piątek, 4 marca 2016

Szkarłatny Przystanek VI

Urocza melodyjko
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć

           Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Sam już nie wiedziałem czemu chciałem znów niszczyć sobie życie. Mogłem mieć wszystko. Nie byłem już grajkiem ulicznym mieszkającym w ruinie zastawionej kawałkiem metalu, udało mi się coś osiągnąć. Tyle, że bez Hizakiego byłbym nikim.
Jestem nikim.
Postanowiłem wrócić do domu. Może nawet nie zauważył, że mnie nie było? Może spędził noc u Kamijo? Miałem ochotę wziąć kolejną działkę, ale nie chciałem iść na łatwiznę. Wciąż ze sobą walczyłem. Nie chciałem znów wpaść w tę pułapkę. Wyszedłem z mieszkanka i powlokłem się do domu. Z jednej strony przepełniał mnie wstyd i niepewność, z drugiej zazdrość i infantylna wręcz potrzeba uwagi. Wsunąłem klucz do zamka i powoli go przekręciłem. Po cichu wszedłem do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Salon był w dokładnie takim stanie jak wtedy, gdy wychodziliśmy z domu. Zajrzałem do sypialni. Hizaki leżał na mojej połowie łóżka i spał, przytulając się do mojej poduszki. Nawet się nie przebrał. Usiadłem obok i odgarnąłem mu włosy z twarzy, głaszcząc go po policzku. Otworzył oczy, unosząc się lekko do góry. Popatrzył na mnie dosyć zaskoczony. Po chwili w jego spojrzeniu pojawiła się ulga. Podniósł się i przytulił mnie.
         - Gdzieś ty był…? – zapytał, gładząc mnie po plecach. W moim gardle pojawiło się to charakterystyczne dla wzrastającej chęci płaczu uczucie. Zacisnąłem drżące usta. Odsunął się ode mnie i popatrzył na moją twarz. – Przepraszam… Nie umiem się wytłumaczyć. Teru mi powiedział…
          - Powiedz prawdę. - wyjąkałem, patrząc mu w oczy, jednak po chwili odwróciłem wzrok.
           - Ja…
           - Zniosę wszystko, tylko nie kłam.
           - Nigdy cię nie okłamałem.
           - Przestań! Przynajmniej teraz tego nie rób! A wtedy kiedy mówiłeś, że kochasz tylko mnie? Kiedy przedarłeś wasze wspólne zdjęcie? – urwałem. Pogłaskał mnie po policzku.
        - Jestem strasznym idiotą. Wybacz mi, proszę…
         - Przymknij się. – wtuliłem się w niego. Czułem się źle chcąc mieć go tylko i wyłącznie dla siebie, choć sam nie wiedziałem dlaczego. To było już głupie. Przecież wszystko się wokół tego kręci, ja miałem być dla niego, on dla mnie, czyż nie?
         - Obiecuję, że nigdy więcej cię nie zawiodę.
Miałem ochotę powiedzieć mu, by nigdy nie używał słowa „nigdy”. Co do obietnic… Wiele ich już otrzymywałem. Sam siebie za to nienawidziłem, ale byłem typem człowieka, który mówi tylko niewielką część tego co myśli. Dlatego też zachowałem ciszę, schowany w jego ramionach. Nie dzielił nas nawet milimetr, a czułem się jakbym był dalej od niego niż kiedykolwiek.


      Przez kilka kolejnych tygodni zasmakowałem gorzkiej rutyny. Przed wyjściem na próbę standardowo brałem kilka silnych tabletek na uspokojenie, żeby niektórych rzeczy po prostu nie zauważać. A zwłaszcza tego jednego człowieka. Kiedy był gdzieś w pobliżu, po prostu znikałem gdzieś w miarę niepostrzeżenie. Gdy się pojawiał, odchodziłem w cień. Właściwie to odchodziłem w cień z każdym dniem. W ten sam cień, w którym znajdowała się moja przyjaciółka. Co do Kamijo...
Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Mnie Hizaki miał na co dzień. Doszło do tego, że przestaliśmy rozmawiać.
Opuściłem dom, kiedy jeszcze spał. Była piąta rano w niedzielę, więc miałem jakieś dziesięć godzin nim zdecyduje zwlec się z łóżka. Musiałem dokupić kilka gramów. Czułem, że bez żadnej odskoczni w końcu nie wytrzymam. Wykituję. A tak bardzo chciałem żyć. Problem w tym, że nie umiałem. Każdy z moich sposobów na życie próbowanych dotychczas okazywał się metodą na długą i bolesną śmierć. Dlaczego więc nie mogłem czegoś w końcu doprowadzić do skutku? Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. 
Wraz z chwilą, gdy wstrzyknięty gdzieś na jednym z tych pustych, obdrapanych przystanków w tej zapchlonej dzielnicy narkotyk zaczął działać, wszystkie problemy nagle przestały być ważne. Przymknąłem oczy i pogrążyłem się w rozmyślania, czy to już raj. 
Bzdura. 
Tacy jak ja nie zasługują na raj. Carpe diem, zapomnij.

***

        - Bierzemy? 
        - Żartujesz? Za działkę zrobi wszystko.

Poczułem jak ktoś mnie podnosi i wrzuca do samochodu. Chciałem się jakoś obronić, jednak z moich ust wydobywały się tylko niewyraźne, nic nieznaczące dźwięki. Bałem się, mało tego - byłem przerażony, ale nie mogłem uciec. Przeniesiono, a raczej przeciągnięto mnie do samochodu, gdzie nie mogąc wygrać z ciężarem powiek po prostu usnąłem. Ocknąłem się po jakimś czasie z ogromnym bólem głowy, by za chwilę zwymiotować obok łóżka. Czułem ból i odrętwienie w każdym skrawku mojego ciała. W wejściu zauważyłem mężczyznę z należącą przed kilkoma godzinami do mnie torebką białego proszku w dłoni. Popatrzyłem na niego błagalnie. 
         - Dostaniesz, jeśli zapracujesz. - uśmiechnął się. 
         - Proszę...
 Schował torebkę do kieszeni i zbliżył się do mnie. Szarpnął mnie za włosy, unosząc do siadu. Rozpiął spodnie. 
         - Ssij, śmieciu. 
Rozejrzałem się niepewnie. Z prawdopodobnie tu obecnych innych pokojów dochodziły jęki i inne nieokreślone dźwięki, świadczące o tym, gdzie się znajdowałem. Dziś to ja stałem się towarem. Zaatakowała mnie kolejna fala bólu. Uklęknąłem przed nieznajomym. 
         - Mam ci wysłać polecony?! - warknął, uderzając mnie w twarz. Och, tak. W pełni na to zasłużyłem. Niewiele się zastanawiając, wziąłem jego przyrodzenie do ust. Im szybciej dostanę "wypłatę" tym lepiej. Po fakcie otrzymałem swoje. Zrobiłem co trzeba i już miałem zrobić to po raz kolejny. Popatrzyłem na ostry czubek igły. Czy chciałem? To już nawet nie była chęć. Musiałem, bo nie miałem żadnego innego wyjścia. Tak miało od teraz wyglądać moje życie. Od jednej działki do następnej. Wiedziałem, że zaczyna być źle odkąd zacząłem ważyć los w gramach.

Minął jakiś czas. Nie miałem pojęcia, czy kilka dni, a może tygodni. W każdym razie uznali, że należy mi się odpoczynek, bo nie byłbym w stanie dalej "pracować". Przyszła do mnie starsza kobieta. Zdjęła z wózka butelkę wody i talerz z jakimś jedzeniem. Otumaniony bólem ogarniającym moje gwałcone przez ostatnie kilka godzin ciało nie byłem w stanie nawet podnieść ręki, by po to wszystko sięgnąć. 
       - Pomoże mi pani...? - zapytałem cicho. 
       - Nie rozmawiam z wami. Żryj, albo dostanie to ktoś inny. 
Podniosłem się powoli i sięgnąłem po talerz, który zabrała mi dosłownie sprzed nosa. Popatrzyłem na kobietę z niemym pytaniem o powód jej zachowania. 
       - Nie to nie. Tu nikt cię nie pyta o zdanie. 
Opuściła pokój razem z tym skrzypiącym wózkiem. Woda... Przynajmniej tyle mi zostało. Opróżniłem za jednym razem połowę butelki. Zamknąłem powieki delektując się zaspokojonym pragnieniem, ciszą i bezlitośnie upajającą świadomością istnienia. Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy nad ranem zdarzyło mi się krzyknąć z bólu, byli w stanie robić wszystko, bym krzyczał jeszcze głośniej. Byłem przekonany, że nie należę już do rodzaju ludzkiego, ale w takim razie - czym byliby ci ludzie? Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł mężczyzna z małym chłopcem na... smyczy. Dziecko było tak samo chude i wyczerpane jak ja w tamtej chwili. Rzuciłem chłopcu pełne żalu spojrzenie. Zaczął płakać, krzyczeć, że chce wyjść. Mężczyzna bił go do momentu, w którym nie pojawiła się krew. Gdybym tylko był w stanie się ruszyć...
         - Zachowuj się. Niegrzeczni chłopcy się nie bawią, pamiętasz? 
         - Tak, wujku. 
Zamknąłem oczy, widząc jak chłopiec jest rozbierany i całowany przez tego zboczeńca po ledwo jeszcze rozwiniętym, wychudzonym i drżącym ciele. Nagle poczułem małe wargi chłopca obejmujące mnie niemal w całości. Spojrzałam w dół. Płakał. Mężczyzna zsunął z siebie spodnie i wszedł w niego nagle i szybko. Z moich ust wydarło się tylko ciche "Nie...".
        - Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.

