piątek, 4 marca 2016

Szkarłatny Przystanek VI

Urocza melodyjko
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć

           Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Sam już nie wiedziałem czemu chciałem znów niszczyć sobie życie. Mogłem mieć wszystko. Nie byłem już grajkiem ulicznym mieszkającym w ruinie zastawionej kawałkiem metalu, udało mi się coś osiągnąć. Tyle, że bez Hizakiego byłbym nikim.
Jestem nikim.
Postanowiłem wrócić do domu. Może nawet nie zauważył, że mnie nie było? Może spędził noc u Kamijo? Miałem ochotę wziąć kolejną działkę, ale nie chciałem iść na łatwiznę. Wciąż ze sobą walczyłem. Nie chciałem znów wpaść w tę pułapkę. Wyszedłem z mieszkanka i powlokłem się do domu. Z jednej strony przepełniał mnie wstyd i niepewność, z drugiej zazdrość i infantylna wręcz potrzeba uwagi. Wsunąłem klucz do zamka i powoli go przekręciłem. Po cichu wszedłem do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Salon był w dokładnie takim stanie jak wtedy, gdy wychodziliśmy z domu. Zajrzałem do sypialni. Hizaki leżał na mojej połowie łóżka i spał, przytulając się do mojej poduszki. Nawet się nie przebrał. Usiadłem obok i odgarnąłem mu włosy z twarzy, głaszcząc go po policzku. Otworzył oczy, unosząc się lekko do góry. Popatrzył na mnie dosyć zaskoczony. Po chwili w jego spojrzeniu pojawiła się ulga. Podniósł się i przytulił mnie.
         - Gdzieś ty był…? – zapytał, gładząc mnie po plecach. W moim gardle pojawiło się to charakterystyczne dla wzrastającej chęci płaczu uczucie. Zacisnąłem drżące usta. Odsunął się ode mnie i popatrzył na moją twarz. – Przepraszam… Nie umiem się wytłumaczyć. Teru mi powiedział…
          - Powiedz prawdę. - wyjąkałem, patrząc mu w oczy, jednak po chwili odwróciłem wzrok.
           - Ja…
           - Zniosę wszystko, tylko nie kłam.
           - Nigdy cię nie okłamałem.
           - Przestań! Przynajmniej teraz tego nie rób! A wtedy kiedy mówiłeś, że kochasz tylko mnie? Kiedy przedarłeś wasze wspólne zdjęcie? – urwałem. Pogłaskał mnie po policzku.
        - Jestem strasznym idiotą. Wybacz mi, proszę…
         - Przymknij się. – wtuliłem się w niego. Czułem się źle chcąc mieć go tylko i wyłącznie dla siebie, choć sam nie wiedziałem dlaczego. To było już głupie. Przecież wszystko się wokół tego kręci, ja miałem być dla niego, on dla mnie, czyż nie?
         - Obiecuję, że nigdy więcej cię nie zawiodę.
Miałem ochotę powiedzieć mu, by nigdy nie używał słowa „nigdy”. Co do obietnic… Wiele ich już otrzymywałem. Sam siebie za to nienawidziłem, ale byłem typem człowieka, który mówi tylko niewielką część tego co myśli. Dlatego też zachowałem ciszę, schowany w jego ramionach. Nie dzielił nas nawet milimetr, a czułem się jakbym był dalej od niego niż kiedykolwiek.


      Przez kilka kolejnych tygodni zasmakowałem gorzkiej rutyny. Przed wyjściem na próbę standardowo brałem kilka silnych tabletek na uspokojenie, żeby niektórych rzeczy po prostu nie zauważać. A zwłaszcza tego jednego człowieka. Kiedy był gdzieś w pobliżu, po prostu znikałem gdzieś w miarę niepostrzeżenie. Gdy się pojawiał, odchodziłem w cień. Właściwie to odchodziłem w cień z każdym dniem. W ten sam cień, w którym znajdowała się moja przyjaciółka. Co do Kamijo...
Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Mnie Hizaki miał na co dzień. Doszło do tego, że przestaliśmy rozmawiać.
Opuściłem dom, kiedy jeszcze spał. Była piąta rano w niedzielę, więc miałem jakieś dziesięć godzin nim zdecyduje zwlec się z łóżka. Musiałem dokupić kilka gramów. Czułem, że bez żadnej odskoczni w końcu nie wytrzymam. Wykituję. A tak bardzo chciałem żyć. Problem w tym, że nie umiałem. Każdy z moich sposobów na życie próbowanych dotychczas okazywał się metodą na długą i bolesną śmierć. Dlaczego więc nie mogłem czegoś w końcu doprowadzić do skutku? Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. 
Wraz z chwilą, gdy wstrzyknięty gdzieś na jednym z tych pustych, obdrapanych przystanków w tej zapchlonej dzielnicy narkotyk zaczął działać, wszystkie problemy nagle przestały być ważne. Przymknąłem oczy i pogrążyłem się w rozmyślania, czy to już raj. 
Bzdura. 
Tacy jak ja nie zasługują na raj. Carpe diem, zapomnij.

***

        - Bierzemy? 
        - Żartujesz? Za działkę zrobi wszystko.

Poczułem jak ktoś mnie podnosi i wrzuca do samochodu. Chciałem się jakoś obronić, jednak z moich ust wydobywały się tylko niewyraźne, nic nieznaczące dźwięki. Bałem się, mało tego - byłem przerażony, ale nie mogłem uciec. Przeniesiono, a raczej przeciągnięto mnie do samochodu, gdzie nie mogąc wygrać z ciężarem powiek po prostu usnąłem. Ocknąłem się po jakimś czasie z ogromnym bólem głowy, by za chwilę zwymiotować obok łóżka. Czułem ból i odrętwienie w każdym skrawku mojego ciała. W wejściu zauważyłem mężczyznę z należącą przed kilkoma godzinami do mnie torebką białego proszku w dłoni. Popatrzyłem na niego błagalnie. 
         - Dostaniesz, jeśli zapracujesz. - uśmiechnął się. 
         - Proszę...
 Schował torebkę do kieszeni i zbliżył się do mnie. Szarpnął mnie za włosy, unosząc do siadu. Rozpiął spodnie. 
         - Ssij, śmieciu. 
Rozejrzałem się niepewnie. Z prawdopodobnie tu obecnych innych pokojów dochodziły jęki i inne nieokreślone dźwięki, świadczące o tym, gdzie się znajdowałem. Dziś to ja stałem się towarem. Zaatakowała mnie kolejna fala bólu. Uklęknąłem przed nieznajomym. 
         - Mam ci wysłać polecony?! - warknął, uderzając mnie w twarz. Och, tak. W pełni na to zasłużyłem. Niewiele się zastanawiając, wziąłem jego przyrodzenie do ust. Im szybciej dostanę "wypłatę" tym lepiej. Po fakcie otrzymałem swoje. Zrobiłem co trzeba i już miałem zrobić to po raz kolejny. Popatrzyłem na ostry czubek igły. Czy chciałem? To już nawet nie była chęć. Musiałem, bo nie miałem żadnego innego wyjścia. Tak miało od teraz wyglądać moje życie. Od jednej działki do następnej. Wiedziałem, że zaczyna być źle odkąd zacząłem ważyć los w gramach.

Minął jakiś czas. Nie miałem pojęcia, czy kilka dni, a może tygodni. W każdym razie uznali, że należy mi się odpoczynek, bo nie byłbym w stanie dalej "pracować". Przyszła do mnie starsza kobieta. Zdjęła z wózka butelkę wody i talerz z jakimś jedzeniem. Otumaniony bólem ogarniającym moje gwałcone przez ostatnie kilka godzin ciało nie byłem w stanie nawet podnieść ręki, by po to wszystko sięgnąć. 
       - Pomoże mi pani...? - zapytałem cicho. 
       - Nie rozmawiam z wami. Żryj, albo dostanie to ktoś inny. 
Podniosłem się powoli i sięgnąłem po talerz, który zabrała mi dosłownie sprzed nosa. Popatrzyłem na kobietę z niemym pytaniem o powód jej zachowania. 
       - Nie to nie. Tu nikt cię nie pyta o zdanie. 
Opuściła pokój razem z tym skrzypiącym wózkiem. Woda... Przynajmniej tyle mi zostało. Opróżniłem za jednym razem połowę butelki. Zamknąłem powieki delektując się zaspokojonym pragnieniem, ciszą i bezlitośnie upajającą świadomością istnienia. Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy nad ranem zdarzyło mi się krzyknąć z bólu, byli w stanie robić wszystko, bym krzyczał jeszcze głośniej. Byłem przekonany, że nie należę już do rodzaju ludzkiego, ale w takim razie - czym byliby ci ludzie? Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł mężczyzna z małym chłopcem na... smyczy. Dziecko było tak samo chude i wyczerpane jak ja w tamtej chwili. Rzuciłem chłopcu pełne żalu spojrzenie. Zaczął płakać, krzyczeć, że chce wyjść. Mężczyzna bił go do momentu, w którym nie pojawiła się krew. Gdybym tylko był w stanie się ruszyć...
         - Zachowuj się. Niegrzeczni chłopcy się nie bawią, pamiętasz? 
         - Tak, wujku. 
Zamknąłem oczy, widząc jak chłopiec jest rozbierany i całowany przez tego zboczeńca po ledwo jeszcze rozwiniętym, wychudzonym i drżącym ciele. Nagle poczułem małe wargi chłopca obejmujące mnie niemal w całości. Spojrzałam w dół. Płakał. Mężczyzna zsunął z siebie spodnie i wszedł w niego nagle i szybko. Z moich ust wydarło się tylko ciche "Nie...".
        - Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.

Po około godzinie tych tortur klient rzucił mi na łóżko pieniądze i wyszedł, nie zabierając ze sobą chłopca. Przerażony jego stanem, postarałem sie wstać. Leżał bezwładnie na podłodze. Krwawił. Nie wyglądał nawet na dziesięć lat. Wciągnąłem małego na łóżko i owinąłem go skrawkiem kołdry. Nie wiedziałem, czy przeżyje. Przyjął na siebie tyle samo ciosów tego fetyszysty co ja. Tyle, że byłem o dwadzieścia lat starszy. 
        - Pomocy! - krzyknąłem w miarę możliwości, co okazało się czymś w rodzaju ochrypniętego szeptu. W moich oczach stały łzy. Adrenalina zyskała poziom maksimum, gdy usłyszałem kroki. Drzwi otworzyły się. 
        - Płaczesz nad owocem niewierności? - zdziwił się jeden z właścicieli tego domu tortur. 
        - Nie zasłużył... - poczułem jak łzy spływają mi z podbródka. Przytuliłem zmarznięte dziecko do siebie, kiedy mężczyzna usiadł obok mnie. Starł mi łzy z twarzy i pocałował mnie, a raczej zaczął dosłownie żuć moje usta, gładząc mnie przy tym po udzie. Prawie na niego zwymiotowałem. Drzwi były otwarte. Teraz, albo nigdy. Wybiegłem z pokoju, trzymając chłopca w ramionach i ciasno owijając nas oboje prześcieradłem. Zbiegłem chwiejnie po schodach. Widziałem już blady blask latarni docierający do pomieszczenia zza drzwi. 
Biegłem najszybciej jak mogłem. Jednak kilka metrów przed wyjściem ktoś podciął mi nogi i kopnął w plecy. Jedyne, co starałem się robić to chronić chłopca, mimo że sam byłem już u kresu wytrzymałości. Nie mogłem się podnieść, nieważne jak bardzo bym chciał. Nagle ta sama osoba, która powaliła mnie na ziemię uniosła mnie do pozycji stojącej. Przez mgłę widziałem salę zapełnioną elegancko ubranymi ludźmi. Niektórzy wyrażali przerażenie, niektórzy wychodzili, a inni po prostu stali i się uśmiechali. 
        - Co z tym zrobić? - jeden z naszych oprawców zapytał barmana. Ten gestem pokazał drzwi. Niewiele później zostaliśmy za nie wyrzuceni. Przemieszczałem się na czworakach, by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Musiałem zniknąć im wszystkim z pola widzenia. Byłe dalej. Czy to wciąż była Japonia? Czy naprawdę w tym kraju było możliwe to, co właśnie się stało? 
Kiedy miałem obok siebie ścianę jakiegoś budynku,  wstałem i zacząłem opierać się o nią, podążając dalej przed siebie. Usiadłem pod murem, zaraz przewracając się na bok. Nie było tu o tej porze wiele ludzi. Popatrzyłem na chłopca. Obaj potrzebowaliśmy pomocy. Otworzył oczy.
       - Wszystko... Będzie dobrze. Uciekliśmy...
Jęknął cicho, usiłując coś powiedzieć. Za chwilę usłyszałem gdzieś za rogiem kroki. 
       - Płacimy gliniarzom. Prędzej czepią się ciebie niż nas. I gówno się będę tym przejmował, że jesteś moim bratem. 
Rozpoznałem ten głos. Ten sam człowiek wsadzał mnie do samochodu. 
       - Ostrzegam cię, że jeżeli coś mu zrobiłeś...
       - To co, zapiszczysz mi do ucha? Nie twoja sprawa. Nie twoje dziwki. 
       - Zrozum, że możecie mieć poważne problemy. Wiem, że go zabraliście. 
Z pierwszą chwilą głos drugiego mężczyzny wydał mi się znajomy. 
       "- Dobrze ci poszło, Zin."
Za drugą jego wypowiedzią nie miałem już wątpliwości, że to on. Wielki i cudowny Kamijo. 
       - Jakie niby? Zmywaj się stąd, dobrze ci radzę. Inaczej nikt nie dowie się co się z tobą stało. 
Zbliżyłem się do rogu budynku i wyjrzałem zza
niego powoli. Wokalista był przyparty do muru, zaraz w miejscu, gdzie się on kończył. Kiedy tamten poszedł, złapałem go za nogawkę. Podskoczył i zaraz spojrzał w dół. 
        - Boże... - schował się za rogiem i uklęknął przy mnie i chłopcu.
        - Weź nas stąd... Proszę. - złapałem go za rękę. 
        - Jasne. Dojdziesz do samochodu? 
        - Jakoś... Ale nie dam rady z nim. 
        - Czekaj tu. Podjadę. 
Pobiegł po samochód. Po chwili zatrzymał się na ulicy zaraz przede mną. Pomógł mi się podnieść i wejść do środka. Chłopca wziął na ręce i położył go obok mnie. 
        - Hizaki chyba cię nie spuści więcej z oka - odwrócił się. 
        - Możliwe.
        - Dobra, jedziemy do szpitala. 
Dotknąłem czoła chłopca. Był rozpalony.
        - Pośpiesz się... - powiedziałem. Ja też nie czułem się najlepiej, ale adrenalina wciąż działała. Bolało mnie całe ciało, nie hasłem nic od długiego czasu i odczuwałem okrutną potrzebę wstrzyknięcia sobie morfiny. Kiedy jednak Kamijo wspomniał o jedynej osobie, którą kochałem, zacząłem znów się zastanawiać nad wycofaniem się z tego. Nad rozmową z nim, odwykiem, powrotem do normalnego życia. 

Zdałem sobie sprawę, że od niektórych rzeczy nie ma odwrotu. A może byłem po prostu parszywym tchórzem?

        - Halo? Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - Kamijo włączył telefon na głośnomówiący. Słysząc głos ukochanego prawie zachłysnąłem się powietrzem, a po twarzy popłynęły mi łzy. 
        - Mam go. - odparł de facto mój wybawca. Szturchnął moje kolano, żebym się odezwał. 
        - Co? Zina? Naprawdę!? 
        - Tak. - odpowiedziałem. 
        - Boże, skarbie... Gdzie mam jechać? 
        - Szlag, nie orientuję się w adresach. - starszy sprawdził coś w telefonie, po czym podał Hizakiemu nazwę szpitala. 
        - Zaraz będę. - odparł radośnie gitarzysta. Słysząc ile radości mu sprawiło znalezienie mnie, uśmiechnąłem się pod nosem. 
        - Uważaj na siebie po drodze. - odezwałem się jeszcze.
        - Oczywiście. 

W szpitalu byliśmy pierwsi. Chłopca szybko przeniesiono w odpowiednie miejsce, a mnie na prześwietlenie opuchniętych kończyn. Na szczęście nic więcej nie było trzeba. Kiedy opuściłem salę na wózku, Hizaki przytulał Kamijo i powtarzał w kółko "dziękuję". Zauważył, że wyszedłem. Zakrył sobie twarz dłońmi, widząc mój stan. Przejął wózek od pielęgniarki. Ponoć wszystko było w porządku.
       - A gdzie chłopiec? 
Kobieta wytłumaczyła nam jak tam trafić. Zanim jednak zdążyła skończyć, długowłosy przytulił mnie, klękając przy wózku. Kiedy wycofała się do sali, pocałował mnie tęsknie. 
       - Co się z tobą działo? - popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
       - Porozmawiamy w domu, dobrze? Chodźmy tam. - wskazałem mu gdzie prowadzić wózek. Moja noga nie była złamana, ale nieźle stłuczona i opuchnięta. Chodzić nie pozwalało mi też rozdzierające uczucie w żołądku. Jakbym miał tam setki igieł. Do tego bolała mnie głowa. 
Zorientowałem się, gdzie był w tym momencie chłopiec. Z jego sali wyszedł do nas lekarz. 
       - Co z nim? 
       - To pański syn? 
       - Nie. Zabrałem go z... Z ulicy. - odpowiedziałem jakże naturalnie.
       - Przykro mi, ale...
Otworzyłem szerzej oczy. 
       - Doszło do zakażenia organizmu. Nie mogliśmy nic zrobić. Dodatkowo był bardzo osłabiony...
Załamałem się. Nie zasłużył! Był tylko niewinnym dzieckiem, które niczym nikomu nie zawiniło. Świat był okrutny. Schowałem twarz w dłoniach. 
       - Całego świata nie zbawisz. - szepnął Hizaki, kiedy nieco się oddaliliśmy. 
       - Kiedy on nawet nie był jego milionową częścią... - wtuliłem się w jasnowłosego. Dostałem leki na uspokojenie. Och, jak bardzo byłem wdzięczny pielęgniarce. Pojechaliśmy do domu. Pochówek miał załatwić szpital, jako że nie było w pobliżu żadnego członka rodziny. Masaya pomógł mi się umyć, po czym zaniósł mnie do łóżka i poszedł po jedzenie. Gdy go nie było odszukałem w swojej szufladzie tabletki nasenne i połknąłem kilka sztuk. Odłożyłem je szybko na miejsce i usadowiłem się na łóżku.
       - Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się,  stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
        - Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem. 
           - Rozumiem. Cieszę się, że jesteś. - pocałował mnie w usta. Odwzajemniłem tę krótką czułostkę. Przytuliłem się do niego. Otulił mnie pachnącą pościelą i wplótł palce w moje włosy, gładząc je delikatnie. Znów poczułem się kochany. Wkrótce tabletki zaczęły działać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz