czwartek, 3 marca 2016

Park z jeziorkiem (Kamijo x Hizaki)

A więc wstawiam jako przeniesione z poprzedniej lokalizacji. Powinno być razem z pierwszymi 4 przystankami, ale "Park" zaginął w akcji. Shot połączony ze Szkarłatnym Przystankiem. Miłego czytania.
No i tak. Jako człowiek żebrak chciałabym czasem usłyszeć jakąś opinię o danym tekście, jak chyba każdy autor czegokolwiek. Więc jeśli tu jesteś, nawet jako Anonimek i spodobał lub nie spodobał ci się tekst - zostaw jakiś komentarz, pięknie proszę ^^ 

____________________


 „Na końcu zawsze będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec.”
Tylko, że wszystko co dobre również kiedyś ma swój koniec. Każdy ciąg wydarzeń, każdy epizod tej najciekawszej księgi, dumnie opatrzonej okładką z wyrazem „Życie” kiedyś dobiega finału.
                
             - Kamijo, zostaw te papiery… - podszedłem do niego. Od dawna był moją chorobą, z której nie mogłem się wyleczyć. Piękny w każdym swoim calu - gdy siedział nad papierami, tekstami, gdy śpiewał, gdy zagadywał publiczność. Nawet po zmyciu kilograma szpachli z twarzy, a właściwie to… zwłaszcza wtedy. W końcu prawdziwego piękna nie definiuje tylko część wizualna. To by było zbyt proste. Położyłem rękę na jego okrytym śliskim materiałem marynarki ramieniu. Wzdrygnął się lekko.
             - Witamy wśród żywych… – zaśmiałem się cicho.
             - Wybacz, zamyśliłem się. – przeczesał włosy i przymknął zmęczone oczy. Ostatnio bez przerwy siedział nad jakimiś druczkami związanymi z nową wytwórnią. Uparł się, żeby mieć coś więcej niż zespół, więc nikt mu nie przeszkadzał. Jedyną osobą, która mówiła mu, żeby odpuścił sobie na konkretny dzień, byłem ja. Czasem przesadzał i miałem wrażenie, że jego oczy zamieniają się w ogniste kule, które rozsadzi ciśnienie.
              - Daj sobie na dzisiaj spokój.
              - Nie mogę. Jeszcze…
              - Zamknij się. - nacisnąłem palcem czubek jego nosa. - Odwiozę cię do domu, bo jeszcze mi zaśniesz za kierownicą.
              - Ale Hizaś!
              - Może inaczej… - wywróciłem oczami. – Nie pyskuj. Zamykaj to i do samochodu. – powiedziałem tonem, który nie tolerował sprzeciwu. Kamijo uśmiechnął się pod nosem i podniósł się z fotela. Kiedy opuściliśmy budynek, posłusznie powlókł się do samochodu. W ciszy jechaliśmy do celu, jakim był dom, a właściwie posiadłość wokalisty. Spoglądałem na niego czasami, na czym zdarzyło mu się mnie przyłapać. Wtedy odruchowo odwracałem wzrok. Któregoś razu to ja poczułem się obserwowany. Miałem wrażenie że zaraz się rozpuszczę. Zasłoniłem twarz kurtyną z włosów i skupiłem się na drodze. Zatrzymałem się pod doskonale znaną mi bramą.
              - No to do jutra. – pożegnałem się, w czym przeszkodziło mi przeciągłe ziewnięcie. Spojrzałem na zegar. Wyświetlał 2:04.
              - Raczej do dzisiaj. Nie sądzisz, że lepiej dla ciebie byłoby zostać tu na noc? – zapytał. Zdziwiłem się, ale nie mogłem przyjąć zaproszenia.
              - Dziękuję, ale pojadę do domu. – uśmiechnąłem się. – Dobranoc.
             - Jak wolisz. Dzięki. – zamknął drzwi i oddalił się w kierunku bramy. Westchnąłem przeciągle. Nacisnąłem pedał gazu i ruszyłem. Nie zdołałem przejechać kilkunastu metrów, a samochód zaczął się „dławić”, po czym zatrzymał się. Spróbowałem go bezskutecznie odpalić około pięciu razy. Dopiero po piątym zorientowałem się że kontrolka pokazująca zawartość baku miała wskazówkę bezlitośnie przechyloną w stronę okrągłego, czerwonego zera. Ktoś zapukał w szybę.
             - Może jednak? – wyszczerzył się Kamijo. Roześmiałem się i wysiadłem. Zepchnęliśmy samochód na pobocze i skierowaliśmy się do wnętrza posiadłości. Spojrzałem na rozgwieżdżone niebo. Doskonale znałem wiele gwiezdnych formacji z dzieciństwa. Fascynacja, która przyniosła tylko korzyści w postaci dobrych wspomnień. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
            - Zawsze jak tu wchodzę to nie mogę się nadziwić. – uśmiechnąłem się.
            - Oj tam, nic specjalnego.
            - Właśnie w tym rzecz. Wydajesz się być ciekawą osobą, a tymczasem jesteś takim nudziarzem. – zachichotałem. Odwrócił się i popatrzył na mnie z politowaniem.
            - Znalazłem kandydata do spania na podłodze.
            - Daj spokój, tu wszystko jest białe!
            - Oprócz mnie. – wyszczerzył się.
            - Ty jesteś żółty.
            - Sam jesteś żółty.
 Zdjął buty i odwiesił kurtkę na wieszak.
            - Ała, chyba się nie pozbieram – uśmiechnąłem się. Pozbyłem się wierzchniej garderoby. Przeszliśmy do sypialni, Kamijo zaczął szukać czegoś w szafie. Podał mi ręcznik i szlafrok. Poszedłem wziąć szybki prysznic. Kiedy wróciłem łóżko było przygotowane. Yuuji umył się i przyszedł do pokoju. Moja specyficzna choroba dawała o sobie znać. Rozczochrane, lekko pofalowane od wilgoci włosy puszyły się dookoła głowy wokalisty. Jego oczy błyszczały, a usta wygięte były w delikatnym uśmiechu.
            - Zostajesz tutaj, ja idę do salonu. – przekazał i przerzucił zrolowany koc przez ramię.
            - Ale…
            - Nie pyskuj. Dobranoc, piękna. – pokazał mi język. Zmrużyłem morderczo oczy w celu okazania niechęci do zwracania się do mnie w rodzaju żeńskim. Kamijo wyszedł z pomieszczenia, a ja rzuciłem się na łóżko. Było miękkie i mimo świeżej pościeli, byłem w stanie wyczuć ten szczególny zapach. Zgasiłem lampkę nocną, a w pokoju zapadła ciemność, nie licząc nikłej poświaty docierającej zza drzwi. Przymknąłem na chwilę oczy. Chwila okazała się trwać mniej więcej godzinę. Obudził mnie świst wiatru w kanałach wentylacyjnych i stukot wielkich kropli deszczu o blaszany dach połączone z przerażająco głośnym grzmotem. Sypialnię rozjaśnił błysk białego światła. Schowałem głowę pod kołdrą i starałem się spać dalej. Na nic cały wysiłek. Po wielu bezskutecznych próbach, zauważyłem przenikającą również przez kołdrę smugi żółtego światła lamp z przedpokoju. Wyjrzałem spod przykrycia i zobaczyłem zaglądającego do pokoju Kamijo, bo kogóż by innego.
                 - Co tam? – zapytałem zaspanym głosem, mrużąc oczy.
                 - Przyszedłem sprawdzić czy śpisz… - odparł inteligentnie i sensownie, myśląc z pewnością zupełnie racjonalnie.
                 - Nie śpię i nie zasnę. Nie da się przez ten hałas.
                 - Hizaki…?
                 - Tak?
                 - Mogę z tobą zostać? – zdziwiłem się, słysząc to. Jakiś czas zwlekałem z odpowiedzią, by upewnić się, że dobrze zinterpretowałem sens tych słów.
                  - Pewnie.
Blondyn wpakował mi się pod kołdrę. Zapanowała chwila niezręcznego milczenia.