Po około godzinie tych tortur klient rzucił mi na łóżko pieniądze i wyszedł, nie zabierając ze sobą chłopca. Przerażony jego stanem, postarałem sie wstać. Leżał bezwładnie na podłodze. Krwawił. Nie wyglądał nawet na dziesięć lat. Wciągnąłem małego na łóżko i owinąłem go skrawkiem kołdry. Nie wiedziałem, czy przeżyje. Przyjął na siebie tyle samo ciosów tego fetyszysty co ja. Tyle, że byłem o dwadzieścia lat starszy. 
        - Pomocy! - krzyknąłem w miarę możliwości, co okazało się czymś w rodzaju ochrypniętego szeptu. W moich oczach stały łzy. Adrenalina zyskała poziom maksimum, gdy usłyszałem kroki. Drzwi otworzyły się. 
        - Płaczesz nad owocem niewierności? - zdziwił się jeden z właścicieli tego domu tortur. 
        - Nie zasłużył... - poczułem jak łzy spływają mi z podbródka. Przytuliłem zmarznięte dziecko do siebie, kiedy mężczyzna usiadł obok mnie. Starł mi łzy z twarzy i pocałował mnie, a raczej zaczął dosłownie żuć moje usta, gładząc mnie przy tym po udzie. Prawie na niego zwymiotowałem. Drzwi były otwarte. Teraz, albo nigdy. Wybiegłem z pokoju, trzymając chłopca w ramionach i ciasno owijając nas oboje prześcieradłem. Zbiegłem chwiejnie po schodach. Widziałem już blady blask latarni docierający do pomieszczenia zza drzwi. 
Biegłem najszybciej jak mogłem. Jednak kilka metrów przed wyjściem ktoś podciął mi nogi i kopnął w plecy. Jedyne, co starałem się robić to chronić chłopca, mimo że sam byłem już u kresu wytrzymałości. Nie mogłem się podnieść, nieważne jak bardzo bym chciał. Nagle ta sama osoba, która powaliła mnie na ziemię uniosła mnie do pozycji stojącej. Przez mgłę widziałem salę zapełnioną elegancko ubranymi ludźmi. Niektórzy wyrażali przerażenie, niektórzy wychodzili, a inni po prostu stali i się uśmiechali. 
        - Co z tym zrobić? - jeden z naszych oprawców zapytał barmana. Ten gestem pokazał drzwi. Niewiele później zostaliśmy za nie wyrzuceni. Przemieszczałem się na czworakach, by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Musiałem zniknąć im wszystkim z pola widzenia. Byłe dalej. Czy to wciąż była Japonia? Czy naprawdę w tym kraju było możliwe to, co właśnie się stało? 
Kiedy miałem obok siebie ścianę jakiegoś budynku,  wstałem i zacząłem opierać się o nią, podążając dalej przed siebie. Usiadłem pod murem, zaraz przewracając się na bok. Nie było tu o tej porze wiele ludzi. Popatrzyłem na chłopca. Obaj potrzebowaliśmy pomocy. Otworzył oczy.
       - Wszystko... Będzie dobrze. Uciekliśmy...
Jęknął cicho, usiłując coś powiedzieć. Za chwilę usłyszałem gdzieś za rogiem kroki. 
       - Płacimy gliniarzom. Prędzej czepią się ciebie niż nas. I gówno się będę tym przejmował, że jesteś moim bratem. 
Rozpoznałem ten głos. Ten sam człowiek wsadzał mnie do samochodu. 
       - Ostrzegam cię, że jeżeli coś mu zrobiłeś...
       - To co, zapiszczysz mi do ucha? Nie twoja sprawa. Nie twoje dziwki. 
       - Zrozum, że możecie mieć poważne problemy. Wiem, że go zabraliście. 
Z pierwszą chwilą głos drugiego mężczyzny wydał mi się znajomy. 
       "- Dobrze ci poszło, Zin."
Za drugą jego wypowiedzią nie miałem już wątpliwości, że to on. Wielki i cudowny Kamijo. 
       - Jakie niby? Zmywaj się stąd, dobrze ci radzę. Inaczej nikt nie dowie się co się z tobą stało. 
Zbliżyłem się do rogu budynku i wyjrzałem zza
niego powoli. Wokalista był przyparty do muru, zaraz w miejscu, gdzie się on kończył. Kiedy tamten poszedł, złapałem go za nogawkę. Podskoczył i zaraz spojrzał w dół. 
        - Boże... - schował się za rogiem i uklęknął przy mnie i chłopcu.
        - Weź nas stąd... Proszę. - złapałem go za rękę. 
        - Jasne. Dojdziesz do samochodu? 
        - Jakoś... Ale nie dam rady z nim. 
        - Czekaj tu. Podjadę. 
Pobiegł po samochód. Po chwili zatrzymał się na ulicy zaraz przede mną. Pomógł mi się podnieść i wejść do środka. Chłopca wziął na ręce i położył go obok mnie. 
        - Hizaki chyba cię nie spuści więcej z oka - odwrócił się. 
        - Możliwe.
        - Dobra, jedziemy do szpitala. 
Dotknąłem czoła chłopca. Był rozpalony.
        - Pośpiesz się... - powiedziałem. Ja też nie czułem się najlepiej, ale adrenalina wciąż działała. Bolało mnie całe ciało, nie hasłem nic od długiego czasu i odczuwałem okrutną potrzebę wstrzyknięcia sobie morfiny. Kiedy jednak Kamijo wspomniał o jedynej osobie, którą kochałem, zacząłem znów się zastanawiać nad wycofaniem się z tego. Nad rozmową z nim, odwykiem, powrotem do normalnego życia. 

Zdałem sobie sprawę, że od niektórych rzeczy nie ma odwrotu. A może byłem po prostu parszywym tchórzem?

        - Halo? Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - Kamijo włączył telefon na głośnomówiący. Słysząc głos ukochanego prawie zachłysnąłem się powietrzem, a po twarzy popłynęły mi łzy. 
        - Mam go. - odparł de facto mój wybawca. Szturchnął moje kolano, żebym się odezwał. 
        - Co? Zina? Naprawdę!? 
        - Tak. - odpowiedziałem. 
        - Boże, skarbie... Gdzie mam jechać? 
        - Szlag, nie orientuję się w adresach. - starszy sprawdził coś w telefonie, po czym podał Hizakiemu nazwę szpitala. 
        - Zaraz będę. - odparł radośnie gitarzysta. Słysząc ile radości mu sprawiło znalezienie mnie, uśmiechnąłem się pod nosem. 
        - Uważaj na siebie po drodze. - odezwałem się jeszcze.
        - Oczywiście. 

W szpitalu byliśmy pierwsi. Chłopca szybko przeniesiono w odpowiednie miejsce, a mnie na prześwietlenie opuchniętych kończyn. Na szczęście nic więcej nie było trzeba. Kiedy opuściłem salę na wózku, Hizaki przytulał Kamijo i powtarzał w kółko "dziękuję". Zauważył, że wyszedłem. Zakrył sobie twarz dłońmi, widząc mój stan. Przejął wózek od pielęgniarki. Ponoć wszystko było w porządku.
       - A gdzie chłopiec? 
Kobieta wytłumaczyła nam jak tam trafić. Zanim jednak zdążyła skończyć, długowłosy przytulił mnie, klękając przy wózku. Kiedy wycofała się do sali, pocałował mnie tęsknie. 
       - Co się z tobą działo? - popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
       - Porozmawiamy w domu, dobrze? Chodźmy tam. - wskazałem mu gdzie prowadzić wózek. Moja noga nie była złamana, ale nieźle stłuczona i opuchnięta. Chodzić nie pozwalało mi też rozdzierające uczucie w żołądku. Jakbym miał tam setki igieł. Do tego bolała mnie głowa. 
Zorientowałem się, gdzie był w tym momencie chłopiec. Z jego sali wyszedł do nas lekarz. 
       - Co z nim? 
       - To pański syn? 
       - Nie. Zabrałem go z... Z ulicy. - odpowiedziałem jakże naturalnie.
       - Przykro mi, ale...
Otworzyłem szerzej oczy. 
       - Doszło do zakażenia organizmu. Nie mogliśmy nic zrobić. Dodatkowo był bardzo osłabiony...
Załamałem się. Nie zasłużył! Był tylko niewinnym dzieckiem, które niczym nikomu nie zawiniło. Świat był okrutny. Schowałem twarz w dłoniach. 
       - Całego świata nie zbawisz. - szepnął Hizaki, kiedy nieco się oddaliliśmy. 
       - Kiedy on nawet nie był jego milionową częścią... - wtuliłem się w jasnowłosego. Dostałem leki na uspokojenie. Och, jak bardzo byłem wdzięczny pielęgniarce. Pojechaliśmy do domu. Pochówek miał załatwić szpital, jako że nie było w pobliżu żadnego członka rodziny. Masaya pomógł mi się umyć, po czym zaniósł mnie do łóżka i poszedł po jedzenie. Gdy go nie było odszukałem w swojej szufladzie tabletki nasenne i połknąłem kilka sztuk. Odłożyłem je szybko na miejsce i usadowiłem się na łóżku.
       - Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się,  stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
        - Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem. 
           - Rozumiem. Cieszę się, że jesteś. - pocałował mnie w usta. Odwzajemniłem tę krótką czułostkę. Przytuliłem się do niego. Otulił mnie pachnącą pościelą i wplótł palce w moje włosy, gładząc je delikatnie. Znów poczułem się kochany. Wkrótce tabletki zaczęły działać.

czwartek, 3 marca 2016

Park z jeziorkiem (Kamijo x Hizaki)

A więc wstawiam jako przeniesione z poprzedniej lokalizacji. Powinno być razem z pierwszymi 4 przystankami, ale "Park" zaginął w akcji. Shot połączony ze Szkarłatnym Przystankiem. Miłego czytania.
No i tak. Jako człowiek żebrak chciałabym czasem usłyszeć jakąś opinię o danym tekście, jak chyba każdy autor czegokolwiek. Więc jeśli tu jesteś, nawet jako Anonimek i spodobał lub nie spodobał ci się tekst - zostaw jakiś komentarz, pięknie proszę ^^ 

____________________


 „Na końcu zawsze będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec.”
Tylko, że wszystko co dobre również kiedyś ma swój koniec. Każdy ciąg wydarzeń, każdy epizod tej najciekawszej księgi, dumnie opatrzonej okładką z wyrazem „Życie” kiedyś dobiega finału.
                
             - Kamijo, zostaw te papiery… - podszedłem do niego. Od dawna był moją chorobą, z której nie mogłem się wyleczyć. Piękny w każdym swoim calu - gdy siedział nad papierami, tekstami, gdy śpiewał, gdy zagadywał publiczność. Nawet po zmyciu kilograma szpachli z twarzy, a właściwie to… zwłaszcza wtedy. W końcu prawdziwego piękna nie definiuje tylko część wizualna. To by było zbyt proste. Położyłem rękę na jego okrytym śliskim materiałem marynarki ramieniu. Wzdrygnął się lekko.
             - Witamy wśród żywych… – zaśmiałem się cicho.
             - Wybacz, zamyśliłem się. – przeczesał włosy i przymknął zmęczone oczy. Ostatnio bez przerwy siedział nad jakimiś druczkami związanymi z nową wytwórnią. Uparł się, żeby mieć coś więcej niż zespół, więc nikt mu nie przeszkadzał. Jedyną osobą, która mówiła mu, żeby odpuścił sobie na konkretny dzień, byłem ja. Czasem przesadzał i miałem wrażenie, że jego oczy zamieniają się w ogniste kule, które rozsadzi ciśnienie.
              - Daj sobie na dzisiaj spokój.
              - Nie mogę. Jeszcze…
              - Zamknij się. - nacisnąłem palcem czubek jego nosa. - Odwiozę cię do domu, bo jeszcze mi zaśniesz za kierownicą.
              - Ale Hizaś!
              - Może inaczej… - wywróciłem oczami. – Nie pyskuj. Zamykaj to i do samochodu. – powiedziałem tonem, który nie tolerował sprzeciwu. Kamijo uśmiechnął się pod nosem i podniósł się z fotela. Kiedy opuściliśmy budynek, posłusznie powlókł się do samochodu. W ciszy jechaliśmy do celu, jakim był dom, a właściwie posiadłość wokalisty. Spoglądałem na niego czasami, na czym zdarzyło mu się mnie przyłapać. Wtedy odruchowo odwracałem wzrok. Któregoś razu to ja poczułem się obserwowany. Miałem wrażenie że zaraz się rozpuszczę. Zasłoniłem twarz kurtyną z włosów i skupiłem się na drodze. Zatrzymałem się pod doskonale znaną mi bramą.
              - No to do jutra. – pożegnałem się, w czym przeszkodziło mi przeciągłe ziewnięcie. Spojrzałem na zegar. Wyświetlał 2:04.
              - Raczej do dzisiaj. Nie sądzisz, że lepiej dla ciebie byłoby zostać tu na noc? – zapytał. Zdziwiłem się, ale nie mogłem przyjąć zaproszenia.
              - Dziękuję, ale pojadę do domu. – uśmiechnąłem się. – Dobranoc.
             - Jak wolisz. Dzięki. – zamknął drzwi i oddalił się w kierunku bramy. Westchnąłem przeciągle. Nacisnąłem pedał gazu i ruszyłem. Nie zdołałem przejechać kilkunastu metrów, a samochód zaczął się „dławić”, po czym zatrzymał się. Spróbowałem go bezskutecznie odpalić około pięciu razy. Dopiero po piątym zorientowałem się że kontrolka pokazująca zawartość baku miała wskazówkę bezlitośnie przechyloną w stronę okrągłego, czerwonego zera. Ktoś zapukał w szybę.
             - Może jednak? – wyszczerzył się Kamijo. Roześmiałem się i wysiadłem. Zepchnęliśmy samochód na pobocze i skierowaliśmy się do wnętrza posiadłości. Spojrzałem na rozgwieżdżone niebo. Doskonale znałem wiele gwiezdnych formacji z dzieciństwa. Fascynacja, która przyniosła tylko korzyści w postaci dobrych wspomnień. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
            - Zawsze jak tu wchodzę to nie mogę się nadziwić. – uśmiechnąłem się.
            - Oj tam, nic specjalnego.
            - Właśnie w tym rzecz. Wydajesz się być ciekawą osobą, a tymczasem jesteś takim nudziarzem. – zachichotałem. Odwrócił się i popatrzył na mnie z politowaniem.
            - Znalazłem kandydata do spania na podłodze.
            - Daj spokój, tu wszystko jest białe!
            - Oprócz mnie. – wyszczerzył się.
            - Ty jesteś żółty.
            - Sam jesteś żółty.
 Zdjął buty i odwiesił kurtkę na wieszak.
            - Ała, chyba się nie pozbieram – uśmiechnąłem się. Pozbyłem się wierzchniej garderoby. Przeszliśmy do sypialni, Kamijo zaczął szukać czegoś w szafie. Podał mi ręcznik i szlafrok. Poszedłem wziąć szybki prysznic. Kiedy wróciłem łóżko było przygotowane. Yuuji umył się i przyszedł do pokoju. Moja specyficzna choroba dawała o sobie znać. Rozczochrane, lekko pofalowane od wilgoci włosy puszyły się dookoła głowy wokalisty. Jego oczy błyszczały, a usta wygięte były w delikatnym uśmiechu.
            - Zostajesz tutaj, ja idę do salonu. – przekazał i przerzucił zrolowany koc przez ramię.
            - Ale…
            - Nie pyskuj. Dobranoc, piękna. – pokazał mi język. Zmrużyłem morderczo oczy w celu okazania niechęci do zwracania się do mnie w rodzaju żeńskim. Kamijo wyszedł z pomieszczenia, a ja rzuciłem się na łóżko. Było miękkie i mimo świeżej pościeli, byłem w stanie wyczuć ten szczególny zapach. Zgasiłem lampkę nocną, a w pokoju zapadła ciemność, nie licząc nikłej poświaty docierającej zza drzwi. Przymknąłem na chwilę oczy. Chwila okazała się trwać mniej więcej godzinę. Obudził mnie świst wiatru w kanałach wentylacyjnych i stukot wielkich kropli deszczu o blaszany dach połączone z przerażająco głośnym grzmotem. Sypialnię rozjaśnił błysk białego światła. Schowałem głowę pod kołdrą i starałem się spać dalej. Na nic cały wysiłek. Po wielu bezskutecznych próbach, zauważyłem przenikającą również przez kołdrę smugi żółtego światła lamp z przedpokoju. Wyjrzałem spod przykrycia i zobaczyłem zaglądającego do pokoju Kamijo, bo kogóż by innego.
                 - Co tam? – zapytałem zaspanym głosem, mrużąc oczy.
                 - Przyszedłem sprawdzić czy śpisz… - odparł inteligentnie i sensownie, myśląc z pewnością zupełnie racjonalnie.
                 - Nie śpię i nie zasnę. Nie da się przez ten hałas.
                 - Hizaki…?
                 - Tak?
                 - Mogę z tobą zostać? – zdziwiłem się, słysząc to. Jakiś czas zwlekałem z odpowiedzią, by upewnić się, że dobrze zinterpretowałem sens tych słów.
                  - Pewnie.
Blondyn wpakował mi się pod kołdrę. Zapanowała chwila niezręcznego milczenia.
                  - Co się stało…? – zapytałem niepewnie. Kolejny błysk, ponownie grzmot.
                  - Ja… Ja… Boję się tam spać… - wyjąkał. Zaśmiałem się cicho. Nie przypominałem sobie żadnego wampira bojącego się burzy, ale zawsze ktoś musi być pierwszy. Prawda, że mnie również wcale nie było przyjemnie. Podczas burzy zawsze czułem się beznadziejnie samotny. Wśród błyskawic rozdzierających niebo i oblewającego szyby deszczu, trudno było skupić swoje myśli na czymś miłym, a już na pewno zasnąć.
                  - No chodź – wyszczerzyłem się, robiąc mu miejsce pod kołdrą.
Kamijo wsunął się pod uchyloną kołdrę z miną zbitego psa. Odwrócił się do mnie tyłem i zwinąwszy się w kłębek usiłował chyba zapaść się pod ziemię. Pogładziłem go delikatnie po włosach. Miałem wielką ochotę po prostu przytulić się do niego. W końcu zebrałem w sobie odwagę, by powiedzieć mu o swoich uczuciach.
                  - Yuuji-chan, nie odwracaj się. – szepnąłem mu do ucha, nie przestając przeczesywać jasnych włosów dłonią.
                   - Yuuji-chan? No błagam… - westchnął i przewalił się, by po chwili znaleźć się twarzą w twarz ze mną. Niemal natychmiast przysunąłem się do niego. Wtuliłem się w jego tors, ku zaskoczeniu blondyna.
                   - Yuuji-chan, bo mimo czterdziesktki na karku dalej zachowujesz się jak ośmiolatek.
                   - Hizaś? - zignorował moją uwagę.
                   - Tak, to ja…
                   - Tyle wiem, ale…
                   - Nie podoba ci się to?
                   - Nie, tylko dziwnie się czuję, gdy nie jest to mój sen… - mruknął i objął mnie. Moje serce załomotało z radości.
                   - Sen? Mamy podobne sny, jak widać.
                   - Tak myślisz?
                   - Tylko w wypadku, w którym ty też tak myślisz.
                   - Bo ja chyba faktycznie tak myślę. – powiedział ciepło.
Uniosłem głowę i przytknąłem wargi do jego ust. Muskałem je delikatnie, by upewnić się, że jest…

Że jest tak jak oboje myśleliśmy.

W końcu nieco zdębiały Kamijo przejął inicjatywę. Przycisnął mnie do siebie i pocałował.
                   - Czyli ty mnie też? – moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
                   - Zgadza się.    
                Kiedy obudziłem się, jak sądziłem, rano, po Kamijo obok mnie zostało tylko znikające już wgniecenie w pościeli. Czułem jakby milion żelaznych łańcuchów przykuwało mnie do łóżka. Miałem wrażenie, że moje ciało nagle zwiększyło swoją powierzchnię, bezwładnie rozpłaszczając się na całej szerokości łóżka. Sięgnąłem po telefon, by sprawdzić, która godzina. Myliłem się, co do pory. Jeszcze pamiętałem, że piętnasta trzydzieści dwie,  raczej nie jest godziną poranną. Powróciłem myślami do zdarzeń z minionej nocy. Nagle do pokoju wpadł wokalista z jedzeniem na tacy.
                  - Śniadanie przyszło. – oświadczył radośnie. - O ile można to tak nazwać…
                   - Zostaniesz moim śniadaniem?
Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Zjedliśmy szybko, śmiejąc się i rozmawiając. Yuuji stwierdził, że warto byłoby gdzieś pójść. Była sobota, więc mieliśmy wolne. Wolne wiązało się z nadmiarem wolnego czasu. Zadzwoniłem do ubezpieczyciela z prośbą o odholowanie samochodu, a później Kamijo odwiózł mnie do domu, żebym mógł się przygotować. Nic nie mogło opisać tego, jaką radość dawała mi obecnie rzeczywistość. Wszystko nagle zaczęło mieć sens.
                 Wskoczyłem pod prysznic. Długo i dokładnie szorowałem włosy, nakładając różne odżywki, maski i tym podobne.  Były w wystarczająco złym stanie przez farby, pianki, żele, lakiery o trwałości granitu. Pozbycie się koncertowej fryzury trwało, bez użycia prostownicy, dwa dni. To zapewniło brak efektu miotły. Szorstką gąbką wymasowałem całe swoje ciało, by jakoś pobudzić się do życia. Wychodząc z łazienki po godzinie higienicznych rytuałów, spojrzałem na telefon, którego dioda powiadomień migała na zielono. 
Przyjdziesz około siódmej do parku nad jeziorko?
Siódma, w parku, Kamijo.
Siódma, Kamijo,
Kamijo.
Wariujesz, Hizaki – pomyślałem, gdyż rzeczywiście tak było. 
                   Założyłem proste, czarne spodnie, białą koszulkę z dekoltem w serek i grafitową bluzę. Dosłownie wybiegłem z domu. Jeszcze przed umówioną godziną czekałem nad srebrzystą taflą wody, na molo. Obserwując ludzi, zauważyłem dosyć wyróżniającą się osobę. Wstałem i dogoniłem jasnowłosego mężczyznę, rzucając mu się w ramiona. Kamijo pocałował mnie w usta, ku zniesmaczeniu sporego procenta ludności. Spędziliśmy ze sobą wspaniałe, tak szybko umykające godziny.
                  - Zimno się zrobiło. Idziemy do mnie? – zapytałem, czując gęsią skórkę na ramionach i kolejny, przechodzący mnie dreszcz. Yuuji przytulił mnie, całując w czoło.
                  - Można się zbierać. – odpowiedział, zdejmując bluzę i otulając mnie nią. Uśmiechnąłem się do niego lekko. Poszliśmy do mojego domu. Otworzyłem wino i usiedliśmy na kanapie. Zawsze tak było, że mogliśmy rozmawiać bez końca. W tej kwestii nigdy nic się nie zmieniło.
W pewnym momencie Kamijo odstawił swój kieliszek. Korzystając z okazji, wdrapałem mu się na kolana. Dopiłem wino i zarzuciłem mu ręce na ramiona.
                  - A powiesz mi, co jeszcze ci się śniło?
                  - Ty. – powiedział, uśmiechając się. – Ty, w każdej sytuacji.
                  - Każdej?
                  - Każdej. – wplótł palce w moje włosy i pocałował mnie czule. Nie pozwoliłem mu się odsunąć. Przytrzymałem go przy sobie, kontynuując pieszczotę. Przesunął językiem po moim podniebieniu. Znajdowaliśmy się już w pozycji leżącej. Ręce Kamijo powędrowały na moje lędźwie, a moje pod jego koszulkę.
Niedługo później iskierki rozkoszy zatańczyły mi przed oczyma.
                                                                 ***
                - A więc w końcu! – ucieszył się Kaya, popijając kawę z odtłuszczonym mlekiem. Zawsze przesadnie dbał o linię. Jak dla mnie, i tak był wciąż za chudy, ale nie umiałem mu tego przetłumaczyć. I tak by się odchudzał. W dodatku był weganinem. Nie umiałem tego pojąć, jak można jeść same rośliny, ale nie byłem też przeciwny, skoro mu z tym dobrze. Póki się nie zagalopował, wszystko było dobrze. Kaya był naprawdę cudownym przyjacielem. Umiał cieszyć się czyimś szczęściem, wyzbywając się ewentualnej zazdrości, bądź po prostu jej nie okazując. To była osoba, której warto było zaufać. Dlatego jemu pierwszemu zwierzałem się ze wszystkich problemów, radości i często nieprzyjemnych drobnostek, które wobec jego pogody ducha traciły swoją wagę.
                - A po trasie, książę z honorem, a księżniczka z bachorem. – parsknął. Kopnąłem go pod stołem i roześmiałem się w głos.
                - Dobre porównanie, ale trochę…
                - Nie zaglądam ci pod spódnicę. – brunet bez przerwy się śmiał.
                - Może to i dobrze… Ja też podziękuję tobie zaglądać. – wziąłem łyk mojego superkalorycznego latte z karmelem. Kaya uśmiechnął się, jak zauroczony, a ja nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, póki nie poczułem ciepła ciała obejmującego mnie od tyłu i całującego w tył głowy.
                 - Hej, królewny. – przywitał się Kamijo.
                 - Hej, dobrze że nie słodzę kawy. – odpowiedział mu mój przyjaciel.
                 - Co tu robisz? – zapytałem, łapiąc go za rękę. – Nie mówiłem ci, gdzie idę.
                 - Masz rację, wpadłem na was przypadkiem. Spotkanie z liderem zespołu chcącego dołączyć do mojej wytwórni. – wywróciłem oczami słysząc słowo wytwórnia. To słowo było równoznaczne z frazą „padnięty Kamijo”.
                  - Nie przewalaj tak tymi gałami, bo ci znowu któreś ucieknie. – stwierdził dosyć logicznie Kaya, jednak w imię dumy musiałem znów uraczyć go kopniakiem.
                  - Nie patrz tak na mnie… - mruknął w odpowiedzi na zadany cios. W nagrodę dostał kolejny raz.
                   - Za co to?! – oburzył się.
                   - Patrzyłem na Kamijo. – burknąłem. Brunet parsknął śmiechem, a Kamijo pogłaskał mnie po włosach.
                    - I tak jesteś śliczny. – szepnął mi do ucha, dyskretnie całując w policzek. Poszedł do swoich spraw, które wbrew pozorom nie zamykały się wokół patrzenia w lustro i zachwycania się samym sobą. Dokończyliśmy z Kayą kawę i wyszliśmy z coraz bardziej zatłoczonego lokalu.
             Wszedłem do domu i czekałem, aż Kamijo skończy rozmowy i przyjdzie do mnie. Kiedy w końcu nadszedł ten moment, w którym usłyszałem odgłos otwieranych drzwi, zerwałem się z kanapy w trybie natychmiastowym. Oparłem się o futrynę i z uśmiechem wpatrywałem się w blondyna. 
                                                                 ***
                    Przez następne miesiące nie mieliśmy dla siebie czasu. Przebywaliśmy na zmianę w jednym i w drugim domu, a kiedy już zdarzyła się wolna chwila, byliśmy tak zmęczeni  że po prostu zasypialiśmy. Nikomu nie podobał się taki układ, ale trzeba było przetrwać. Pochłaniały nas przygotowania do trasy koncertowej po Europie, wytwórnia Kamijo, do której chcieliśmy się przenieść jeszcze przed trasą i wiele innych spraw. W końcu, gdy mieliśmy dzień dla siebie udało mi się odwiedzić ukochanego. Po cichu wszedłem do środka, biorąc pod uwagę to, że może spać. Zajrzałem do pokoju. Yuuji leżał na łóżku i smutnym wzrokiem wpatrywał się w sufit, z porozrzucanymi wokół niego papierami i uruchomionym laptopem stojącym na udach. Podszedłem do niego i usiadłem na łóżku.
                      - Zostaw już to. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem, przeciągając palcami po jego ciele.
                     - Nie, dzięki… Muszę to sam ogarnąć… - powiedział cicho. Przestawiłem komputer na półkę przy łóżku, pozbierałem papiery i ułożyłem się obok niego.
                     - Czemu jesteś taki smutny? – zapytałem, obejmując go w pasie.
                     - Nie… - odpowiedział, odwracając się w moją stronę. – Wydaje ci się.
                     - Nie wmawiaj mi nic, nie wyglądasz tak normalnie.
                     - Po prostu jestem zmęczony… Nie masz się czym martwić.
                     - Kocham cię. – mruknąłem, wtulając się w niego. Przytulił mnie i pogładził po plecach, jak miał w zwyczaju.
                     - Wiem, ja ciebie też.
Zapadła cisza. Pierwszy raz przytrafił nam się cichy, krępujący moment, w którym nie było jak zacząć rozmowy.
                     - Oszczędź się trochę…  Odpocznij.
                     - Nie mogę. Robię to, żebyś w ogóle się liczył w muzyce – odsunąłem się od niego i popatrzyłem mu ze zdziwieniem w oczy. Te słowa miały co najmniej nieprzyjemny wydźwięk i odebrałem to, jakby Kamijo twierdził że wszystko zależy od niego.
                  - Możesz powtórzyć? – skrzywiłem się. – Nie wiem, czy dobrze rozumiem.
                  - Dobrze rozumiesz. Gdyby nie moja praca teraz, mógłbyś sobie siedzieć pod PSC i grać zbierając kasę do kapelusza. – powiedział beznamiętnie, jakbym nie był dla niego ważny. Zabrałem od niego ręce i wyplątałem się z jego objęć. Wstałem.
                  - Jeśli twierdzisz, że bez ciebie jestem nikim, mylisz się. – warknąłem.
                  - Nie nikim, a gościem bez pracy. – odparł, znów głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Chciało mi się płakać, krzyczeć, bić go, cokolwiek. Z trudem powstrzymując emocje, zacisnąłem pięści.
                   - Gościem bez pracy, którego ponoć kochasz, szanujesz i z którym śpisz. Który stara się najlepiej jak może dla ciebie. – wywarczałem zdenerwowany do granic możliwości.
                   - Daj mi w końcu spokój… - odwrócił się do mnie tyłem. Pierwsze łzy spłynęły po mojej twarzy. W nerwach zrzuciłem go z łóżka.
                    - Popierdoliło cię do reszty? – podniósł głos. Poczerwieniałem ze złości.
                    - Zabieraj swoją narcystyczną dupę z mojego życia! – wrzasnąłem. Wybiegłem z mieszkania, trzaskając drzwiami, dając wokaliście upragniony spokój.
                     Naciągnąłem na głowę kaptur i popędziłem do domu, ile sił w nogach. Zapragnąłem zamknąć się w sypialni i nigdy nie wychodzić. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, jak na złość wszystkiemu co działo się wokół mnie. Miałem ochotę skręcić karki wszystkim stworzeniom wyposażonym w dzioby i skrzydła. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami mieszkania. Otworzyłem je szybko, by zaraz je za sobą zamknąć. Osunąłem się po nich i nie pozostało mi nic innego jak zanoszenie się gorzkim płaczem. Czułem, że zaprzepaściłem i zepsułem wszystko co budowaliśmy przez te dziesięć miesięcy. Przez głowę przegalopowały mi wszystkie nasze wspólne chwile, każdy pocałunek, zbliżenie, każde najmniejsza czułostka. We wszystko wkładałem całe swoje serce, ufałem mu bezgranicznie i starałem się być podporą dla Kamijo w każdej sytuacji. Są jednak, widocznie, rzeczy, których nie zniweluje nawet uczucie. Choćby najszczersze, najgłębsze i najpiękniejsze. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Wstałem szybko, z nadzieją na to, że za drzwiami zobaczą ukochanego wokalistę. I fakt, był tam wokalista. Stary przyjaciel, członek mojego pierwszego zespołu, nim wyciągnąłem tę narcystyczną kozę z Lareine.
                     - Boże, Hizaki… Co się stało? – zapytał z troską w głosie.
                     - Nic. – odburknąłem.
                     - Widziałem jak wybiegasz od Kamijo.
                     - Szpiegujesz mnie?
                     - Nie. Otworzysz?
Z cichym westchnieniem otworzyłem drzwi. Zaskoczył mnie. Jego interesowało moje samopoczucie, ukochanemu byłem obojętny. Piękny układ.
                     - Jasne, wejdź… - otworzyłem drzwi.
Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło. Przez cały czas głaskał mnie po ramieniu, mówiąc że się ułoży, że zapomnę. W końcu zacząłem mu wierzyć.
                     - Juka… Przytul mnie… - mruknąłem.
                     - Co?
                     - Przytulisz mnie?
Zamknął mnie w objęciach. Oparłem na nim głowę i przymknąłem oczy. Juka przytknął wargi do mojego czoła, ścierając mi resztki słonych łez z policzków. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego.
                     - Kamijo był głupi, że pozwolił odejść komuś tak cudownemu… - usłyszałem. W odpowiedzi pocałowałem go namiętnie w usta. Blondynowi chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji i odwzajemnienie pocałunku. Moje ręce zabłądziły na jego szczupłym ciele, tak jak jeszcze kilka dni temu gubiły się we włosach ukochanego. Pocałunek, ni stąd, ni zowąd, stał się głębszy i gorętszy. Dłonie Juki wędrowały po moich udach, kończąc na ugniataniu pośladków. Wszystko było takie podobne… W końcu zgubiłem się w rzeczywistości i oddałem się zapomnieniu.
                      Z samego rana otworzyłem oczy, z przyzwyczajenia oczekując widoku twarzy Kamijo. Wszystko zdawało się być tylko koszmarem, z którego przyszło mi się wybudzić. Prawda była inna. Podniosłem się do siadu i schowałem twarz w dłoniach, przecierając ją uparcie. Usłyszałem sygnał wiadomości z telefonu schowanego w spodniach, rzuconych niedbale na stół. Wygrzebałem go z kieszeni. Czekała na mnie wiadomość od Asagiego, tego wokalisty, którego nigdy nie lubiłem, o czym nie dawałem sobie zapomnieć, nazywając go Pinokiem.
Wysłał mi zdjęcie śpiącego, nagiego, przykrytego do połowy kołdrą Kamijo. Rzuciłem telefonem w kąt salonu. Spojrzałem na śpiącego obok mnie blondyna. Przykryłem go narzutą, naciągając na siebie znalezione na podłodze bokserki. Zarzuciłem na ramiona flanelową koszulę i wyszedłem na balkon z paczką papierosów. Słońce było już wysoko, w przeciwieństwie do mojej nadziei, która zdeptana leżała gdzieś w kanałach tętniącego życiem miasta. Przyjrzałem się końcówce odpalonego papierosa. Zaciągnąłem się głęboko dymem. Końcówka rozbłysła słabym żarem, by po chwili obrócić się w popiół i spaść na kafelki. Gdyby wszystko było takie proste, już dawno umarlibyśmy ze znużenia.
                      Napisałem do Kamijo wiadomość, nie byłem w stanie zadzwonić. 
„Przyjdź, proszę, o siódmej do parku z jeziorkiem.”
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.
„Nie wiem, czy jestem w stanie spojrzeć ci w oczy”
Tego także nie byłem pewien. 
„Przyjdź, proszę”

Tak jak za pierwszym razem, na molo byłem jeszcze przed siódmą. Przypatrzyłem się swojemu odbiciu w lustrze wody. Oto, jak wygląda hipokryta i zdrajca. Kopnąłem jakiś kamień, leżący na skraju desek tworzących podporę molo. Wpadł do wody z pluskiem, pozostawiając symetryczne kręgi po sobie. I tylko to. Kręgi po chwili zniknęły, ale kamień pozostanie na dnie na następne lata, może i dłużej. I może, gdy jakimś cudem się wydostanie, ktoś się kiedyś o niego potknie.
                           - Jestem. - powiedział Kamijo, stając obok mnie.
                           - Nie tylko ty. Ja też cię zdradziłem. – wypaliłem, pomijając powitanie.
                           - Hizaki… Nie jestem zły…
                           - Ja też nie. Mimo to, nie powinniśmy być ze sobą dłużej. – gdy wypowiedziałem te słowa, łzy stanęły mi w oczach.
                           - Ale…
                           - Za dużo się zdarzyło. Przepraszam, nie umiem inaczej.
                           - Nie sądzisz, że znamy się za dobrze? Nie przetrwam bez ciebie… - powiedział cicho. – Wiem, jak to zabrzmi, ale… Pozostańmy przyjaciółmi… - na wodzie pojawiły się nowe kręgi, jako pozostałość moich łez.
                            - Pozostańmy.