niedziela, 28 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek V

-  Zin -

„- Kocham cię.
  - Yuuji… Ja ciebie  też.”

Nie spałem, jak miałem w zamiarze. Trzy kawy zabrane długowłosemu skutecznie mnie obudziły i jak się później okazało – na własne nieszczęście. Nie chciałem tego słyszeć. Wokalista przewijał się przez nasze życie dosyć często. Czasem pił z nami po koncertach, czasem odwiedzał nasz dom, od czasu do czasu wychodzili gdzieś razem z Hizakim. Rozumiałem to i nie mogłem przecież mu w tym przeszkadzać. W końcu byli przyjaciółmi długo przed tym, zanim się poznaliśmy. Ja nie miałem nikogo, prócz zespołu. Chociaż nawet kiedy Kamijo zabierał gdzieś gitarzystę, a mnie chłopaki zapraszali do baru, zwykłem odmawiać. Mimo upływu czasu nie potrafiłem im zaufać. Cały czas starali się ode mnie wyciągnąć informacje skąd jestem, jak zaczynałem, a ja nie umiałem kłamać. Nie umiałem mówić wybiórczych faktów z mojego życia bez strachu, że powiem za dużo.
Wiedziałem, że dłużej nie wytrzymam.
Tak bardzo się dla niego starałem normalnie żyć, bez tego gówna.
Wyjąłem z szafki niewielki słoiczek i przełknąłem kilka tabletek. Cudem przeszły mi przez gardło.
     Zaraz wszystko będzie dobrze, czyż nie?
     Nie?
     To niezdecydowanie. Zabawne, prawda? 
Tonąłem we własnej słabości. Zalewała moje organy utrudniając złapanie oddechu.

      Czyżbyś już utonął?
Żałosne.

Nikt nie lubi książek, które są parszywą kontynuacją zamkniętej serii.

Masaya… On był za dobry. Chciał przecież pomóc. Skłamał, by podnieść mnie na duchu. Kłamał z dobrego serca. A ja nie umiałem tego znieść.
Kolejna tabletka znalazła się w moim przełyku.

        - Skarbie, jesteś tam?

Odkręciłem wodę, by nie budzić podejrzeń. Posiedziałem w łazience jeszcze przez chwilę, by uświadomić sobie, jak bardzo żałowałem otwarcia na nowo tego rozdziału. Wtedy zaczęło się tak samo. A później nie miałem już gdzie wracać.

        Przez resztę dnia dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Byłem zdezorientowany. Czy prócz talentu muzycznego miał także talent aktorski? A może przesadzałem?

***


       Wcześnie rano poczułem jak coś liże mnie po stopie. Podskoczyłem nieco wystraszony. Na łóżku stał wyraźnie zadowolony z siebie Shiro. Westchnąłem ciężko. Przyszedł pies, przyszły i obowiązki. Przytulony do mnie Hizaki przebudził się i spojrzał na mnie.
        - Co się dzieje?
Shiro szczeknął. Uniosłem głowę. Westchnąłem ciężko i już chciałem się podnosić, kiedy na wpół obudzony Hizaki przytrzymał mnie przy sobie i przekręcił się na bok, chowając twarz między poduszką, a moją szyją.
       - Chwilaaaaaaa… - wymruczał.
       - Jak ci się zleje na łóżko to pożałujesz tej chwili. – odparłem.
       - Pójdę z nim. A ty lepiej poleż, wiem co mówię. – odsunął się ode mnie i pocałował mnie, uśmiechając się. Załapałem o co chodzi.  Podniósł się niechętnie z łóżka i ubrał się, co utrudniał mu ciągnący go za nogawkę w stronę wyjścia Shiro. Przypatrywałem się całej tej scence z rozbawieniem. W końcu udało mu się zapiąć psu smycz i opuścić mieszkanie.
Z każdą chwilą dochodziłem do wniosku, że jest naprawdę kochany. Chciałem jego dotyku, którego mi nie szczędził, chciałem, by już zawsze był obok. Na najważniejszym miejscu. Jednocześnie miałem wrażenie, że jakiś fragment jego osoby jest dla mnie nieosiągalny. Duża część wciąż przypisana była starszemu wokaliście, którego wolałem unikać. Gdy wrócił do domu, oczywiście rozmawiał z nim przez telefon. Wyjąłem ze słoiczka dwie tabletki. Spokojnie, myślałem. Sprawa się uspokoi, odstawię to, porozmawiam z nim…
Połknąłem je szybko. Na myśl o takiej rozmowie zrobiło mi się słabo. Podniosłem się do siadu i od razu odczułem lekki ból w tylnych partiach ciała. Długowłosy zajrzał do pokoju.
        - Wstałeś już? Jak tam?
        - Nie jest źle. – odparłem.
        - Idę robić śniadanie. Jakieś życzenia?
        - Zrób sobie dzisiaj więcej kaw. – uśmiechnąłem się. Wywrócił ze śmiechem oczami i poszedł do kuchni. Ubrałem się i doprowadziłem do porządku, by zaraz do niego dołączyć. Rozmawiał przez telefon.  Usiadłem i czekałem na niego, głaszcząc Shiro po łebku.
         - Tak, przyjadę. Nie zapomniałem o urodzinach taty, oczywiście, że nie. Po prostu nie miałem kiedy zadzwonić. Sobota, tak? – słuchałem tego co mówił, głaszcząc starego, merdającego ogonem przyjaciela. W końcu blondyn usiadł obok mnie.
          - Ta kobieta mnie wykończy.
          - Bądź jej za to wdzięczny. – odparłem.
          - Wiem, rodziców ma się jednych. Niedługo cię im przedstawię.
          - Ja niestety nie będę w stanie. – westchnąłem. Posiadanie obydwojga rodziców chyba na zawsze pozostanie kwestią dziecięcych, niespełnionych marzeń. Shiro zeskoczył na podłogę. Zjedliśmy śniadanie w ciszy. Masaya chyba był nieco skrępowany tym co powiedziałem. Jakby chciał zapytać, ale się bał. Usiadłem na kanapie, a on poszedł za mną.
           - Widzę, że wciąż niewiele o tobie wiem…
           - Nie lubię mówić o przeszłości. – oparłem się o jego ramię.
           - Rozumiem.
           - Tyle, że chyba tego potrzebuję.
           - Powiedz mi tyle ile chcesz. Wysłucham. – pocałował mnie w czoło. Znów poczułem się kochany.
           - Jestem nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. – zawahałem się. -  Moja matka była prostytutką, a ojciec jednym z jej klientów. Nie mam rodziców, a bardzo bym chciał. To fajne, kiedy ktoś o ciebie dba bez względu na wszystko, prawda? – uniosłem wzrok. Nie bałem się tego jak zareaguje. Był jedyną osobą, której byłem pewny. W końcu wiedział, skąd jestem. Łatwo się domyślić mojego losu. – Potem udało mi się wyrwać, skończyć szkołę… Ale…
No dobrze. Tego już mu nie powiedziałem. – Czar prysł. Dalej wiesz jak było. – westchnąłem. Złapał mnie za rękę.
         - Wiem. I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby to się nie powtórzyło. – powiedział. Przytuliłem się do niego. Właśnie to poczucie bezpieczeństwa było najpiękniejsze.
         - Zaraz próba. – powiedział po chwili. – Musimy się zbierać.
         - Moment. – odparłem i poszedłem do łazienki.
 Zacząłem robić sobie wyrzuty - jak mogłem pomyśleć, że Hizaki mnie oszukiwał. Czułem, że to nie może być prawda… A przynajmniej starałem się głęboko w to uwierzyć. Wysypałem całą zawartość słoiczka do ścieków. Nie mogłem znów zniszczyć sobie życia. Nie w momencie, kiedy komuś na tym życiu zależało.
          - Piękny, spóźnimy się. – usłyszałem zza drzwi. Ochlapałem twarz zimną wodą i wyszliśmy z domu. Wpadliśmy do salki o kilka minut za późno. Masashi czyścił bas, a Yuki kombinował coś przy bębnach.
          - Witamy zakochanych. – uśmiechnął się czarnowłosy. Na początku się go bałem, ale był zbyt ciapowaty, by zabić nawet pająka.
          - My również. – odparłem. Yuki zmierzył Masashiego spojrzeniem.
           - Jakby nie było nic innego… Ujdzie w tłoku. – skwitował go, po czym wrócił do wcześniejszego zajęcia. Masashi, teraz już z wytrzeszczem oczu, odłożył ściereczkę i zabrał się za podłączanie instrumentu. Usiadłem obok niego, obserwując jak każdy się czymś zajmuje. Przejrzałem nowe teksty.
            - Gdzie Teru?
            - Tu! – nasze głowy skierowały się w stronę wejścia. Białowłosy wpadł do sali zdyszany.
            - No to mamy po piwie, Teru-chan. – wyszczerzył się Hizaki.
            - Znowu… Puścicie mnie z torbami.
            - Po prostu przestań się spóźniać!
            - Łatwo powiedzieć.
Rozłożenie sprzętu białowłosemu zawsze zajmowało stosunkowo mało czasu. Był zawsze perfekcyjnie zorganizowany. Nie licząc oczywiście czasu, ale nikt nie jest idealny. Czasem miałem jednak wrażenie, że nie ma rzeczy, o której by nie pamiętał. Przez niemal trzy godziny wałkowaliśmy bez przerwy dwa kawałki. Za każdym razem komuś coś nie pasowało. W końcu jednak się udało. Wszyscy opadliśmy z sił. To było męczące psychicznie, jak i zarówno fizycznie. Napiłem się wody, kiedy w sali nagle zmaterializował się Kamijo.
            - Proszę, proszę, Jupiter kombinuje coś nowego. – uśmiechnął się. Rzucił mi przelotne spojrzenie. Swoją osobą stwarzał przerażającą aurę. Nie podobało mi się to, więc po prostu zszedłem mu z drogi. Lepiej było się w to nie mieszać. Zacząłem zbierać i układać w jakiś logiczny sposób zawartość teczki z tekstami drukowanymi, jak i pisanymi przez Hizakiego. Doszedłem do wniosku, że jego pismo to prawie nowy język. A ja jako jeden z niewielu nauczyłem się go odczytywać. Z powodzeniem mógłby zostać lekarzem.
            - Dobrze ci poszło, Zin. – głos Kamijo wyrwał mnie z zamyślenia.
            - Dziękuję. – odparłem, spoglądając na niego przez ułamek sekundy i powróciłem do wcześniej wykonywanej czynności.
            - Nie strasz go nam. – Teru kopnął wokalistę w kostkę i podszedł do mnie, by mnie przytulić. Popatrzyłem na niego z rozbawieniem. – A ty się go nie bój. Jeszcze nikogo nie zjadł.
             - Jeszcze. – mruknąłem. Kamijo zaśmiał się pod nosem.
Wkrótce Masashi i Yuki poszli do domów. Długowłosy zajęty był rozplątywaniem kabli i rozmową z Kamijo, a ja zagadałem się z młodszym gitarzystą. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że dobrze by było napić się kawy. Ogarnęliśmy więc względnie bałagan, jaki po sobie zostawiliśmy i poszliśmy do kawiarni. Zajęliśmy miejsce przy oknie.
           - Zin… Mogę zadać ci pytanie? – zapytał białowłosy niepewnie.
           - Zależy. – zaśmiałem się. – Słucham cię.
           - Bo… Skąd Hizaki cię wziął? Masashiemu ponoć nie chciałeś odpowiedzieć, więc przepraszam jeżeli nie chcesz o tym mówić i...
           - Spokojnie. – uciszyłem go. – Nie przepraszaj. Właściwie to poznaliśmy się na ulicy. – uśmiechnąłem się lekko. – Jakoś tak się zeszliśmy. I jeszcze okazało się, że umiem śpie… - zamarłem. Prostopadłe ułożenie skrzydeł budynku powodowało, że z kawiarni mogłem dostrzec wszystko, co działo się w naszej sali prób.
Obejmujący się i całujący Kamijo z Hizakim.
Widocznie zrobiliśmy im wielką przysługę, zostawiając ich samych. Teru powędrował wzrokiem w tamto miejsce. Także oniemiał.
Moje serce rozpadło się na tysiące małych, ostrych i cholernie kłujących kawałeczków.
           - Zin… Nie patrz na to… - Teru odwrócił mnie od okna i przyciągnął do siebie. Jego głos odbijał się echem w tej pustce, jaka we mnie panowała. Pustce, niegdyś wypełnionej jakimikolwiek uczuciami. Nagle wszystko prysło. Jak mogłem być tak głupi? Wierzyć, że kogoś takiego jak ja można szczerze pokochać?
Kamijo – mężczyzna z klasą, talentem, charakterem.
A w jego cieniu ja. Chłopak z metra, śpiewający wiecznie ten sam repertuar, niekiedy z podbitym okiem.
Nie oszukujmy się. To było częścią mojej tożsamości. Kamijo był pod tym względem czysty.
         - Zrób mu awanturę. Ma zrozumieć, że musi się zdecydować. Nie oszczędzaj go. – mówił do mnie Teru. Nie za bardzo mnie to obchodziło. Odsunąłem się od niego i wstałem.
          - Pójdę już. Dzięki. – mruknąłem.
Oddaliłem się w stronę drzwi. Wyszedłem z budynku i skierowałem się prosto do starego domu. Potrzebowałem tego wszystkiego jak nigdy dotąd. Musiałem się jakoś oderwać.
           
 ***

              - Dobrze cię widzieć, stary. – znajomy uściskał mnie. – Ledwo cię poznałem.
              - Trochę się pozmieniało.
              - Trzy działki?
              - Cztery. – odpowiedziałem po chwili namysłu.

Poszedłem do apteki po igły i strzykawki. Nie minęło piętnaście minut, aż trafiłem do swojego starego „mieszkanka”. Nic się nie zmieniło. Nikt nawet tu nie zajrzał.
Przygotowałem sobie optymalną dawkę, by po chwili móc przyglądać się, jak ostry jak brzytwa czubek igły zatapia się w tkankach mojego ciała. Trafiłem w żyłę bez większych problemów. Wstrzyknąłem zawartość strzykawki i wyciągnąłem ją, odkładając na kawałek folii. Rzuciłem się na brudny tapczan i zalałem łzami.
Po chwili nie wiedziałem już dlaczego płaczę. Było tak błogo. Tak dobrze. Tęskniłem.

Witaj, przyjaciółko.
Ukołysz mnie do snu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz