiechem na twarzy i obserwował poczynania reszty. Spojrzał na mnie z cichym wołaniem o to, żeby przejść do tego po co tu właściwie jesteśmy. Fakt faktem, na zawieranie przyjaźni miał jeszcze dużo czasu. 
                - Dobra, kuchareczka do garów, wiosło do kajaków, a basista do… mopa…? – klasnąłem w dłonie i rozpromieniłem się w stronę mordujących mnie wzrokiem muzyków. 
                 - Miejsce kobiet jest w kuchni… - rzucił Yuki, siadając za perkusją. Puściłem tę uwagę mimo uszu. Dałem Zinowi kartkę z tekstem.
                 - Chcesz to usłyszeć jeszcze raz, czy na żywca? – zapytałem.
                 - Jeszcze raz. 
                 - Lecimy. – zawołałem, układając palce na gryfie.
Zaczęliśmy grać. Byli zaskoczeni, że „nowicjusz” jest na tyle przygotowany. 
                 - Wystarczy, już wiem. – uśmiechnął się Zin. Wróciliśmy do początku. Przypatrzyłem się ciemnowłosemu, wpatrzonemu w kartkę. Wszyscy zapewne umierali z ciekawości, włącznie ze mną. W końcu właśnie miało się spełnić moje małe marzenie.
                    
 Mune o sasu itami to kurushimi kakaeta hibi
Toki ni nagasa reta sadame shinjitsu o motome tsuzuke...     
           
Wraz z pierwszymi linijkami tekstu, rozbrzmiewającymi mocnym, acz o spokojnym brzmieniu głosem, poczułem drżenie serca. W niemalże dosłownym tego słowa znaczeniu. Zauważyłem radość wypisaną na twarzy drugiego gitarzysty, zaraz powracając do podziwiania tego, jakim cudem śpiewając pierwszy raz nowy utwór, można zrobić to tak dobrze.
               
                     - Wygrałeś. Witamy w Jupiterze. – Teru rzucił się Zinowi na szyję.
                     - Dzięki - zaśmiał się ciemnowłosy i niepewnie poklepał Teru po plecach. Yuki 
z Masashim patrzyli się na całą scenkę z ustami wykrzywionymi w delikatnym uśmiechu. Omówiliśmy później kilka spraw, Zin dostał kolejny tekst do nauczenia się. Zagraliśmy mu to raz, żeby miał jakąś wstępną wizję. Po jakimś czasie wszyscy rozeszliśmy się do swoich spraw. 
                   - A nie mówiłem, że jesteś świetny? - zwróciłem się do Zina, gdy siedzieliśmy już w samochodzie. 
                   - Jak wrażenia? 
                   - Nie da się ich nie lubić. - roześmiał się. 

                                                                         ***

                 Czas mijał nieubłaganie. Niedługo mieliśmy nagrywać pierwszy singiel, z czym wiązała się masa wywiadów i spotkań zapisanych w kalendarzu, a co za tym idzie - potrzeba metamorfozy Zina.
                  - Jesteś pewien? 
                  - W blondzie będzie ci dobrze, jestem pewien. Obróciłem go na salonowym krześle w stronę lustra. Zająłem miejsce w poczekalni. 
                 - Hizaki? 
                 - Kamijo? Dobrze cię widzieć. - ucieszyłem się. Blondyn usiadł na sofie obok mnie. 
                  - Skoro już tu się spotykamy... - oparł mi głowę na ramieniu, co sprawiło że stałem się trochę zdezorientowany. 
                  - Hizaś, pamiętasz ten rok? - poczułem, jak gwałtownie krew odpływa mi z twarzy.
                   - Moglibyśmy zacząć od początku. Przytulił mnie do siebie i wplótł palce w moje włosy, gładząc je czule. Nie byłem w stanie się przez chwilę ruszyć. Zerwałem się dopiero kiedy musnął ustami moje wargi. Odsunąłem Kamijo od siebie. Widać było rozczarowanie w jego oczach. 
                   - Przepraszam... Nie umiem. - szepnąłem, widząc jego utkwione w moich źrenicach spojrzenie. Objąłem go lekko, głaszcząc pocieszająco po plecach. 
                   - Wybacz. To nie ma prawa się udać. 
                  Cisza. 
                   - Ten niski to wasz nowy wokalista? - zapytał po jakimś czasie, przerywając milczenie. 
                   - Tak. – pokiwałem głową
                   - Czekam na singiel - uśmiechnął się. Wstał, pocałował mnie w czubek głowy i zostawił sam na sam z poczuciem winy. Nagle ktoś szturchnął mnie delikatnie w ramię. Spojrzałem na tego kogoś. Był to Zin przefarbowany już na złocisty blond i krócej obcięty. 
                   - Stało się coś? - zapytał cicho. 
                   - Nie, jest dobrze. - uśmiechnąłem się. 
                   - Wiedziałem, że będzie ci ładnie. - przypatrzyłem mu się. Pozbyli się sporej części dosyć gęstych brwi, ale wyglądało to dobrze. Kwestia przyzwyczajenia.
                   - Dzięki. Idziemy? 
                   - Tak... 
Opuściliśmy lokal. Czekała nas droga na pieszo, bo wychodząc z mieszkania zachciało nam się spaceru. Pogrążyłem się myślami w zdarzeniach sprzed dosłownie chwili. Czy to naprawdę tak, że on coś do mnie czuł? Bałem się w to ingerować, uznałem ten rozdział za dawno zakończony. Martwiło mnie jednak to, że Zin prawdopodobnie widział wszystko, całą tę scenkę. Na twarzy blondyna było widać delikatne skrępowanie. Zachowywał się jakby próbował zacząć rozmowę, ale nie umiał. Sytuacje „uratowały” duże krople deszczu, spadające mi na czoło. W mgnieniu oka rozpadało się na dobre. Zaczęliśmy biec, do domu było niedaleko. Niestety wystarczająco, by przemoknąć do suchej nitki. Wpadliśmy zdyszani do mieszkania. Woda dosłownie z nas spływała. Zlustrowałem Zina wzrokiem i wybuchnąłem śmiechem. Wyglądał jak trzęsący się kot oblany wiadrem wody. Niedawno idealnie ułożone włosy oblepiały teraz jego głowę tworząc asymetryczne schody. 
                 - I z czego się cieszysz? - Zin także się roześmiał, niemal szczękając zębami. 
                 - Przebieraj się lepiej. - potargałem mu włosy. 
Zdjąłem koszulkę i powędrowałem do sypialni, założyć suche rzeczy. Zrobiłem herbatę i z dwoma kubkami zajrzałem do Zina, który leżał pod kołdrą na łóżku, kuląc się z zimna. 
                 - Zmarzło się? - zapytałem, symulując zdziwiony ton. Wszedłem do środka i usiadłem mu na łóżku. Wziął ode mnie kubek, podnosząc się. Okryłem go szczelniej.
                 - Widziałeś, prawda? - zapytałem, nawiązując do spotkania z Kamijo u fryzjera.
                  Przytaknął.
                 - Tak myślałem. Nie jesteśmy razem i nigdy do tego nie dojdzie. - wyjaśniłem. 
                 - Wyglądałeś na smutnego... 
                 - Nie, po prostu się zamyśliłem. - uśmiechnąłem się smutno. – Cieplej ci? 
                 - Odrobinę.
Wsunąłem się pod kołdrę i zawinąłem nas w nią. Był naprawdę wyziębiony. Popatrzył na mnie trochę zaskoczony, po chwili robiąc minę w stylu „czemu nie” i przytulił się do mnie, nie przestając sączyć herbaty. Ręcznikiem, który rzucił na łóżko, przystąpiłem do wycierania jego włosów, na które chyba w ogóle nie zwrócił uwagi w całym procesie osuszania się. 
                  - Dlaczego to robisz? – zapytał, kiedy wypił cały kubek gorącej herbaty. Zabrałem mu go z ręki i odstawiłem na komodę. 
                  - Co dlaczego robię? Przecież nic nie robię…
                  - Dlaczego mnie tak traktujesz? Dlaczego się o mnie troszczysz? – zadał te dwa pytania ciurkiem. Nie byłem pewien, czy będę w stanie na nie odpowiedzieć.  Zapadła cisza. Odłożyłem ręcznik i pogładziłem blondyna lekko po ramieniu, z którego zsunęła mu się bluza.
                  - Traktuję cię tak, ponieważ na to zasługujesz. Troszczę się o ciebie, bo jesteś dla mnie ważny. – przymknąłem oczy. Zin odsunął się ode mnie.
                  - Ważny w ten sam sposób, co ty dla mnie? – poczułem opuszki jego palców, zataczające koła na moim policzku. Ująłem jego dłoń i ucałowałem delikatnie.
                  - Najwyraźniej. 
Splotłem nasze palce. Zbliżyłem się do twarzy Zina i złączyłem nasze usta w czułym pocałunku. Kiedy odsunęliśmy się od siebie, zobaczyłem rozpromienione w przepięknym uśmiechu oblicze wokalisty. 
                  - Kocham cię, Hizaki.
                  - Ja ciebie też.


Szkarłatny Przystanek II

 Najedzeni, acz wciąż jednakowo spięci, usiedliśmy na kanapie. Zin wciąż nie zmienił swojej postawy, wydawał się być wyłączony z rzeczywistości. Mogłem jednak dostrzec, że bez przerwy intensywnie myśli. Jego twarz wyrażała skupienie, lekką niepewność. 
             - Jak się czujesz? - zwróciłem się w jego stronę. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. 
             - Dziwnie. - odpowiedział, odwracając wzrok. - Jeśli chodzi ci o to, czy ogólnie wszystko dobrze to tak, jest w porządku. Ale... – umilkł.
             - Ale? 
             - Jest mi dziwnie. Zabrałeś mnie stamtąd. Rozumiesz chyba... - westchnął. Pokręciłem głową. 
             - Wiem o co ci chodzi. Też bym się czuł nieswojo. – uśmiechnąłem się do niego ciepło. Popatrzył na mnie z wypisanym na twarzy zdziwieniem. - Ale tobie po prostu nie dało się nie pomóc. 
             - Nie mam jak ci się odwdzięczyć... Ja nawet... Ja nawet nie mam domu. – powiedział cicho, po czym nagle posmutniał. Nie spodziewałem się tego. Spoważniałem i przysunąłem się do ciemnowłosego. Patrzył za okno, jego wzrok utkwiony był gdzieś daleko w przestrzeni. Otoczyłem go lekko ramieniem, można by rzec, że czule. Faktycznie, był w tym objęciu zawarty pewien rodzaj czułości. Chęć zapewnienia poczucia stabilności, spokoju.
             - Masz dom, jeśli tylko odpowiesz mi, czy chcesz ze mną zostać. - znów czekoladowe oczy wbiły we mnie zaskoczone spojrzenie. – Nie przesłyszałeś się. Możesz tu zamieszkać, jeśli tylko chcesz. – dodałem. Byłem świadomy, że to nie jest normalne, proponować w trakcie trzeciego spotkania bezdomnemu wspólne mieszkanie. Ale tu sytuacja wyglądała z lekka inaczej. A nawet o wiele inaczej. 
             - Dziękuję, jesteś naprawdę wielki... Ale nie mogę. Nie możesz na mnie zarabiać, nie zasłu... - wywróciłem oczami o natychmiast mu przerwałem. 
             - Możesz na siebie zarabiać. I to całkiem nieźle. 
             - Co? Jak niby? Zamiatając ulice, czy czyszcząc kible? I tak nie wystarczy. 
             - Masz głos. Czy ty się słyszysz, jak śpiewasz? - zapytałem. Pogładziłem go po ramieniu, cały czas go obejmując. – Pomogę ci wyjść na prostą. Tylko daj mi taką możliwość. Jutro pójdziesz ze mną na próbę. 
            - Naprawdę?
            - Nie, na żarty. - zaśmiałem się kpiąco i przytuliłem go powoli. Oplótł mnie ramionami. Kiedy poczułem lekkie drgania jego ciała, odsunąłem ciemnowłosego od siebie. Otarłem łzy spływające mu strumieniami po policzkach. Dopiero teraz, w tym „czystym” wydaniu widać było, jak naprawdę wyglądał. Ciemne włosy tworzyły obramowanie dla ładnie zarysowanej twarzy. Nie charakteryzowała się delikatnymi rysami ani zbyt wyraźną urodą. Mimo porcelanowej cery i długich rzęs, wciąż zachowywał męski wygląd. W przeciwieństwie do mnie, przez długie włosy bezustannie mylonego z kobietą. Nie wliczając makijażu i strojów scenicznych, rzecz jasna… 
Chwyciłem go delikatnie za podbródek i uniosłem jego twarz do góry. 
                 - Nie płacz, już wszystko będzie dobrze. – zapewniłem i pogładziłem go po włosach. Były jeszcze wilgotne po kąpieli. Nie mogłem się powstrzymać przed ponownym przytuleniem go. Wplątałem dłoń w ciemną czuprynę i gładziłem lekko jego głowę. Poczułem, jakby spełniły się moje najpiękniejsze marzenia.
                 - Nie wiem, jak ci dziękować. – westchnął, przytulając się. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
                 - I dobrze. – zaśmiałem się. – Swoją drogą… Nie boli cię głowa po wczorajszym…?
                 - Ja nie byłem pijany. Pamiętałbym… Wypiłem tylko wodę od znajomego… I to był błąd. – mruknął w odpowiedzi. Oddalił się ode mnie i podkulił nogi pod brodę, przytrzymując je rękami. Oparł głowę o kolana i powrócił do patrzenia w przestrzeń. To było dziwne, przecież czułem od niego alkohol. Nie byłem już pewien, czy to podświadomość płata mi figle, czy Zin kłamał. Fakt, że jak na kogoś po wódce, wyglądał i zdawał się czuć zbyt dobrze. Mógł kłamać, a pomimo to czułem, że powinienem mu zaufać.
                - Dobrze, nie ważne. Ważne, że dobrze się czujesz, ale jakby coś było nie w porządku, mów. 
                - Powiem. – roześmiał się. – Wiesz… Jak ciebie słucham to odzyskuję wiarę w ludzi. – spojrzał na mnie. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. – W ogóle… Opowiesz mi coś o tym zespole? Coś o sobie? – zapytał nagle. Ucieszyłem się, że zaczyna się rozluźniać.
                 - Jasne. Poczekaj chwilę. – wstałem i poszedłem do sypialni. Zabrałem z półki photobooka z czasów Versailles i laptop z naszymi dotychczasowymi nagraniami na dysku. W wersji bardzo prowizorycznej, ale zawsze. Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie, podając Zinowi książkę. Otworzył ją i popatrzył na pierwsze zdjęcie, całe Versailles w kupie. I wklejone na dole strony zdjęcie Jasmine. Zaczął przyglądać się wszystkim po kolei. 
                  - Że to niby ty? Widziałem gdzieś jakieś plakaty, ale że ty… Nie pomyślałbym. – uśmiechnął się. – A on? Dlaczego odszedł z zespołu? – wskazał na Jasmine. Popatrzyłem na zdjęcie przyjaciela. Spuściłem wzrok.
                  - On… On odszedł nie tylko z zespołu… - odetchnąłem. W głowie miałem jego uśmiech. Ten cudny, niemalże zawsze obecny na jego pięknej twarzy uśmiech. Idealne rysy, które sprawiały, że You był wręcz surrealistycznie piękny. Jeśli perfekcja miałaby wybrać sobie ludzki byt jako swojego reprezentanta, z pewnością wybrałaby jego. Dbał o każdy szczegół, przed koncertami dowiązywał każdą wstążeczkę, poprawiał każdą fałdkę materiału. Dbał o tę swoją estetyczną przemoc i nadawał tej nazwie nowe, swoiste znaczenie. Przez jakże krótki okres swojego życia stworzył definicję samego siebie, pozostając nierozwikłaną tajemnicą. 
                 - Jasmine odszedł bezpowrotnie. – powiedziałem po  chwili. 
                 - Ach… - Zin nieco się zmieszał. 
                 - Ten olbrzym, chudzielec i ten, który najnormalniej wygląda to ludzie, z którymi będziesz w jednym zespole. I oczywiście ja. – uśmiechnąłem się. – Masashi, basista, najbardziej opanowany i ma kota, którego uwielbia. A Yuki i Teru… Debile. Poznasz ich, to sam się przekonasz. 
                 - Wiesz o kim jeszcze za mało powiedziałeś? – zapytał, próbując nakłonić mnie do dalszych opowiadań. Popatrzyłem na siedzącego obok mnie na zdjęciu wokalistę. 
                - Tak, obok mnie siedzi Kamijo. Jak się pewnie domyślasz, wokalista. Stwierdził, że ma lepszą robotę niż gra z nami. 
                - Jeszcze jednego opisującego brakuje. 
                - Co? Przedstawiłem ci wszystkich.
                - Hizaki, nie wiem nic o tobie. – zaśmiał się. – W zasadzie, to nie mam nawet pojęcia w której części miasta jestem. Ale mniejsza, wiem, że głupio jest mówić o sobie. Włączyłbyś mi coś, co nagraliście? Chciałbym wiedzieć, na jaką rzeź mam się przygotować.
                 - Daj spokój, niczym nie ustępujesz Kamijo. – podniosłem się i włożyłem płytę do odtwarzacza. W salonie rozległ się wstęp do „The Red Carpet Day”. Skierowałem się do kuchni i uruchomiłem ekspres do kawy. Dziękowałem w duchu tym wszystkim mądrym Chińczykom, którzy wymyślali i produkowali te wszystkie urządzenia. Powinni to nazwać „rozpieszczaniem populacji”. Wsłuchałem się w tak dawno nie grany utwór. Brakowało mi tego.  Przygotowałem dwie kawy, oczywiście dla siebie mocniejszą. Powróciłem do właściwej części salonu z uśmiechem. Zin wpatrywał się w photobooka i najprawdopodobniej wsłuchiwał się w utwór. Kiedy mnie zauważył, szybko zamknął książkę i odłożył ją na bok. Usiadłem jakoś bliżej niego i podałem mu cappuccino. 
                   - Dzięki. Muszę powiedzieć, że masz fana. – uśmiechnął się szeroko i upił łyk kawy. Parsknąłem śmiechem. 
                   - Nie zdziw się, jak zaczną mnie nazywać „księżniczka”. Znasz powód.
                   - Co jak co, ale teraz na księżniczkę nie wyglądasz. – przypatrzył mi się.
                   - A może na taką przemienioną księżniczkę?
                   - Na przykład w co?
                   - W ropuchę.
                   - Nie, ropuchy są brzydkie. – skrzywił się. 
                   - Mam to traktować jako komplement? – uniosłem z rozbawieniem kącik ust.
                   - Jeśli chcesz, proszę bardzo. – wzruszył ramionami, usiłując zachować powagę. 
Ułożyłem się wygodniej na kanapie. Wziąłem spory łyk gorącej bomby kofeinowej.
                  - Tak w ogóle, to jedziemy dzisiaj na zakupy. Musisz mieć trochę ubrań, kosmetyków... No i mam pustą lodówkę. - przytaknął posłusznie. Dobry chłopiec - pomyślałem. Wypiłem kawę do końca i poszedłem się przebrać. Otworzyłem szafę i zaatakowała mnie góra ubrań. Krzyknąłem dosyć głośno, zaskoczyło mnie to. Przeklinałem w tym momencie swoją manię upychania wszystkiego, gdzie się da. Zacząłem łapać co się da. Nagle Zin wparował do mojej sypialni.
                  - Żyjesz? – zapytał.
                  - Szafa mnie straszy. – odburknąłem, usiłując zdjąć z siebie tony ubrań. Usłyszałem śmiech chłopaka. Pomógł mi zdjąć z głowy nieskończoną ilość ubrań. Nagle zrobiło się jasno, a przed oczami ukazała mi się twarz  Zina. Uśmiechnął się z widocznym rozbawieniem. Przeniósł zebrane ubrania na łóżko, podczas gdy ja wstałem i poszedłem w jego ślady. 
                   - Mam nadzieję, że nic cię tu już straszyć nie będzie. – powiedział lekko ironicznie i wyszedł. Kiedy już zamknął za sobą drzwi, zaśmiałem się cicho. Moje życie od tej pory zaczęło nabierać barw.

              Z powstałej w ten sposób góry, wydobyłem proste, czarne jeansy, białą koszulkę. Zarzuciłem na to skórzaną marynarkę. Rozczesałem sięgające do ramion, jasne włosy. Ubrałem się, spryskałem dezodorantem, a twarz opłukałem wodą. W sumie, całe przygotowania zajęły niespełna dziesięć minut. Wziąłem z szafy cienką kurtkę, żeby pożyczyć ją Zinowi. 
                  - Jedziemy, podnoś się. – rzuciłem mu kurtkę. – A, jaki masz rozmiar buta? – zapytałem, ponownie podchodząc do jakiejś szafy i zaczynając grzebać w niej w poszukiwaniu choćby trampek. 
                  - Coś w okolicach 25… - odpowiedział. Akurat wydobyłem z szafy pudełko z czarnymi butami w tymże rozmiarze. 
                   - No to widzę, że garderobę możemy mieć wspólną. – zaśmiałem się i podałem mu pudełko. 

                                                                                        

                      - W tym wyglądasz kiepsko… Za duże. Ale to bierzemy, bez dyskusji. – oświadczyłem, oceniając Zina stojącego w przymierzalni. Przymierzył niezdatną do policzenia ilość spodni, marynarek, bluz, koszul i t-shirtów. Na wszystko musiałem go namawiać sam, co wyglądało raczej jak „nie pyskuj”. Nie dbałem też o to, że był już nieco zmęczony ubieraniem się i rozbieraniem. Co chwila donosiłem mu więcej i więcej rzeczy. Pilnowałem też, by wszystko zobaczyć. Gdy podobał mi się w czymś, po prostu kupowałem to. Póki fundusze pozwalały, po co się ograniczać. Tym sposobem skończyliśmy obładowani torbami z ubraniami, kosmetykami i innymi rzeczami, potrzebnymi normalnemu człowiekowi do codziennego funkcjonowania. Najbardziej jednak zadowolony byłem z jego nowych, wąskich i skórzanych spodni. Wrzuciłem torby do bagażnika. Przez to wszystko nie było nawet czasu na żaden obiad. Zdążyliśmy jednak kupić także jedzenie, więc z tym nie powinno być problemu. Po powrocie do mieszkania, oboje zmęczeni opadliśmy na kanapę.
                      - Umieram chyba – westchnąłem
                      - Ty umierasz? Ty, który lałeś mnie wieszakiem jak mówiłem, że wystarczy? – zaśmiał się cicho.
                      - Był plastikowy… - fakt, oberwał po tyłku parę razy. Dzieci trzeba uczyć pokory. 
                      - Tak, tak. A ja będę miał kod paskowy na dupie. – spojrzał się na mnie, wciąż się śmiejąc. Należało przyznać, że z uśmiechem na twarzy było mu najlepiej.
                       - Jesteś głodny? – zapytałem, zmieniając temat. Mnie niespecjalnie chciało się jeść, ale drobny posiłek by nie zaszkodził. 
                       - Tylko trochę… - odpowiedział. Zacząłem leniwie podnosić się z siedziska. Można było coś przekąsić, zresztą trzeba było rozpakować zakupy. 
                        - Rusz się, pomożesz mi. – wyciągnąłem do niego rękę. Domyśliłem się, że z położenia w jakim się znajdował mogłoby być trudno o podniesienie się. Kiedy Zin z cichym „Ok.” znalazł się w pozycji stojącej, zaniosłem torbę z jedzeniem do kuchni. Musiałem mu pokazać, gdzie co leży. Rozpakowywanie zakupów uznałem za najlepszą okazję.

                       W rezultacie wszystko znalazło się na swoim miejscu. Wyjąłem potrzebne produkty do prostego spaghetti.
                  - Nie grzeszę zdolnościami kulinarnymi, więc z góry uprzedzam….
                  - Umiem gotować, mogę cię wyręczyć. – podszedł do mnie i przyjrzał się składnikom. 
                  - Skoro tak… Czaruj. – westchnąłem i poszedłem usiąść na ulubionym krześle przy blacie. Stamtąd spokojnie dało się prowadzić rozmowę. Zin zajrzał do lodówki w poszukiwaniu dodatkowych składników. Makaron schował z powrotem do pojemnika i wyjął paczkę ryżu. Włożył go do garnka z wodą i postawił na palniku, nie uruchamiając go jeszcze. Szybko posiekał jakieś warzywa, wrzucając je do wielkiego garnka. 
                  - Wiesz… To nie tak, że całe życie spędziłem na ulicy. – uśmiechnął się smutno.
                  - Nie miałem niczego takiego na myśli, spokojnie. 
                  - Dwa lata temu po prostu wszystko nagle zniknęło. Kiedyś ci opowiem… Nie mam ochoty teraz o tym mówić. – zajął się szukaniem przypraw w pudełku. 
                   - Rozumiem. W ogóle, ile ty masz lat?
                   - Jestem od ciebie o cztery lata młodszy… Senpai! – wybuchliśmy śmiechem.
                   - I jeszcze jedno pytanie… Skąd wiesz ile ja mam lat?
                   - W książeczce ze zdjęciami było. – zacząłem bawić się swoimi włosami.
                   - To teraz jeszcze wiesz, że mam kiepską pamięć. 
                   - I niezłe nogi. – parsknął. No tak, ta sesja w miniówie. Pomysły Kamijo zawsze były trafione w dziesiątkę.

                       Czas spędzony na rozmowie z Zinem zleciał bardzo szybko i nawet nie zdążyłem się dobrze zorientować w rzeczywistości, gdy stanęła przede mną  świeżo przyrządzona potrawka z ryżu i kurczaka. Zabraliśmy się za jedzenie. Wziąłem do ust pierwszy kęs.
                  - No to chyba wiem kto będzie gotować. – spojrzałem na niego znacząco. Nie charakteryzowałem się talentem kulinarnym, można by raczej powiedzieć, że byłem ekspertem w robieniu niczego z czegoś. Potrafiłem spalić kuchnię, gotując wodę na kawę. Dlatego Yuki na urodziny kupił mi ekspres…
                   - Ja tam nie mam nic przeciwko. – uśmiechnął się i kontynuował jedzenie tego smacznego dania. Było w nim właściwie wszystko, od kiełków soi, po zwykłe, najpopularniejsze warzywa, ale tak umiejętnie przyprawione i połączone, że smakowało wybornie. Pierwszy raz od dawna do mojego zbyt dużego, jak dla jednej osoby mieszkania, zawitała ciepła, przyjemna atmosfera. 
                   - Będziesz mieć swój pokój, te drzwi naprzeciwko łazienki. Chcesz się tam wprowadzić dzisiaj, czy jesteś za bardzo padnięty? – zapytałem. Mieszkanie kupowałem z myślą o tym, że nie będzie chciało mi się przeprowadzać, gdy kogoś poznam. I właśnie teraz przekonałem się o tym, że naprawdę warto myśleć,  nieco wybiegając w czasie przed siebie. Na Zina czekał całkowicie biały pokój, który aktualnie był moją pracownią. Ogólnie, w całym mieszkaniu przeważała biel, z elementami ciemnego drewna, czerni i czerwieni. W tamtym pokoju były wszystkie moje teksty, kilka wzmacniaczy i kawałek kabla, który musiałem zatrzymać tylko po to, by przypominać Teru o tym, jak o mało nie stracił przez niego zębów. Oprócz tego było można tarzać się tam w pamiątkach z Versailles, zdjęciach, broszurach, plakatach…
                   - Dzisiaj może jeszcze nie, prześpię się na kanapie… Padam. 
                   - Ja też… Co ty na to żeby obejrzeć jakiś film?
                   - Nie wiem, czy nie usnę. – skończył jeść, zlizał sos z kącików ust. Zabrał mój, pusty już od jakiegoś już czasu talerz i umył wszystko szybko w zlewie. Pozostawił po sobie zadziwiający porządek. Sprzątał wszystko na bieżąco, co było dla mnie nieporozumieniem. Po moim „gotowaniu” kuchnia wyglądała jak po napadzie głodnego Masashiego z kotem i tornadem w gratisie. 
                  - Jak uśniesz to się wyśpisz.
    
               Górę ubrań z łóżka upchnąłem do szafy, zamykając szybko drzwi. Przystawiłem je stolikiem, by mieć pewność że się nie otworzą w środku nocy, sprawiając, że zejdę na zawał. Łóżko przykryłem narzutą, a wszystkie poduszki położyłem tak, byśmy leżąc na materacu mieli je wszystkie pod głową. Zin położył się na przygotowanym posłaniu, za chwilę zrobiłem to samo. Postawiłem sobie laptopa na kolanach i włączyłem jeden z tych rozreklamowanych na cały kraj filmów, które nagrano na płytę po tym jak wyszły z kin. Akcja nie była zbyt ciekawa i po upływie trzydziestu minut łapałem się na tym, że przymykam oczy. Spojrzałem na Zina. Zorientowałem się, że ciemnowłosy spał mi na ramieniu. Zamknąłem komputer i odłożyłem go na szafkę nocną. Byłem tak śpiący, że nie potrafiłem już normalnie myśleć. Przykryłem nas kocem znajdującym się na pufie, obok łóżka. Oparłem głowę wygodnie na poduszkach i odpłynąłem w spokojnym śnie. 
               
                 Obudziły mnie promienie słońca, wrednie przedzierające się przez szczelinę między roletą, a ramą okna. Skierowałem wzrok na Zina. Jego obecne ułożenie ekstremalnie różniło się od pozycji, jaką prezentował wieczorem. Leżał na mnie, ręce trzymając na moich bokach. Głowę opierał mi na piersi. Miał lekko rozchylone usta i rozczochrane włosy. Uśmiechnąłem się pod nosem i odgarnąłem niesforne kosmyki, które wchodziły mu do oczu. Na jego twarzy mogłem dostrzec tylko spokój. Otuliłem go kocem. Zrobiło się chłodno… Nie miałem nic przeciwko temu, żeby każda noc tak wyglądała. W tym samym czasie, mimo to, że byłem w nim już chyba zakochany po uszy, czułem przybierającą monstrualne rozmiary obawę. Bałem się, że zrobię coś nie tak, co sprawi, że odejdzie. Były to raczej bezpodstawne lęki, karmione jedynie moimi dziwnymi spekulacjami dotyczącymi przyszłości. Przyjrzałem się zamkniętym powiekom przyszłego wokalisty Jupitera.