                  - Co się stało…? – zapytałem niepewnie. Kolejny błysk, ponownie grzmot.
                  - Ja… Ja… Boję się tam spać… - wyjąkał. Zaśmiałem się cicho. Nie przypominałem sobie żadnego wampira bojącego się burzy, ale zawsze ktoś musi być pierwszy. Prawda, że mnie również wcale nie było przyjemnie. Podczas burzy zawsze czułem się beznadziejnie samotny. Wśród błyskawic rozdzierających niebo i oblewającego szyby deszczu, trudno było skupić swoje myśli na czymś miłym, a już na pewno zasnąć.
                  - No chodź – wyszczerzyłem się, robiąc mu miejsce pod kołdrą.
Kamijo wsunął się pod uchyloną kołdrę z miną zbitego psa. Odwrócił się do mnie tyłem i zwinąwszy się w kłębek usiłował chyba zapaść się pod ziemię. Pogładziłem go delikatnie po włosach. Miałem wielką ochotę po prostu przytulić się do niego. W końcu zebrałem w sobie odwagę, by powiedzieć mu o swoich uczuciach.
                  - Yuuji-chan, nie odwracaj się. – szepnąłem mu do ucha, nie przestając przeczesywać jasnych włosów dłonią.
                   - Yuuji-chan? No błagam… - westchnął i przewalił się, by po chwili znaleźć się twarzą w twarz ze mną. Niemal natychmiast przysunąłem się do niego. Wtuliłem się w jego tors, ku zaskoczeniu blondyna.
                   - Yuuji-chan, bo mimo czterdziesktki na karku dalej zachowujesz się jak ośmiolatek.
                   - Hizaś? - zignorował moją uwagę.
                   - Tak, to ja…
                   - Tyle wiem, ale…
                   - Nie podoba ci się to?
                   - Nie, tylko dziwnie się czuję, gdy nie jest to mój sen… - mruknął i objął mnie. Moje serce załomotało z radości.
                   - Sen? Mamy podobne sny, jak widać.
                   - Tak myślisz?
                   - Tylko w wypadku, w którym ty też tak myślisz.
                   - Bo ja chyba faktycznie tak myślę. – powiedział ciepło.
Uniosłem głowę i przytknąłem wargi do jego ust. Muskałem je delikatnie, by upewnić się, że jest…

Że jest tak jak oboje myśleliśmy.

W końcu nieco zdębiały Kamijo przejął inicjatywę. Przycisnął mnie do siebie i pocałował.
                   - Czyli ty mnie też? – moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
                   - Zgadza się.    
                Kiedy obudziłem się, jak sądziłem, rano, po Kamijo obok mnie zostało tylko znikające już wgniecenie w pościeli. Czułem jakby milion żelaznych łańcuchów przykuwało mnie do łóżka. Miałem wrażenie, że moje ciało nagle zwiększyło swoją powierzchnię, bezwładnie rozpłaszczając się na całej szerokości łóżka. Sięgnąłem po telefon, by sprawdzić, która godzina. Myliłem się, co do pory. Jeszcze pamiętałem, że piętnasta trzydzieści dwie,  raczej nie jest godziną poranną. Powróciłem myślami do zdarzeń z minionej nocy. Nagle do pokoju wpadł wokalista z jedzeniem na tacy.
                  - Śniadanie przyszło. – oświadczył radośnie. - O ile można to tak nazwać…
                   - Zostaniesz moim śniadaniem?
Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Zjedliśmy szybko, śmiejąc się i rozmawiając. Yuuji stwierdził, że warto byłoby gdzieś pójść. Była sobota, więc mieliśmy wolne. Wolne wiązało się z nadmiarem wolnego czasu. Zadzwoniłem do ubezpieczyciela z prośbą o odholowanie samochodu, a później Kamijo odwiózł mnie do domu, żebym mógł się przygotować. Nic nie mogło opisać tego, jaką radość dawała mi obecnie rzeczywistość. Wszystko nagle zaczęło mieć sens.
                 Wskoczyłem pod prysznic. Długo i dokładnie szorowałem włosy, nakładając różne odżywki, maski i tym podobne.  Były w wystarczająco złym stanie przez farby, pianki, żele, lakiery o trwałości granitu. Pozbycie się koncertowej fryzury trwało, bez użycia prostownicy, dwa dni. To zapewniło brak efektu miotły. Szorstką gąbką wymasowałem całe swoje ciało, by jakoś pobudzić się do życia. Wychodząc z łazienki po godzinie higienicznych rytuałów, spojrzałem na telefon, którego dioda powiadomień migała na zielono. 
Przyjdziesz około siódmej do parku nad jeziorko?
Siódma, w parku, Kamijo.
Siódma, Kamijo,
Kamijo.
Wariujesz, Hizaki – pomyślałem, gdyż rzeczywiście tak było. 
                   Założyłem proste, czarne spodnie, białą koszulkę z dekoltem w serek i grafitową bluzę. Dosłownie wybiegłem z domu. Jeszcze przed umówioną godziną czekałem nad srebrzystą taflą wody, na molo. Obserwując ludzi, zauważyłem dosyć wyróżniającą się osobę. Wstałem i dogoniłem jasnowłosego mężczyznę, rzucając mu się w ramiona. Kamijo pocałował mnie w usta, ku zniesmaczeniu sporego procenta ludności. Spędziliśmy ze sobą wspaniałe, tak szybko umykające godziny.
                  - Zimno się zrobiło. Idziemy do mnie? – zapytałem, czując gęsią skórkę na ramionach i kolejny, przechodzący mnie dreszcz. Yuuji przytulił mnie, całując w czoło.
                  - Można się zbierać. – odpowiedział, zdejmując bluzę i otulając mnie nią. Uśmiechnąłem się do niego lekko. Poszliśmy do mojego domu. Otworzyłem wino i usiedliśmy na kanapie. Zawsze tak było, że mogliśmy rozmawiać bez końca. W tej kwestii nigdy nic się nie zmieniło.
W pewnym momencie Kamijo odstawił swój kieliszek. Korzystając z okazji, wdrapałem mu się na kolana. Dopiłem wino i zarzuciłem mu ręce na ramiona.
                  - A powiesz mi, co jeszcze ci się śniło?
                  - Ty. – powiedział, uśmiechając się. – Ty, w każdej sytuacji.
                  - Każdej?
                  - Każdej. – wplótł palce w moje włosy i pocałował mnie czule. Nie pozwoliłem mu się odsunąć. Przytrzymałem go przy sobie, kontynuując pieszczotę. Przesunął językiem po moim podniebieniu. Znajdowaliśmy się już w pozycji leżącej. Ręce Kamijo powędrowały na moje lędźwie, a moje pod jego koszulkę.
Niedługo później iskierki rozkoszy zatańczyły mi przed oczyma.
                                                                 ***
                - A więc w końcu! – ucieszył się Kaya, popijając kawę z odtłuszczonym mlekiem. Zawsze przesadnie dbał o linię. Jak dla mnie, i tak był wciąż za chudy, ale nie umiałem mu tego przetłumaczyć. I tak by się odchudzał. W dodatku był weganinem. Nie umiałem tego pojąć, jak można jeść same rośliny, ale nie byłem też przeciwny, skoro mu z tym dobrze. Póki się nie zagalopował, wszystko było dobrze. Kaya był naprawdę cudownym przyjacielem. Umiał cieszyć się czyimś szczęściem, wyzbywając się ewentualnej zazdrości, bądź po prostu jej nie okazując. To była osoba, której warto było zaufać. Dlatego jemu pierwszemu zwierzałem się ze wszystkich problemów, radości i często nieprzyjemnych drobnostek, które wobec jego pogody ducha traciły swoją wagę.
                - A po trasie, książę z honorem, a księżniczka z bachorem. – parsknął. Kopnąłem go pod stołem i roześmiałem się w głos.
                - Dobre porównanie, ale trochę…
                - Nie zaglądam ci pod spódnicę. – brunet bez przerwy się śmiał.
                - Może to i dobrze… Ja też podziękuję tobie zaglądać. – wziąłem łyk mojego superkalorycznego latte z karmelem. Kaya uśmiechnął się, jak zauroczony, a ja nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, póki nie poczułem ciepła ciała obejmującego mnie od tyłu i całującego w tył głowy.
                 - Hej, królewny. – przywitał się Kamijo.
                 - Hej, dobrze że nie słodzę kawy. – odpowiedział mu mój przyjaciel.
                 - Co tu robisz? – zapytałem, łapiąc go za rękę. – Nie mówiłem ci, gdzie idę.
                 - Masz rację, wpadłem na was przypadkiem. Spotkanie z liderem zespołu chcącego dołączyć do mojej wytwórni. – wywróciłem oczami słysząc słowo wytwórnia. To słowo było równoznaczne z frazą „padnięty Kamijo”.
                  - Nie przewalaj tak tymi gałami, bo ci znowu któreś ucieknie. – stwierdził dosyć logicznie Kaya, jednak w imię dumy musiałem znów uraczyć go kopniakiem.
                  - Nie patrz tak na mnie… - mruknął w odpowiedzi na zadany cios. W nagrodę dostał kolejny raz.
                   - Za co to?! – oburzył się.
                   - Patrzyłem na Kamijo. – burknąłem. Brunet parsknął śmiechem, a Kamijo pogłaskał mnie po włosach.
                    - I tak jesteś śliczny. – szepnął mi do ucha, dyskretnie całując w policzek. Poszedł do swoich spraw, które wbrew pozorom nie zamykały się wokół patrzenia w lustro i zachwycania się samym sobą. Dokończyliśmy z Kayą kawę i wyszliśmy z coraz bardziej zatłoczonego lokalu.
             Wszedłem do domu i czekałem, aż Kamijo skończy rozmowy i przyjdzie do mnie. Kiedy w końcu nadszedł ten moment, w którym usłyszałem odgłos otwieranych drzwi, zerwałem się z kanapy w trybie natychmiastowym. Oparłem się o futrynę i z uśmiechem wpatrywałem się w blondyna. 
                                                                 ***
                    Przez następne miesiące nie mieliśmy dla siebie czasu. Przebywaliśmy na zmianę w jednym i w drugim domu, a kiedy już zdarzyła się wolna chwila, byliśmy tak zmęczeni  że po prostu zasypialiśmy. Nikomu nie podobał się taki układ, ale trzeba było przetrwać. Pochłaniały nas przygotowania do trasy koncertowej po Europie, wytwórnia Kamijo, do której chcieliśmy się przenieść jeszcze przed trasą i wiele innych spraw. W końcu, gdy mieliśmy dzień dla siebie udało mi się odwiedzić ukochanego. Po cichu wszedłem do środka, biorąc pod uwagę to, że może spać. Zajrzałem do pokoju. Yuuji leżał na łóżku i smutnym wzrokiem wpatrywał się w sufit, z porozrzucanymi wokół niego papierami i uruchomionym laptopem stojącym na udach. Podszedłem do niego i usiadłem na łóżku.
                      - Zostaw już to. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem, przeciągając palcami po jego ciele.
                     - Nie, dzięki… Muszę to sam ogarnąć… - powiedział cicho. Przestawiłem komputer na półkę przy łóżku, pozbierałem papiery i ułożyłem się obok niego.
                     - Czemu jesteś taki smutny? – zapytałem, obejmując go w pasie.
                     - Nie… - odpowiedział, odwracając się w moją stronę. – Wydaje ci się.
                     - Nie wmawiaj mi nic, nie wyglądasz tak normalnie.
                     - Po prostu jestem zmęczony… Nie masz się czym martwić.
                     - Kocham cię. – mruknąłem, wtulając się w niego. Przytulił mnie i pogładził po plecach, jak miał w zwyczaju.
                     - Wiem, ja ciebie też.
Zapadła cisza. Pierwszy raz przytrafił nam się cichy, krępujący moment, w którym nie było jak zacząć rozmowy.
                     - Oszczędź się trochę…  Odpocznij.
                     - Nie mogę. Robię to, żebyś w ogóle się liczył w muzyce – odsunąłem się od niego i popatrzyłem mu ze zdziwieniem w oczy. Te słowa miały co najmniej nieprzyjemny wydźwięk i odebrałem to, jakby Kamijo twierdził że wszystko zależy od niego.
                  - Możesz powtórzyć? – skrzywiłem się. – Nie wiem, czy dobrze rozumiem.
                  - Dobrze rozumiesz. Gdyby nie moja praca teraz, mógłbyś sobie siedzieć pod PSC i grać zbierając kasę do kapelusza. – powiedział beznamiętnie, jakbym nie był dla niego ważny. Zabrałem od niego ręce i wyplątałem się z jego objęć. Wstałem.
                  - Jeśli twierdzisz, że bez ciebie jestem nikim, mylisz się. – warknąłem.
                  - Nie nikim, a gościem bez pracy. – odparł, znów głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Chciało mi się płakać, krzyczeć, bić go, cokolwiek. Z trudem powstrzymując emocje, zacisnąłem pięści.
                   - Gościem bez pracy, którego ponoć kochasz, szanujesz i z którym śpisz. Który stara się najlepiej jak może dla ciebie. – wywarczałem zdenerwowany do granic możliwości.
                   - Daj mi w końcu spokój… - odwrócił się do mnie tyłem. Pierwsze łzy spłynęły po mojej twarzy. W nerwach zrzuciłem go z łóżka.
                    - Popierdoliło cię do reszty? – podniósł głos. Poczerwieniałem ze złości.
                    - Zabieraj swoją narcystyczną dupę z mojego życia! – wrzasnąłem. Wybiegłem z mieszkania, trzaskając drzwiami, dając wokaliście upragniony spokój.
                     Naciągnąłem na głowę kaptur i popędziłem do domu, ile sił w nogach. Zapragnąłem zamknąć się w sypialni i nigdy nie wychodzić. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, jak na złość wszystkiemu co działo się wokół mnie. Miałem ochotę skręcić karki wszystkim stworzeniom wyposażonym w dzioby i skrzydła. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami mieszkania. Otworzyłem je szybko, by zaraz je za sobą zamknąć. Osunąłem się po nich i nie pozostało mi nic innego jak zanoszenie się gorzkim płaczem. Czułem, że zaprzepaściłem i zepsułem wszystko co budowaliśmy przez te dziesięć miesięcy. Przez głowę przegalopowały mi wszystkie nasze wspólne chwile, każdy pocałunek, zbliżenie, każde najmniejsza czułostka. We wszystko wkładałem całe swoje serce, ufałem mu bezgranicznie i starałem się być podporą dla Kamijo w każdej sytuacji. Są jednak, widocznie, rzeczy, których nie zniweluje nawet uczucie. Choćby najszczersze, najgłębsze i najpiękniejsze. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Wstałem szybko, z nadzieją na to, że za drzwiami zobaczą ukochanego wokalistę. I fakt, był tam wokalista. Stary przyjaciel, członek mojego pierwszego zespołu, nim wyciągnąłem tę narcystyczną kozę z Lareine.
                     - Boże, Hizaki… Co się stało? – zapytał z troską w głosie.
                     - Nic. – odburknąłem.
                     - Widziałem jak wybiegasz od Kamijo.
                     - Szpiegujesz mnie?
                     - Nie. Otworzysz?
Z cichym westchnieniem otworzyłem drzwi. Zaskoczył mnie. Jego interesowało moje samopoczucie, ukochanemu byłem obojętny. Piękny układ.
                     - Jasne, wejdź… - otworzyłem drzwi.
Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło. Przez cały czas głaskał mnie po ramieniu, mówiąc że się ułoży, że zapomnę. W końcu zacząłem mu wierzyć.
                     - Juka… Przytul mnie… - mruknąłem.
                     - Co?
                     - Przytulisz mnie?
Zamknął mnie w objęciach. Oparłem na nim głowę i przymknąłem oczy. Juka przytknął wargi do mojego czoła, ścierając mi resztki słonych łez z policzków. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego.
                     - Kamijo był głupi, że pozwolił odejść komuś tak cudownemu… - usłyszałem. W odpowiedzi pocałowałem go namiętnie w usta. Blondynowi chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji i odwzajemnienie pocałunku. Moje ręce zabłądziły na jego szczupłym ciele, tak jak jeszcze kilka dni temu gubiły się we włosach ukochanego. Pocałunek, ni stąd, ni zowąd, stał się głębszy i gorętszy. Dłonie Juki wędrowały po moich udach, kończąc na ugniataniu pośladków. Wszystko było takie podobne… W końcu zgubiłem się w rzeczywistości i oddałem się zapomnieniu.
                      Z samego rana otworzyłem oczy, z przyzwyczajenia oczekując widoku twarzy Kamijo. Wszystko zdawało się być tylko koszmarem, z którego przyszło mi się wybudzić. Prawda była inna. Podniosłem się do siadu i schowałem twarz w dłoniach, przecierając ją uparcie. Usłyszałem sygnał wiadomości z telefonu schowanego w spodniach, rzuconych niedbale na stół. Wygrzebałem go z kieszeni. Czekała na mnie wiadomość od Asagiego, tego wokalisty, którego nigdy nie lubiłem, o czym nie dawałem sobie zapomnieć, nazywając go Pinokiem.
Wysłał mi zdjęcie śpiącego, nagiego, przykrytego do połowy kołdrą Kamijo. Rzuciłem telefonem w kąt salonu. Spojrzałem na śpiącego obok mnie blondyna. Przykryłem go narzutą, naciągając na siebie znalezione na podłodze bokserki. Zarzuciłem na ramiona flanelową koszulę i wyszedłem na balkon z paczką papierosów. Słońce było już wysoko, w przeciwieństwie do mojej nadziei, która zdeptana leżała gdzieś w kanałach tętniącego życiem miasta. Przyjrzałem się końcówce odpalonego papierosa. Zaciągnąłem się głęboko dymem. Końcówka rozbłysła słabym żarem, by po chwili obrócić się w popiół i spaść na kafelki. Gdyby wszystko było takie proste, już dawno umarlibyśmy ze znużenia.
                      Napisałem do Kamijo wiadomość, nie byłem w stanie zadzwonić. 
„Przyjdź, proszę, o siódmej do parku z jeziorkiem.”
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.
„Nie wiem, czy jestem w stanie spojrzeć ci w oczy”
Tego także nie byłem pewien. 
„Przyjdź, proszę”

Tak jak za pierwszym razem, na molo byłem jeszcze przed siódmą. Przypatrzyłem się swojemu odbiciu w lustrze wody. Oto, jak wygląda hipokryta i zdrajca. Kopnąłem jakiś kamień, leżący na skraju desek tworzących podporę molo. Wpadł do wody z pluskiem, pozostawiając symetryczne kręgi po sobie. I tylko to. Kręgi po chwili zniknęły, ale kamień pozostanie na dnie na następne lata, może i dłużej. I może, gdy jakimś cudem się wydostanie, ktoś się kiedyś o niego potknie.
                           - Jestem. - powiedział Kamijo, stając obok mnie.
                           - Nie tylko ty. Ja też cię zdradziłem. – wypaliłem, pomijając powitanie.
                           - Hizaki… Nie jestem zły…
                           - Ja też nie. Mimo to, nie powinniśmy być ze sobą dłużej. – gdy wypowiedziałem te słowa, łzy stanęły mi w oczach.
                           - Ale…
                           - Za dużo się zdarzyło. Przepraszam, nie umiem inaczej.
                           - Nie sądzisz, że znamy się za dobrze? Nie przetrwam bez ciebie… - powiedział cicho. – Wiem, jak to zabrzmi, ale… Pozostańmy przyjaciółmi… - na wodzie pojawiły się nowe kręgi, jako pozostałość moich łez.
                            - Pozostańmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz