Urocza melodyjko
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć
Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć
Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Sam już nie wiedziałem czemu chciałem znów niszczyć sobie
życie. Mogłem mieć wszystko. Nie byłem już grajkiem ulicznym mieszkającym w
ruinie zastawionej kawałkiem metalu, udało mi się coś osiągnąć. Tyle, że bez
Hizakiego byłbym nikim.
Jestem nikim.
Postanowiłem wrócić do domu. Może nawet nie zauważył, że
mnie nie było? Może spędził noc u Kamijo? Miałem ochotę wziąć kolejną działkę,
ale nie chciałem iść na łatwiznę. Wciąż ze sobą walczyłem. Nie chciałem znów
wpaść w tę pułapkę. Wyszedłem z mieszkanka i powlokłem się do domu. Z jednej
strony przepełniał mnie wstyd i niepewność, z drugiej zazdrość i infantylna
wręcz potrzeba uwagi. Wsunąłem klucz do zamka i powoli go przekręciłem. Po
cichu wszedłem do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Salon był w dokładnie
takim stanie jak wtedy, gdy wychodziliśmy z domu. Zajrzałem do sypialni. Hizaki
leżał na mojej połowie łóżka i spał, przytulając się do mojej poduszki. Nawet
się nie przebrał. Usiadłem obok i odgarnąłem mu włosy z twarzy, głaszcząc go po
policzku. Otworzył oczy, unosząc się lekko do góry. Popatrzył na mnie dosyć
zaskoczony. Po chwili w jego spojrzeniu pojawiła się ulga. Podniósł się i
przytulił mnie.
- Gdzieś ty
był…? – zapytał, gładząc mnie po plecach. W moim gardle pojawiło się to
charakterystyczne dla wzrastającej chęci płaczu uczucie. Zacisnąłem drżące
usta. Odsunął się ode mnie i popatrzył na moją twarz. – Przepraszam… Nie umiem
się wytłumaczyć. Teru mi powiedział…
-
Powiedz prawdę. - wyjąkałem, patrząc mu w oczy, jednak po chwili odwróciłem
wzrok.
- Ja…
- Zniosę wszystko, tylko nie kłam.
- Nigdy cię nie okłamałem.
- Przestań! Przynajmniej teraz tego nie rób! A wtedy kiedy mówiłeś, że kochasz
tylko mnie? Kiedy przedarłeś wasze wspólne zdjęcie? – urwałem. Pogłaskał mnie
po policzku.
- Jestem
strasznym idiotą. Wybacz mi, proszę…
- Przymknij
się. – wtuliłem się w niego. Czułem się źle chcąc mieć go tylko i wyłącznie dla
siebie, choć sam nie wiedziałem dlaczego. To było już głupie. Przecież wszystko
się wokół tego kręci, ja miałem być dla niego, on dla mnie, czyż nie?
- Obiecuję,
że nigdy więcej cię nie zawiodę.
Miałem ochotę powiedzieć mu, by nigdy nie używał słowa
„nigdy”. Co do obietnic… Wiele ich już otrzymywałem. Sam siebie za to
nienawidziłem, ale byłem typem człowieka, który mówi tylko niewielką część tego
co myśli. Dlatego też zachowałem ciszę, schowany w jego ramionach. Nie dzielił
nas nawet milimetr, a czułem się jakbym był dalej od niego niż kiedykolwiek.
Przez kilka kolejnych tygodni zasmakowałem gorzkiej rutyny.
Przed wyjściem na próbę standardowo brałem kilka silnych tabletek na
uspokojenie, żeby niektórych rzeczy po prostu nie zauważać. A zwłaszcza tego
jednego człowieka. Kiedy był gdzieś w pobliżu, po prostu znikałem
gdzieś w miarę niepostrzeżenie. Gdy się pojawiał, odchodziłem w cień. Właściwie
to odchodziłem w cień z każdym dniem. W ten sam cień, w którym znajdowała się moja przyjaciółka. Co do Kamijo...
Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Mnie Hizaki miał na
co dzień. Doszło do tego, że przestaliśmy rozmawiać.
Opuściłem dom, kiedy jeszcze spał. Była piąta rano w
niedzielę, więc miałem jakieś dziesięć godzin nim zdecyduje zwlec się z łóżka.
Musiałem dokupić kilka gramów. Czułem, że bez żadnej odskoczni w końcu nie
wytrzymam. Wykituję. A tak bardzo chciałem żyć. Problem w tym, że nie umiałem.
Każdy z moich sposobów na życie próbowanych dotychczas okazywał się metodą na
długą i bolesną śmierć. Dlaczego więc nie mogłem czegoś w końcu doprowadzić do
skutku? Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Wraz z chwilą, gdy wstrzyknięty gdzieś na jednym z tych
pustych, obdrapanych przystanków w tej zapchlonej dzielnicy narkotyk zaczął
działać, wszystkie problemy nagle przestały być ważne. Przymknąłem oczy i
pogrążyłem się w rozmyślania, czy to już raj.
Bzdura.
Tacy jak ja nie zasługują na raj. Carpe diem, zapomnij.
***
- Bierzemy?
- Żartujesz? Za działkę zrobi
wszystko.
Poczułem jak ktoś mnie podnosi i wrzuca do samochodu.
Chciałem się jakoś obronić, jednak z moich ust wydobywały się tylko niewyraźne,
nic nieznaczące dźwięki. Bałem się, mało tego - byłem przerażony, ale nie
mogłem uciec. Przeniesiono, a raczej przeciągnięto mnie do samochodu, gdzie nie mogąc wygrać z ciężarem powiek po prostu usnąłem. Ocknąłem się po jakimś czasie z
ogromnym bólem głowy, by za chwilę zwymiotować obok łóżka. Czułem ból i
odrętwienie w każdym skrawku mojego ciała. W wejściu zauważyłem mężczyznę z należącą przed kilkoma godzinami do mnie torebką białego proszku w dłoni. Popatrzyłem na niego błagalnie.
- Dostaniesz, jeśli
zapracujesz. - uśmiechnął się.
- Proszę...
Schował torebkę do kieszeni i zbliżył się do mnie.
Szarpnął mnie za włosy, unosząc do siadu. Rozpiął spodnie.
- Ssij, śmieciu.
Rozejrzałem się niepewnie. Z prawdopodobnie tu obecnych
innych pokojów dochodziły jęki i inne nieokreślone dźwięki, świadczące o tym,
gdzie się znajdowałem. Dziś to ja stałem się towarem. Zaatakowała mnie kolejna
fala bólu. Uklęknąłem przed nieznajomym.
- Mam ci wysłać polecony?!
- warknął, uderzając mnie w twarz. Och, tak. W pełni na to zasłużyłem. Niewiele
się zastanawiając, wziąłem jego przyrodzenie do ust. Im szybciej dostanę
"wypłatę" tym lepiej. Po fakcie otrzymałem swoje. Zrobiłem co trzeba i już miałem zrobić to po raz kolejny. Popatrzyłem na ostry czubek igły. Czy chciałem? To już nawet nie była chęć.
Musiałem, bo nie miałem żadnego innego wyjścia. Tak miało od teraz wyglądać
moje życie. Od jednej działki do następnej. Wiedziałem, że zaczyna być źle
odkąd zacząłem ważyć los w gramach.
Minął jakiś czas. Nie miałem pojęcia, czy kilka dni, a może
tygodni. W każdym razie uznali, że należy mi się odpoczynek, bo nie byłbym w
stanie dalej "pracować". Przyszła do mnie starsza kobieta. Zdjęła z
wózka butelkę wody i talerz z jakimś jedzeniem. Otumaniony bólem ogarniającym
moje gwałcone przez ostatnie kilka godzin ciało nie byłem w stanie nawet
podnieść ręki, by po to wszystko sięgnąć.
- Pomoże mi pani...? - zapytałem
cicho.
- Nie rozmawiam z wami. Żryj,
albo dostanie to ktoś inny.
Podniosłem się powoli i sięgnąłem po talerz, który zabrała
mi dosłownie sprzed nosa. Popatrzyłem na kobietę z niemym pytaniem o powód jej
zachowania.
- Nie to nie. Tu nikt cię nie
pyta o zdanie.
Opuściła pokój razem z tym skrzypiącym wózkiem. Woda...
Przynajmniej tyle mi zostało. Opróżniłem za jednym razem połowę butelki.
Zamknąłem powieki delektując się zaspokojonym pragnieniem, ciszą i bezlitośnie upajającą
świadomością istnienia. Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy nad ranem zdarzyło mi
się krzyknąć z bólu, byli w stanie robić wszystko, bym krzyczał jeszcze
głośniej. Byłem przekonany, że nie należę już do rodzaju ludzkiego, ale w takim
razie - czym byliby ci ludzie? Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł
mężczyzna z małym chłopcem na... smyczy. Dziecko było tak samo chude i
wyczerpane jak ja w tamtej chwili. Rzuciłem chłopcu pełne żalu spojrzenie.
Zaczął płakać, krzyczeć, że chce wyjść. Mężczyzna bił go do momentu, w którym
nie pojawiła się krew. Gdybym tylko był w stanie się ruszyć...
- Zachowuj się.
Niegrzeczni chłopcy się nie bawią, pamiętasz?
- Tak, wujku.
Zamknąłem oczy, widząc jak chłopiec jest rozbierany i
całowany przez tego zboczeńca po ledwo jeszcze rozwiniętym, wychudzonym i drżącym ciele. Nagle
poczułem małe wargi chłopca obejmujące mnie niemal w całości. Spojrzałam w dół.
Płakał. Mężczyzna zsunął z siebie spodnie i wszedł w niego nagle i szybko. Z
moich ust wydarło się tylko ciche "Nie...".
- Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.
- Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.
Po około godzinie tych tortur klient rzucił mi na
łóżko pieniądze i wyszedł, nie zabierając ze sobą chłopca. Przerażony jego
stanem, postarałem sie wstać. Leżał bezwładnie na podłodze. Krwawił. Nie
wyglądał nawet na dziesięć lat. Wciągnąłem małego na łóżko i owinąłem go
skrawkiem kołdry. Nie wiedziałem, czy przeżyje. Przyjął na siebie tyle samo
ciosów tego fetyszysty co ja. Tyle, że byłem o dwadzieścia lat starszy.
- Pomocy! - krzyknąłem w miarę
możliwości, co okazało się czymś w rodzaju ochrypniętego szeptu. W moich oczach
stały łzy. Adrenalina zyskała poziom maksimum, gdy usłyszałem kroki. Drzwi
otworzyły się.
- Płaczesz nad owocem
niewierności? - zdziwił się jeden z właścicieli tego domu tortur.
- Nie zasłużył... - poczułem jak
łzy spływają mi z podbródka. Przytuliłem zmarznięte dziecko do siebie, kiedy
mężczyzna usiadł obok mnie. Starł mi łzy z twarzy i pocałował mnie, a raczej
zaczął dosłownie żuć moje usta, gładząc mnie przy tym po udzie. Prawie na niego
zwymiotowałem. Drzwi były otwarte. Teraz, albo nigdy. Wybiegłem z pokoju,
trzymając chłopca w ramionach i ciasno owijając nas oboje prześcieradłem.
Zbiegłem chwiejnie po schodach. Widziałem już blady blask latarni docierający
do pomieszczenia zza drzwi.
Biegłem najszybciej jak mogłem. Jednak kilka metrów przed
wyjściem ktoś podciął mi nogi i kopnął w plecy. Jedyne, co starałem się robić
to chronić chłopca, mimo że sam byłem już u kresu wytrzymałości. Nie mogłem się
podnieść, nieważne jak bardzo bym chciał. Nagle ta sama osoba, która powaliła
mnie na ziemię uniosła mnie do pozycji stojącej. Przez mgłę widziałem salę
zapełnioną elegancko ubranymi ludźmi. Niektórzy wyrażali przerażenie, niektórzy
wychodzili, a inni po prostu stali i się uśmiechali.
- Co z tym zrobić? - jeden z
naszych oprawców zapytał barmana. Ten gestem pokazał drzwi. Niewiele później
zostaliśmy za nie wyrzuceni. Przemieszczałem się na czworakach, by znaleźć się
jak najdalej od tego miejsca. Musiałem zniknąć im wszystkim z pola widzenia.
Byłe dalej. Czy to wciąż była Japonia? Czy naprawdę w tym kraju było możliwe
to, co właśnie się stało?
Kiedy miałem obok siebie ścianę jakiegoś budynku,
wstałem i zacząłem opierać się o nią, podążając dalej przed siebie.
Usiadłem pod murem, zaraz przewracając się na bok. Nie było tu o tej porze
wiele ludzi. Popatrzyłem na chłopca. Obaj potrzebowaliśmy pomocy. Otworzył
oczy.
- Wszystko... Będzie dobrze.
Uciekliśmy...
Jęknął cicho, usiłując coś powiedzieć. Za chwilę
usłyszałem gdzieś za rogiem kroki.
- Płacimy gliniarzom. Prędzej
czepią się ciebie niż nas. I gówno się będę tym przejmował, że jesteś moim
bratem.
Rozpoznałem ten głos. Ten sam człowiek wsadzał mnie do
samochodu.
- Ostrzegam cię, że jeżeli coś mu
zrobiłeś...
- To co, zapiszczysz mi do ucha?
Nie twoja sprawa. Nie twoje dziwki.
- Zrozum, że możecie mieć poważne
problemy. Wiem, że go zabraliście.
Z pierwszą chwilą głos drugiego mężczyzny wydał mi się
znajomy.
"- Dobrze ci poszło,
Zin."
Za drugą jego wypowiedzią nie miałem już wątpliwości, że to
on. Wielki i cudowny Kamijo.
- Jakie niby? Zmywaj się stąd,
dobrze ci radzę. Inaczej nikt nie dowie się co się z tobą stało.
Zbliżyłem się do rogu budynku i wyjrzałem zza
niego powoli. Wokalista był przyparty do muru, zaraz w
miejscu, gdzie się on kończył. Kiedy tamten poszedł, złapałem go za nogawkę.
Podskoczył i zaraz spojrzał w dół.
- Boże... - schował się za
rogiem i uklęknął przy mnie i chłopcu.
- Weź nas stąd... Proszę. -
złapałem go za rękę.
- Jasne. Dojdziesz do
samochodu?
- Jakoś... Ale nie dam rady z
nim.
- Czekaj tu. Podjadę.
Pobiegł po samochód. Po chwili zatrzymał się na ulicy zaraz
przede mną. Pomógł mi się podnieść i wejść do środka. Chłopca wziął na ręce i
położył go obok mnie.
- Hizaki chyba cię nie spuści
więcej z oka - odwrócił się.
- Możliwe.
- Dobra, jedziemy do
szpitala.
Dotknąłem czoła chłopca. Był rozpalony.
- Pośpiesz się... -
powiedziałem. Ja też nie czułem się najlepiej, ale adrenalina wciąż działała.
Bolało mnie całe ciało, nie hasłem nic od długiego czasu i odczuwałem okrutną
potrzebę wstrzyknięcia sobie morfiny. Kiedy jednak Kamijo wspomniał o jedynej
osobie, którą kochałem, zacząłem znów się zastanawiać nad wycofaniem się z tego. Nad
rozmową z nim, odwykiem, powrotem do normalnego życia.
Zdałem sobie sprawę, że od niektórych rzeczy nie ma odwrotu.
A może byłem po prostu parszywym tchórzem?
- Halo? Co się stało, że
dzwonisz o tej porze? - Kamijo włączył telefon na głośnomówiący. Słysząc głos
ukochanego prawie zachłysnąłem się powietrzem, a po twarzy popłynęły mi
łzy.
- Mam go. - odparł de facto mój
wybawca. Szturchnął moje kolano, żebym się odezwał.
- Co? Zina? Naprawdę!?
- Tak. - odpowiedziałem.
- Boże, skarbie... Gdzie mam
jechać?
- Szlag, nie orientuję się w
adresach. - starszy sprawdził coś w telefonie, po czym podał Hizakiemu nazwę
szpitala.
- Zaraz będę. - odparł radośnie
gitarzysta. Słysząc ile radości mu sprawiło znalezienie mnie, uśmiechnąłem się
pod nosem.
- Uważaj na siebie po drodze. -
odezwałem się jeszcze.
- Oczywiście.
W szpitalu byliśmy pierwsi. Chłopca szybko przeniesiono w
odpowiednie miejsce, a mnie na prześwietlenie opuchniętych kończyn. Na szczęście nic więcej nie było trzeba. Kiedy opuściłem
salę na wózku, Hizaki przytulał Kamijo i powtarzał w kółko "dziękuję".
Zauważył, że wyszedłem. Zakrył sobie twarz dłońmi, widząc mój stan. Przejął
wózek od pielęgniarki. Ponoć wszystko było w porządku.
- A gdzie chłopiec?
Kobieta wytłumaczyła nam jak tam trafić. Zanim jednak
zdążyła skończyć, długowłosy przytulił mnie, klękając przy wózku. Kiedy
wycofała się do sali, pocałował mnie tęsknie.
- Co się z tobą działo? -
popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
- Porozmawiamy w domu, dobrze?
Chodźmy tam. - wskazałem mu gdzie prowadzić wózek. Moja noga nie była złamana,
ale nieźle stłuczona i opuchnięta. Chodzić nie pozwalało mi też rozdzierające
uczucie w żołądku. Jakbym miał tam setki igieł. Do tego bolała mnie głowa.
Zorientowałem się, gdzie był w tym momencie chłopiec. Z jego
sali wyszedł do nas lekarz.
- Co z nim?
- To pański syn?
- Nie. Zabrałem go z... Z ulicy.
- odpowiedziałem jakże naturalnie.
- Przykro mi, ale...
Otworzyłem szerzej oczy.
- Doszło do zakażenia organizmu.
Nie mogliśmy nic zrobić. Dodatkowo był bardzo osłabiony...
Załamałem się. Nie zasłużył! Był tylko niewinnym dzieckiem,
które niczym nikomu nie zawiniło. Świat był okrutny. Schowałem twarz w
dłoniach.
- Całego świata nie zbawisz. -
szepnął Hizaki, kiedy nieco się oddaliliśmy.
- Kiedy on nawet nie był jego
milionową częścią... - wtuliłem się w jasnowłosego. Dostałem leki na
uspokojenie. Och, jak bardzo byłem wdzięczny pielęgniarce. Pojechaliśmy do
domu. Pochówek miał załatwić szpital, jako że nie było w pobliżu żadnego
członka rodziny. Masaya pomógł mi się umyć, po czym zaniósł mnie do łóżka i poszedł po jedzenie. Gdy go nie było odszukałem w swojej szufladzie tabletki nasenne i połknąłem kilka sztuk. Odłożyłem je szybko na miejsce i usadowiłem się na łóżku.
- Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się, stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
- Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem.
- Rozumiem. Cieszę się, że jesteś. -
pocałował mnie w usta. Odwzajemniłem tę krótką czułostkę. Przytuliłem się do niego. Otulił mnie
pachnącą pościelą i wplótł palce w moje włosy, gładząc je delikatnie. Znów
poczułem się kochany. Wkrótce tabletki zaczęły działać.- Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się, stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
- Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz