czwartek, 25 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek IV

Pół roku później...

       Otworzyłem oczy. Leżał przede mną. Farbowane na blond włosy okalały jego twarz, wciąż wywijając się na wszystkie strony, po wczorajszych wojażach stylisty z lokówką. Wciąż spał. Nic dziwnego, że był zmęczony. Dał z siebie dwa razy tyle energii co normalnie. Zrobiłem sobie kawy i patrzyłem przez okno na szczyty wieżowców. Dobrze by było gdzieś wyjechać. Usunąć się stąd, zatrzymać życie. Trasa dobiegła końca. Kochałem to, co robiłem, ale miałem już lekki przesyt. Każdy miał jakieś oczekiwania. Miałem być taki, a nie inny. Miałem robić tak, a nie inaczej. Mimo że nie za bardzo się tym przejmowałem, to takie rzeczy potrafią nieźle zdemotywować. Cóż, nie zawsze można uciec. Z niektórymi rzeczami trzeba po prostu żyć. Poczułem dotyk zimnych dłoni na swoich barkach.
        - Zostawiłeś mnie. – mruknął ich właściciel z wyrzutem. Usiadł za mną na kanapie i przytulił się do moich pleców.
        - Spałeś. Nie chciałem cię budzić. – odparłem, upijając łyk kawy.
        - A ty nigdy nie możesz pospać dłużej?
        - A ty budzić się wcześniej? – uśmiechnąłem się kącikiem ust.
        - Wygrałeś. – zaśmiał się. – Długo tak siedzisz?
        - Chwilę.
        - Zimno tu.
        - To się ubierz.
        - Według romansideł, powinieneś mnie teraz przykryć, przytulić, po czym zapytać czy już lepiej, ale wiem, że tego nie zrobisz. – stwierdził.
        - Nie? – uniosłem brew.
        - Nie lubisz romansideł.
        - Ale ciebie już tak. – zaśmiałem się. Odstawiłem kawę i odwróciłem się do niego przodem. Sięgnąłem po koc, owijając nim nas obydwoje, przytuliłem Zina i uśmiechnąłem się do niego z przekorą. – Znowu wygrałem.
        - Chciałbyś. – odwzajemnił uśmiech i wtulił się we mnie. Zamknął zaspane oczy. Sięgnąłem po kawę, na której zaraz pojawiła się też nienależąca do mnie ręka.
        - Czego tu? – zapytałem ze śmiechem.
        - Łyczka. – odparł, po czym przejął kubek. „Łyczek” stał się całym kubkiem. Pokręciłem głową i poszedłem zrobić sobie kolejną porcję.
        - Chcesz jeszcze?
        - Nie.
Tak jak mogłem się spodziewać. Kolejne dwie porcje czekał identyczny los.
          - Co ja poradzę, że robisz taką dobrą kawę? – popatrzył na mnie z niewinnym uśmiechem, odstawiając kubek.
          - Och, dziękuję. – wywróciłem oczami. – Masz coś przeciwko, żebym zaprosił tu dzisiaj Kamijo?
           - Absolutnie nic. Zaraz idę spać. Obudź mnie jak będzie coś do jedzenia. – zaśmiał się. Pocałował mnie w policzek i poszedł do sypialni. Odprowadziłem go wzrokiem. Szedł jakby poprzedniego dnia wypił co najmniej butelkę nieźle kopiącego trunku. Cóż, zmęczenie.
         Gdzieś w południe rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem je z uśmiechem, ściskając po przyjacielsku mężczyznę, którego kiedyś skłonny byłem darzyć uczuciem.
          - Jesteś sam? – zapytał, rozglądając się.
          - Nie. – odpowiedziałem. – Śpi.
          - Uhm… - mruknął. Wszedł do środka i usiadł na kanapie. Zlustrowałem go wzrokiem. Był zdenerwowany, coś go dręczyło. Nigdy nie umiał ukrywać uczuć. Trudno było nie zauważyć, że czuł się gorzej niż zwykle. Normalnie wszedłby do mieszkania i opowiadałby mi wszystko i o wszystkim. Nie zamknąłby się nawet na chwilę. Wyjąłem z lodówki wino i postawiłem obok kieliszków na stole i usiadłem obok blondyna.
          - Co jest? – zapytałem, napełniając kieliszki.
          - Nic. Widziałem wczoraj wasz koncert.
          - Tak? Czemu do nas nie przyszedłeś?! – zapytałem, patrząc na niego z wyrzutem.
          - Masz swoje życie, nie chciałem przeszkadzać. – odparł. Odczułem w jego głosie coś w rodzaju bolesnej pretensji. Czyżby nadal żył przeszłością? Odstawiłem butelkę wina na stół.
          - Naprawdę tak myślisz?
          - Co?
          - Że jesteś dla nas przeszkodą?
Cisza.
          - Idioto. – prychnąłem, opierając się o oparcie kanapy.
          - Nie przyszedłem tu dzisiaj jako twój przyjaciel, Masaya.
          - A jako kto? Listonosz? – parsknąłem, patrząc na niego z rozbawieniem.
          - Może innym razem… Nie mogę już dłużej… - spojrzał mi w oczy. Spoważniałem.
          - Ty…
          - Kocham cię. – dotknął mojej dłoni. Wciąż miał na palcu drobną obrączkę z tytanu, którą kiedyś mu dałem. Czyżby nosił ją przez cały czas?
         - Yuuji… - westchnąłem i przytuliłem się do niego. Rozstaliśmy się przez taką błahostkę. Nerwy, pochopne decyzje, skok w bok… W zasadzie mogło się to skończyć inaczej. Zmienił się. Nie był już tak egocentryczny jak kiedyś. Może dało mu to do myślenia? W głębi ducha nadal coś do niego czułem. Może to tylko sentyment? Ciężko powiedzieć.
         - Ja ciebie też. Ale jest tu jeszcze ktoś.
         - Ten grajek z metra, tak? - prychnął. Jednak chyba nici z tych zmian.
         - Powiedzmy. – odetchnąłem, odsuwając się do niego. – Ale to jemu nie chcę złamać serca.
         - W czym on jest lepszy ode mnie? Nie ma nic. Wszystko osiągnął dzięki tobie. Szczerze go za to nie cierpię.
         - Zamknij się. – warknąłem.
         - Wybacz. Nie chciałem cię zdenerwować.
         - Zrobiłeś wszystko co potrzeba.
         - Lepiej już pójdę. – wstał, pochylił się nade mną i pocałował mnie krótko w usta. – Do zobaczenia.
Usłyszałem ciche skrzypienie zawiasów drzwi wejściowych. Patrzyłem w ścianę, gdy łzy spłynęły mi po twarzy. Za chwilę usłyszałem ten dźwięk jeszcze raz. Zin…
Zerwałem się i zacząłem się rozglądać po mieszkaniu. Poszedłem do sypialni. Rozgrzebana pościel, ani śladu Zina. Już miałem wybiegać z domu, kiedy wpadłem na Kamijo.
           - Spokojnie, zapomniałem tylko kluczy od samochodu. – uśmiechnął się, trzymając mnie za barki. Oparłem czoło jego ramię i rozpłakałem się z nerwów. Poklepał mnie po plecach i wyszedł. Zapukałem do łazienki.
           - Skarbie, jesteś tam?
Odpowiedział mi dźwięk odkręcanego kranu. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem do sypialni. Za chwilę przyszedł do mnie i położył się obok. Od razu schował twarz gdzieś w moich włosach. Przytuliłem go mocno. Kiedy był obok mnie, wszystko było takie stabilne i poukładane. Mimo, że ewidentnie zasiał w moim życiu bałagan. Jednak czasem nawet bałagan można pokochać. W końcu w pewnym sensie jest świadectwem życia... A kiedy taki ktoś jak ja zacznie nadgorliwie planować, wszystko zaczyna przemykać mu tuż przed oczyma. Planowanie wszystkiego było moim wiecznym błędem.
           - Może byś się ubrał? Pójdziemy na jakiś spacer. - zaproponowałem cicho. Pogładziłem Zina po policzku i uśmiechnąłem się.
        - Czasem masz jednak niezłe pomysły. – popatrzył na mnie.
        - Ja zawsze mam dobre pomysły. – prychnąłem.
        - Zdarzy ci się… - westchnął, po czym wstał i zaczął się przebierać w nieco bardziej wyjściowe rzeczy. Niewiele później przekręcałem klucz w drzwiach.
        Pogoda była piękna. Było bardzo podobnie do tego dnia, w którym w drodze na próbę usłyszałem jak Mój Bałagan śpiewa w metrze. Podświadomie nogi zaniosły nas w tamte okolice. Ławka wciąż stała pod ścianą. Była jedynie nieco bardziej zniszczona. Pod ławką leżała kupka sierści. Zinowi rozjaśniły się oczy.
        - Shiro! – zawołał i zbliżył się do ławki. Pamiętałem tego psiaka. Bywał tu dosyć często, jednak nigdy nie dawał się zabrać. Wiedziałem już, kto był dla niego taki ważny. Z początku stworzonko warknęło, ale za chwilę położyło uszy po sobie i zamerdało radośnie ogonem. Przyglądałem się wokaliście z psem na rękach przez chwilę. Przyjemnie się patrzyło na tę scenkę.
        - Zabieramy go stąd? – zapytałem, dotykając posklejanego włosia Shiro.
        - Nie będzie ci przeszkadzać…? – zapytał jednocześnie ze radością i niepewnością w głosie. Wciąż był nieco wycofany i nie umiał zrozumieć, że to co moje należało też do niego. Westchnąłem cicho.
        - Ty też czasem lubisz mi poprzeszkadzać w tak prostych czynnościach jak picie kawy, a i tak cię kocham. – powiedziałem ściszonym głosem, by słyszał mnie tylko on. – Nie będzie.
Miałem wrażenie, że zacznie piszczeć z radości. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów. Już od dawna planowałem przyprowadzenie tego małego nieszczęścia do domu, ale nie pojawiał się w swoim miejscu od długiego czasu. Przez resztę spaceru towarzyszył nam wiernie, nie odchodząc od nogi Zina nawet na krok.
       - Ta chmura wygląda jak Masashi. – stwierdziłem, wyrwawszy się z zamyślenia. Blondyn popatrzył na mnie jak na idiotę.
        - Masz wyobraźnię.
        - Ale zobacz. Tam ma ręce, tu bas i włosy… No i jest wielka. – pokazywałem mu.
        - Dobra, widzę. – parsknął.
        - Zaprowadzę cię gdzieś! – oświadczyłem z entuzjazmem. Nie byłem w tym miejscu odkąd rozstaliśmy się z Kamijo. Mimo wszystko budziło we mnie pozytywne skojarzenia. O tej porze roku park musiał być przepiękny.
Kiedy minęliśmy pierwsze drzewa tworzące pewnego rodzaju bramę, wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie powracać. Rozejrzałem się wokół. Drzewa otulone były bladoróżowymi kwiatostanami. W powietrzu unosił się ich delikatny zapach. Z daleka dostrzec mogłem jeziorko. Teraz ono również okryte było pierzynką z kwiatów. Weszliśmy na most prowadzący na wysepkę z altanką, w której bawiły się dzieci.
         - Pięknie tu.
         - Prawda? – uśmiechnąłem się. Jeziorko zawsze już będzie kojarzyć mi się z Kamijo. To właściwie tutaj się poznaliśmy. I nie miałem tu na myśli pierwszego spotkania. Mogliśmy godzinami przesiadywać na mostku i rozmawiać o największych bzdurach tego świata. Szkoda, że to minęło. Że nie umieliśmy już ze sobą rozmawiać bez wypominania sobie pewnych rzeczy. Czasem wyrzucałem sobie rozpamiętywanie minionych lat.
        - O czym myślisz? – zapytał nagle Zin i oparł się o moje ramię.
        - O wszystkim. O tobie, o nas… – skłamałem. Zabolało mnie to, że nie potrafiłem powiedzieć mu prawdy.
         - I wymyśliłeś coś?
         - Tylko to, że cholernie cię kocham. – przytuliłem go i złożyłem krótki pocałunek na jego ustach. Tu już byłem w stu procentach szczery. Shiro podskoczył i wsparł się łapami na poręczy mostku, szczekając parę razy. – I widzę, że nie tylko ja.
          - Słodkie to było. – niższy powrócił do opierania się o moje ramię. – Ja ciebie też. – dodał. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu. Niedługo zaczęliśmy iść w stronę domu. Po drodze zrobiliśmy „psie” zakupy. Oczywiście musieliśmy pokłócić się o wybór legowiska, koniec końców jednak ustąpiłem. Pozwoliło mi to nie otrzymać reprymendy, jak to zawsze się wymądrzam i staram postawić na swoim. Można też uznać, że ominęła mnie także noc na kanapie. Po wejściu do domu od razu wsadziliśmy Shiro do wanny. Dawno nie spotkałem tak cuchnącego psa. Ale nie było w tym nic dziwnego. Kundelek nie był jednak skłonny do współpracy.
          - Trzymaj go. Zajmę się resztą. – poleciłem, gdyż bałem się złapać warczącego jak stary traktor psa za pysk, jak robił to Zin.
          - Przecież trzymam. Za kogo ty mnie masz?
          - Za blondynkę.
          - Rude wredne.
          - Nie jestem rudy! Już… - parsknąłem, wmasowując w zmoczoną sierść psa szampon.
          - Lepiej, że rudy niż siwy. - uśmiechnął się z przekorą.
          - Jesteś niemiły. Teraz mi smutno. – popatrzyłem na niego z przesadzonym smutkiem. – Dobry boże! Twój pies jest biały!
          - A myślałeś, że jaki?
          - Nie byłem do końca pewny czy szarobrązowy, czy tylko szary.
Spłukałem pianę z warczącego potwora. Była ciemnobrązowa. Obrzydlistwo. Umyłem go jeszcze raz, po czym Zin wystawił go na podłogę. Pies otrzepał się, chlapiąc na wszystkie strony. Kiedy byliśmy już wystarczająco mokrzy, wystrzelił z łazienki jak z procy.
       - Świetnie. Ty sprzątasz. – mruknąłem.
       - Nie.
       - Mnie się sprzeciwiasz? – uśmiechnąłem się i przyparłem go do ściany.
       - Mhm. – przytaknął radośnie, widocznie zadowolony ze swojej jakże wysokich lotów asertywności. Pogładziłem jego udo, drugą dłonią wędrując od biodra ku górze. Złożyłem kilka pełnych pożądania pocałunków na jego szyi. Zorientowałem się, że miałem naprawdę dobry gust co do perfum. Moja dłoń zawędrowała gdzieś pod jego koszulkę, która – jakoś tak wyszło – znalazła się za chwile na umywalce. Druga zgubiła się gdzieś w okolicy zapięcia spodni Zina.
        - Nadal będziesz się sprzeciwiać? – wymruczałem mu do ucha, muskając je wilgotnymi wargami. Pokręcił głową. Wziąłem go na ręce tak, by oplótł mnie nogami i zaniosłem do sypialni. Powoli pozbawiłem go ubrań, obsypując pocałunkami każdy świeżo uwolniony fragment ciała. Cały ten czas jedną z rąk pieściłem jego męskość przez materiał bielizny. Nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. Zdjął mi spodnie, a następnie usiadł okrakiem na moich udach. Patrzył mi w oczy, zdejmując powoli że mnie bokserki. Przeciągnął palcem po całej długości mojego penisa. Zatoczył opuszkiem palca wskazującego kilka kółeczek na główce, a kiedy przeszedł mnie dreszcz podniecenia, posłał mi przepełniony satysfakcją uśmiech. Pochylił się i po chwili poczułem jak jego usta obejmują moją męskość, poruszając się w dół i w górę. Po jakimś czasie odsunąłem go  i z powrotem pchnąłem na łóżko. Sięgnąłem z szuflady lubrykant i wylałem sobie trochę płynu na dłoń. Powróciłem do ust ukochanego, w tym samym czasie wsuwając w niego dwa palce. 
          - Masaya... Już. - powiedział. Podniosłem się i powoli w niego wszedłem. Syknął cicho. Nie uprawialiśmy często seksu, ale warto było czekać na tę chwilę. Dałem mu trochę czasu na przyzwyczajenie się do mojej obecności, jednocześnie starając się odwrócić jego uwagę od dyskomfortu pocałunkami. Zacząłem wykonywać pierwsze powolne pchnięcia. Nasze zbliżenie stało się już tylko kwestią minut. Odczułem błogą satysfakcję, gdy moje imię wydarło się z jego gardła towarzysząc dźwiękowi osiąganego spełnienia. Wytarłem nasze ciała chusteczką i położyłem się przy Zinie. Pocałowałem go w czoło, gdy się do mnie przysunął. 
         - Rude wredne? - zapytałem z uśmiechem. 
         - I to jeszcze jak. - odparł, uchylając powieki by na mnie spojrzeć.



piątek, 19 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek III

 Zająłem się czytaniem, żeby pozwolić Zinowi się wyspać. Oparłem ręce na jego łopatkach, by mieć jak trzymać książkę. W połowie rozdziału, poczułem, że zaczyna się wiercić. Odłożyłem książkę na pufę i przyjrzałem się chłopakowi. Ziewnął przeciągle 
i podniósł głowę. Przyjrzał mi się, opuszczając wzrok na miejsce, w którym leżał. Uśmiechnąłem się do niego ciepło. Nasze twarze były bliżej siebie niż kiedykolwiek.
                 - Dzień dobry. – przywitałem się. Zin w mgnieniu oka podniósł się i zszedł ze mnie.
                 - Wybacz, że zrobiłem sobie z ciebie poduszkę… - mruknął, siadając na swoim pierwotnym miejscu. 
                 - A może byś najpierw odpowiedział, co? I możesz na mnie spać, ciepły jesteś. – dodałem z uśmiechem na twarzy. Podniosłem się do siadu. Zegar wskazywał pierwszą po południu. 
                   - Dzisiaj wielki dzień, nie? – szturchnąłem go łokciem. 
                   - Tak szczerze, to trochę się boję. – mruknął w odpowiedzi.
                   - Boisz się? Czego? 
                   - Jestem od was inny. Różnimy się.
                   - Jakbyś nie zauważył, na świecie nie ma takich samych ludzi. Głowa do góry 
i jedziemy. – przekazałem mu z radością. Chyba cieszyłem się z tego wszystkiego najbardziej i zdecydowanie fakt, że mamy wokalistę był rzeczą, dzięki której chciało mi się skakać ze szczęścia. W dodatku nowy wokalista jest obiektem moich westchnień i właśnie się na mnie wyspał. Czy mogłoby być lepiej? Owszem. Zawsze może być lepiej. 
                   Przygotowałem śniadanie, udało mi się dokonać tego w niemalże rekordowo krótkim czasie. Po jedzeniu, zanieśliśmy wszystkie nowe rzeczy do niemalże pustego pokoju. Zin zawiesił wzrok na położonych na blacie biurka zdjęciach. Podążyłem wzrokiem 
w miejsce, które tak go zaciekawiło. Było to wydrukowane zdjęcie z polaroidu, na którym Kamijo trzymał mnie na rękach i całował w usta. Posmutniałem. Nie chciałem nawet pamiętać tego krótkiego okresu, w którym nasza przyjaźń wystawiona została na taką próbę. Była ona jednak wiele silniejsza od uczucia, jakie kiedyś między nami było i ostało się na sicie czasu. Podszedłem do biurka i wziąłem pamiątkę do ręki, przedzierając je na pół 
i wrzucając do śmietnika. Zin popatrzył na mnie nieco zaskoczony. 
                   - Zabiorę wszystko do siebie, ty w tym czasie poprzekładaj rzeczy do szafek. – powiedziałem i zacząłem składać wszystkie papierki na jedną kupę. Odrzuciłem na bok jeszcze kilka naszych wspólnych zdjęć. Śladami pierwszego powędrowały wprost do czarnego worka. Położyłem resztę na wzmacniaczu i wysunąłem go za drzwi. Przyniosłem świeżą pościel, kołdrę i poduszkę dla ciemnowłosego i torbę, której nie wzięliśmy na początku. Znalezienie pościeli zajęło w sumie tyle czasu, ile Zinowi zajęło rozłożenie wszystkich ubrań w szafie. Siedział na łóżku ze splecionymi dłońmi. Wyglądał na dziwnie smutnego. Pomieszczenie sprawiało teraz wrażenie sterylnego. Położyłem pościele na materacu i usiadłem obok chłopaka. Objąłem jego ramię i oparłem na nim głowę. Odwrócił się, próbując na mnie spojrzeć.
                   - Uśmiechnij się – powiedziałem mu cicho do ucha, przypadkowo muskając je wargami. Wzdrygnął się, a na jego przedramieniu dostrzegłem gęsią skórkę. Wtuliłem się głową w jego szyję. Oddychałem spokojnie, wciągając w nozdrza zapach jego jasnej skóry. Zauważyłem, że kącik ust Zina uniesiony był do góry. Odsunąłem się od niego i spojrzałem w roześmiane teraz oczy. 
                  - O, i tak wyglądasz najładniej. – zachichotałem.  – Pójdę wziąć prysznic, powlecz sobie pościel. – przesunąłem ręką po jego plecach i wstałem, kierując się w stronę łazienki. 
Byłem przeszczęśliwy, że udaje mi się wydobyć z chłopaka szczery uśmiech. W końcu o to mi chodziło. 
                  Gdy Zin zajął łazienkę, zaszyłem się w swojej sypialni, przećwiczyć kilka razy „Nostalgie”. Ostatnim razem, gdy zacząłem improwizować bałem się, że Yuki zadźga mnie tymi swoimi pałeczkami, a Teru wydrapie oczy. Paradoksalnie, młodszy gitarzysta znał moje utwory lepiej niż ja sam. Miał bardzo dobrą pamięć. Po jednym spojrzeniu na kogoś umiał stworzyć podobny do złudzenia portret tej osoby. Oprócz pamięci, miał też dosyć długie paznokcie… Zacząłem grać. Gdy robiłem sobie trzecią próbę, do pokoju zajrzała obsypana ciemnymi, lekko pokręconymi od wilgoci włosami głowa o błyszczących, ciekawskich oczach. Przestałem grać.
                     - Co to? – zapytał.
                     - Coś, co będziesz śpiewał przed setkami ludzi.
                     - Masz już tekst? – wszedł do pokoju. Założył te moje ulubione skórzane spodnie, trampki i białą koszulkę z czarnym napisem. 
                     - Dobrze wyglądasz. – pochwaliłem go. Podałem mu kartkę z odręcznie napisanymi słowami. – A tekst jest tu. Właściwie, jakbyś to ogarnął teraz, to moglibyśmy cię ładnie pokazać chłopakom. – zacząłem od początku, gdy przeczytał tekst. Później zaczął skupiać się na muzyce i na tekście. Zagrałem mu chyba ze trzy razy. 
                     - Jakiś pomysł?
                     - Mniej więcej wiem, co chcę zrobić, ale musiałbym to usłyszeć z bębnami. Ty to pisałeś?
                - Tak. – odpowiedziałem.
                - Piękne słowa… Skąd czerpiesz na to inspiracje?! – zaśmiał się. Przeklęte pytanie.
                - Dowiesz się w swoim czasie. – tajemniczy uśmiech wstąpił na moją twarz. Nie miałem pojęcia, kiedy nadejdzie odpowiedni moment by mu powiedzieć. Odstawiłem gitarę na stojak.
                - Musimy już jechać. – odblokowałem telefon. Za dwadzieścia minut próba.

                                                                       ***

               - Hizaki, pokazuj go! – Teru wyskoczył przed drzwi. Zin szedł za mną, nie zdążyłem go nawet ostrzec. Żałowałem, że poinformowałem ich o tym wcześniej.
               - Uspokój się. – osłoniłem nowego wokalistę, o mało nie spychając go ze schodów. Zza białowłosego nagle wyłoniła się ogromna sylwetka Masashiego. Przytrzymał Teru, dzięki czemu mniejszy odrobinę się opanował. 
                - Dzięki bogu, że jest tu jeszcze ktoś normalny oprócz mnie… - westchnąłem. Przepuściłem Zina do przodu. Brunet zaprowadził podekscytowanego gitarzystę do środka. Zamknąłem za nami drzwi.
                 - No to poznajcie Zina. Zin, poznaj bandę idiotów. – przedstawiłem ich sobie nawzajem. Trzy pary oczu spojrzały na mnie z politowaniem. 
                 - Hizaki, nie umiesz. – stwierdził Yuki.
                 - Czego nie umiem? 
                 - Odcinać się od bandy idiotów. 
                 - Zawsze to wiedziałem… - westchnąłem zrezygnowany.
                 - Po pierwsze – witamy. Po drugie – duży to Masashi, ta mała pchła wabi się Teru, a ja jestem Yuki. – perkusista usiłował ratować sytuację.
                 - Za małą pchłę narysuję ci 666 portretów Masashiego i rozwieszę w pokoju. 
                 - Moich? Czym sobie zawiniłem… - jęknął basista.
                 - Akurat muszę poćwiczyć rysowanie aktu… - zamyślił się Teru. Basista spojrzał na niego, otwierając szerzej oczy, a Yuki zdawał się być bardziej blady niż zwykle. 
                 - Porozmawiamy o tym później. – bąknął i jak na komendę, wraz z Masashim odsunęli się od jasnowłosego. Gitarzysta wyszczerzył się usatysfakcjonowany. Przyjrzałem się Zinowi. Stał z lekkim uśmiechem na twarzy i obserwował poczynania reszty. Spojrzał na mnie z cichym wołaniem o to, żeby przejść do tego po co tu właściwie jesteśmy. Fakt faktem, na zawieranie przyjaźni miał jeszcze dużo czasu. 
                - Dobra, kuchareczka do garów, wiosło do kajaków, a basista do… mopa…? – klasnąłem w dłonie i rozpromieniłem się w stronę mordujących mnie wzrokiem muzyków. 
                 - Miejsce kobiet jest w kuchni… - rzucił Yuki, siadając za perkusją. Puściłem tę uwagę mimo uszu. Dałem Zinowi kartkę z tekstem.
                 - Chcesz to usłyszeć jeszcze raz, czy na żywca? – zapytałem.
                 - Jeszcze raz. 
                 - Lecimy. – zawołałem, układając palce na gryfie.
Zaczęliśmy grać. Byli zaskoczeni, że „nowicjusz” jest na tyle przygotowany. 
                 - Wystarczy, już wiem. – uśmiechnął się Zin. Wróciliśmy do początku. Przypatrzyłem się ciemnowłosemu, wpatrzonemu w kartkę. Wszyscy zapewne umierali z ciekawości, włącznie ze mną. W końcu właśnie miało się spełnić moje małe marzenie.
                    
 Mune o sasu itami to kurushimi kakaeta hibi
Toki ni nagasa reta sadame shinjitsu o motome tsuzuke...     
           
Wraz z pierwszymi linijkami tekstu, rozbrzmiewającymi mocnym, acz o spokojnym brzmieniu głosem, poczułem drżenie serca. W niemalże dosłownym tego słowa znaczeniu. Zauważyłem radość wypisaną na twarzy drugiego gitarzysty, zaraz powracając do podziwiania tego, jakim cudem śpiewając pierwszy raz nowy utwór, można zrobić to tak dobrze.
               
                     - Wygrałeś. Witamy w Jupiterze. – Teru rzucił się Zinowi na szyję.
                     - Dzięki - zaśmiał się ciemnowłosy i niepewnie poklepał Teru po plecach. Yuki 
z Masashim patrzyli się na całą scenkę z ustami wykrzywionymi w delikatnym uśmiechu. Omówiliśmy później kilka spraw, Zin dostał kolejny tekst do nauczenia się. Zagraliśmy mu to raz, żeby miał jakąś wstępną wizję. Po jakimś czasie wszyscy rozeszliśmy się do swoich spraw. 
                   - A nie mówiłem, że jesteś świetny? - zwróciłem się do Zina, gdy siedzieliśmy już w samochodzie. 
                   - Jak wrażenia? 
                   - Nie da się ich nie lubić. - roześmiał się. 

                                                                         ***

                 Czas mijał nieubłaganie. Niedługo mieliśmy nagrywać pierwszy singiel, z czym wiązała się masa wywiadów i spotkań zapisanych w kalendarzu, a co za tym idzie - potrzeba metamorfozy Zina.
                  - Jesteś pewien? 
                  - W blondzie będzie ci dobrze, jestem pewien. Obróciłem go na salonowym krześle w stronę lustra. Zająłem miejsce w poczekalni. 
                 - Hizaki? 
                 - Kamijo? Dobrze cię widzieć. - ucieszyłem się. Blondyn usiadł na sofie obok mnie. 
                  - Skoro już tu się spotykamy... - oparł mi głowę na ramieniu, co sprawiło że stałem się trochę zdezorientowany. 
                  - Hizaś, pamiętasz ten rok? - poczułem, jak gwałtownie krew odpływa mi z twarzy.
                   - Moglibyśmy zacząć od początku. Przytulił mnie do siebie i wplótł palce w moje włosy, gładząc je czule. Nie byłem w stanie się przez chwilę ruszyć. Zerwałem się dopiero kiedy musnął ustami moje wargi. Odsunąłem Kamijo od siebie. Widać było rozczarowanie w jego oczach. 
                   - Przepraszam... Nie umiem. - szepnąłem, widząc jego utkwione w moich źrenicach spojrzenie. Objąłem go lekko, głaszcząc pocieszająco po plecach. 
                   - Wybacz. To nie ma prawa się udać. 
                  Cisza. 
                   - Ten niski to wasz nowy wokalista? - zapytał po jakimś czasie, przerywając milczenie. 
                   - Tak. – pokiwałem głową
                   - Czekam na singiel - uśmiechnął się. Wstał, pocałował mnie w czubek głowy i zostawił sam na sam z poczuciem winy. Nagle ktoś szturchnął mnie delikatnie w ramię. Spojrzałem na tego kogoś. Był to Zin przefarbowany już na złocisty blond i krócej obcięty. 
                   - Stało się coś? - zapytał cicho. 
                   - Nie, jest dobrze. - uśmiechnąłem się. 
                   - Wiedziałem, że będzie ci ładnie. - przypatrzyłem mu się. Pozbyli się sporej części dosyć gęstych brwi, ale wyglądało to dobrze. Kwestia przyzwyczajenia.
                   - Dzięki. Idziemy? 
                   - Tak... 
Opuściliśmy lokal. Czekała nas droga na pieszo, bo wychodząc z mieszkania zachciało nam się spaceru. Pogrążyłem się myślami w zdarzeniach sprzed dosłownie chwili. Czy to naprawdę tak, że on coś do mnie czuł? Bałem się w to ingerować, uznałem ten rozdział za dawno zakończony. Martwiło mnie jednak to, że Zin prawdopodobnie widział wszystko, całą tę scenkę. Na twarzy blondyna było widać delikatne skrępowanie. Zachowywał się jakby próbował zacząć rozmowę, ale nie umiał. Sytuacje „uratowały” duże krople deszczu, spadające mi na czoło. W mgnieniu oka rozpadało się na dobre. Zaczęliśmy biec, do domu było niedaleko. Niestety wystarczająco, by przemoknąć do suchej nitki. Wpadliśmy zdyszani do mieszkania. Woda dosłownie z nas spływała. Zlustrowałem Zina wzrokiem i wybuchnąłem śmiechem. Wyglądał jak trzęsący się kot oblany wiadrem wody. Niedawno idealnie ułożone włosy oblepiały teraz jego głowę tworząc asymetryczne schody. 
                 - I z czego się cieszysz? - Zin także się roześmiał, niemal szczękając zębami. 
                 - Przebieraj się lepiej. - potargałem mu włosy. 
Zdjąłem koszulkę i powędrowałem do sypialni, założyć suche rzeczy. Zrobiłem herbatę i z dwoma kubkami zajrzałem do Zina, który leżał pod kołdrą na łóżku, kuląc się z zimna. 
                 - Zmarzło się? - zapytałem, symulując zdziwiony ton. Wszedłem do środka i usiadłem mu na łóżku. Wziął ode mnie kubek, podnosząc się. Okryłem go szczelniej.
                 - Widziałeś, prawda? - zapytałem, nawiązując do spotkania z Kamijo u fryzjera.
                  Przytaknął.
                 - Tak myślałem. Nie jesteśmy razem i nigdy do tego nie dojdzie. - wyjaśniłem. 
                 - Wyglądałeś na smutnego... 
                 - Nie, po prostu się zamyśliłem. - uśmiechnąłem się smutno. – Cieplej ci? 
                 - Odrobinę.
Wsunąłem się pod kołdrę i zawinąłem nas w nią. Był naprawdę wyziębiony. Popatrzył na mnie trochę zaskoczony, po chwili robiąc minę w stylu „czemu nie” i przytulił się do mnie, nie przestając sączyć herbaty. Ręcznikiem, który rzucił na łóżko, przystąpiłem do wycierania jego włosów, na które chyba w ogóle nie zwrócił uwagi w całym procesie osuszania się. 
                  - Dlaczego to robisz? – zapytał, kiedy wypił cały kubek gorącej herbaty. Zabrałem mu go z ręki i odstawiłem na komodę. 
                  - Co dlaczego robię? Przecież nic nie robię…
                  - Dlaczego mnie tak traktujesz? Dlaczego się o mnie troszczysz? – zadał te dwa pytania ciurkiem. Nie byłem pewien, czy będę w stanie na nie odpowiedzieć.  Zapadła cisza. Odłożyłem ręcznik i pogładziłem blondyna lekko po ramieniu, z którego zsunęła mu się bluza.
                  - Traktuję cię tak, ponieważ na to zasługujesz. Troszczę się o ciebie, bo jesteś dla mnie ważny. – przymknąłem oczy. Zin odsunął się ode mnie.
                  - Ważny w ten sam sposób, co ty dla mnie? – poczułem opuszki jego palców, zataczające koła na moim policzku. Ująłem jego dłoń i ucałowałem delikatnie.
                  - Najwyraźniej. 
Splotłem nasze palce. Zbliżyłem się do twarzy Zina i złączyłem nasze usta w czułym pocałunku. Kiedy odsunęliśmy się od siebie, zobaczyłem rozpromienione w przepięknym uśmiechu oblicze wokalisty. 
                  - Kocham cię, Hizaki.
                  - Ja ciebie też.


Szkarłatny Przystanek II

 Najedzeni, acz wciąż jednakowo spięci, usiedliśmy na kanapie. Zin wciąż nie zmienił swojej postawy, wydawał się być wyłączony z rzeczywistości. Mogłem jednak dostrzec, że bez przerwy intensywnie myśli. Jego twarz wyrażała skupienie, lekką niepewność. 
             - Jak się czujesz? - zwróciłem się w jego stronę. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. 
             - Dziwnie. - odpowiedział, odwracając wzrok. - Jeśli chodzi ci o to, czy ogólnie wszystko dobrze to tak, jest w porządku. Ale... – umilkł.
             - Ale? 
             - Jest mi dziwnie. Zabrałeś mnie stamtąd. Rozumiesz chyba... - westchnął. Pokręciłem głową. 
             - Wiem o co ci chodzi. Też bym się czuł nieswojo. – uśmiechnąłem się do niego ciepło. Popatrzył na mnie z wypisanym na twarzy zdziwieniem. - Ale tobie po prostu nie dało się nie pomóc. 
             - Nie mam jak ci się odwdzięczyć... Ja nawet... Ja nawet nie mam domu. – powiedział cicho, po czym nagle posmutniał. Nie spodziewałem się tego. Spoważniałem i przysunąłem się do ciemnowłosego. Patrzył za okno, jego wzrok utkwiony był gdzieś daleko w przestrzeni. Otoczyłem go lekko ramieniem, można by rzec, że czule. Faktycznie, był w tym objęciu zawarty pewien rodzaj czułości. Chęć zapewnienia poczucia stabilności, spokoju.
             - Masz dom, jeśli tylko odpowiesz mi, czy chcesz ze mną zostać. - znów czekoladowe oczy wbiły we mnie zaskoczone spojrzenie. – Nie przesłyszałeś się. Możesz tu zamieszkać, jeśli tylko chcesz. – dodałem. Byłem świadomy, że to nie jest normalne, proponować w trakcie trzeciego spotkania bezdomnemu wspólne mieszkanie. Ale tu sytuacja wyglądała z lekka inaczej. A nawet o wiele inaczej. 
             - Dziękuję, jesteś naprawdę wielki... Ale nie mogę. Nie możesz na mnie zarabiać, nie zasłu... - wywróciłem oczami o natychmiast mu przerwałem. 
             - Możesz na siebie zarabiać. I to całkiem nieźle. 
             - Co? Jak niby? Zamiatając ulice, czy czyszcząc kible? I tak nie wystarczy. 
             - Masz głos. Czy ty się słyszysz, jak śpiewasz? - zapytałem. Pogładziłem go po ramieniu, cały czas go obejmując. – Pomogę ci wyjść na prostą. Tylko daj mi taką możliwość. Jutro pójdziesz ze mną na próbę. 
            - Naprawdę?
            - Nie, na żarty. - zaśmiałem się kpiąco i przytuliłem go powoli. Oplótł mnie ramionami. Kiedy poczułem lekkie drgania jego ciała, odsunąłem ciemnowłosego od siebie. Otarłem łzy spływające mu strumieniami po policzkach. Dopiero teraz, w tym „czystym” wydaniu widać było, jak naprawdę wyglądał. Ciemne włosy tworzyły obramowanie dla ładnie zarysowanej twarzy. Nie charakteryzowała się delikatnymi rysami ani zbyt wyraźną urodą. Mimo porcelanowej cery i długich rzęs, wciąż zachowywał męski wygląd. W przeciwieństwie do mnie, przez długie włosy bezustannie mylonego z kobietą. Nie wliczając makijażu i strojów scenicznych, rzecz jasna… 
Chwyciłem go delikatnie za podbródek i uniosłem jego twarz do góry. 
                 - Nie płacz, już wszystko będzie dobrze. – zapewniłem i pogładziłem go po włosach. Były jeszcze wilgotne po kąpieli. Nie mogłem się powstrzymać przed ponownym przytuleniem go. Wplątałem dłoń w ciemną czuprynę i gładziłem lekko jego głowę. Poczułem, jakby spełniły się moje najpiękniejsze marzenia.
                 - Nie wiem, jak ci dziękować. – westchnął, przytulając się. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
                 - I dobrze. – zaśmiałem się. – Swoją drogą… Nie boli cię głowa po wczorajszym…?
                 - Ja nie byłem pijany. Pamiętałbym… Wypiłem tylko wodę od znajomego… I to był błąd. – mruknął w odpowiedzi. Oddalił się ode mnie i podkulił nogi pod brodę, przytrzymując je rękami. Oparł głowę o kolana i powrócił do patrzenia w przestrzeń. To było dziwne, przecież czułem od niego alkohol. Nie byłem już pewien, czy to podświadomość płata mi figle, czy Zin kłamał. Fakt, że jak na kogoś po wódce, wyglądał i zdawał się czuć zbyt dobrze. Mógł kłamać, a pomimo to czułem, że powinienem mu zaufać.
                - Dobrze, nie ważne. Ważne, że dobrze się czujesz, ale jakby coś było nie w porządku, mów. 
                - Powiem. – roześmiał się. – Wiesz… Jak ciebie słucham to odzyskuję wiarę w ludzi. – spojrzał na mnie. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. – W ogóle… Opowiesz mi coś o tym zespole? Coś o sobie? – zapytał nagle. Ucieszyłem się, że zaczyna się rozluźniać.
                 - Jasne. Poczekaj chwilę. – wstałem i poszedłem do sypialni. Zabrałem z półki photobooka z czasów Versailles i laptop z naszymi dotychczasowymi nagraniami na dysku. W wersji bardzo prowizorycznej, ale zawsze. Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie, podając Zinowi książkę. Otworzył ją i popatrzył na pierwsze zdjęcie, całe Versailles w kupie. I wklejone na dole strony zdjęcie Jasmine. Zaczął przyglądać się wszystkim po kolei. 
                  - Że to niby ty? Widziałem gdzieś jakieś plakaty, ale że ty… Nie pomyślałbym. – uśmiechnął się. – A on? Dlaczego odszedł z zespołu? – wskazał na Jasmine. Popatrzyłem na zdjęcie przyjaciela. Spuściłem wzrok.
                  - On… On odszedł nie tylko z zespołu… - odetchnąłem. W głowie miałem jego uśmiech. Ten cudny, niemalże zawsze obecny na jego pięknej twarzy uśmiech. Idealne rysy, które sprawiały, że You był wręcz surrealistycznie piękny. Jeśli perfekcja miałaby wybrać sobie ludzki byt jako swojego reprezentanta, z pewnością wybrałaby jego. Dbał o każdy szczegół, przed koncertami dowiązywał każdą wstążeczkę, poprawiał każdą fałdkę materiału. Dbał o tę swoją estetyczną przemoc i nadawał tej nazwie nowe, swoiste znaczenie. Przez jakże krótki okres swojego życia stworzył definicję samego siebie, pozostając nierozwikłaną tajemnicą. 
                 - Jasmine odszedł bezpowrotnie. – powiedziałem po  chwili. 
                 - Ach… - Zin nieco się zmieszał. 
                 - Ten olbrzym, chudzielec i ten, który najnormalniej wygląda to ludzie, z którymi będziesz w jednym zespole. I oczywiście ja. – uśmiechnąłem się. – Masashi, basista, najbardziej opanowany i ma kota, którego uwielbia. A Yuki i Teru… Debile. Poznasz ich, to sam się przekonasz. 
                 - Wiesz o kim jeszcze za mało powiedziałeś? – zapytał, próbując nakłonić mnie do dalszych opowiadań. Popatrzyłem na siedzącego obok mnie na zdjęciu wokalistę. 
                - Tak, obok mnie siedzi Kamijo. Jak się pewnie domyślasz, wokalista. Stwierdził, że ma lepszą robotę niż gra z nami. 
                - Jeszcze jednego opisującego brakuje. 
                - Co? Przedstawiłem ci wszystkich.
                - Hizaki, nie wiem nic o tobie. – zaśmiał się. – W zasadzie, to nie mam nawet pojęcia w której części miasta jestem. Ale mniejsza, wiem, że głupio jest mówić o sobie. Włączyłbyś mi coś, co nagraliście? Chciałbym wiedzieć, na jaką rzeź mam się przygotować.
                 - Daj spokój, niczym nie ustępujesz Kamijo. – podniosłem się i włożyłem płytę do odtwarzacza. W salonie rozległ się wstęp do „The Red Carpet Day”. Skierowałem się do kuchni i uruchomiłem ekspres do kawy. Dziękowałem w duchu tym wszystkim mądrym Chińczykom, którzy wymyślali i produkowali te wszystkie urządzenia. Powinni to nazwać „rozpieszczaniem populacji”. Wsłuchałem się w tak dawno nie grany utwór. Brakowało mi tego.  Przygotowałem dwie kawy, oczywiście dla siebie mocniejszą. Powróciłem do właściwej części salonu z uśmiechem. Zin wpatrywał się w photobooka i najprawdopodobniej wsłuchiwał się w utwór. Kiedy mnie zauważył, szybko zamknął książkę i odłożył ją na bok. Usiadłem jakoś bliżej niego i podałem mu cappuccino. 
                   - Dzięki. Muszę powiedzieć, że masz fana. – uśmiechnął się szeroko i upił łyk kawy. Parsknąłem śmiechem. 
                   - Nie zdziw się, jak zaczną mnie nazywać „księżniczka”. Znasz powód.
                   - Co jak co, ale teraz na księżniczkę nie wyglądasz. – przypatrzył mi się.
                   - A może na taką przemienioną księżniczkę?
                   - Na przykład w co?
                   - W ropuchę.
                   - Nie, ropuchy są brzydkie. – skrzywił się. 
                   - Mam to traktować jako komplement? – uniosłem z rozbawieniem kącik ust.
                   - Jeśli chcesz, proszę bardzo. – wzruszył ramionami, usiłując zachować powagę. 
Ułożyłem się wygodniej na kanapie. Wziąłem spory łyk gorącej bomby kofeinowej.
                  - Tak w ogóle, to jedziemy dzisiaj na zakupy. Musisz mieć trochę ubrań, kosmetyków... No i mam pustą lodówkę. - przytaknął posłusznie. Dobry chłopiec - pomyślałem. Wypiłem kawę do końca i poszedłem się przebrać. Otworzyłem szafę i zaatakowała mnie góra ubrań. Krzyknąłem dosyć głośno, zaskoczyło mnie to. Przeklinałem w tym momencie swoją manię upychania wszystkiego, gdzie się da. Zacząłem łapać co się da. Nagle Zin wparował do mojej sypialni.
                  - Żyjesz? – zapytał.
                  - Szafa mnie straszy. – odburknąłem, usiłując zdjąć z siebie tony ubrań. Usłyszałem śmiech chłopaka. Pomógł mi zdjąć z głowy nieskończoną ilość ubrań. Nagle zrobiło się jasno, a przed oczami ukazała mi się twarz  Zina. Uśmiechnął się z widocznym rozbawieniem. Przeniósł zebrane ubrania na łóżko, podczas gdy ja wstałem i poszedłem w jego ślady. 
                   - Mam nadzieję, że nic cię tu już straszyć nie będzie. – powiedział lekko ironicznie i wyszedł. Kiedy już zamknął za sobą drzwi, zaśmiałem się cicho. Moje życie od tej pory zaczęło nabierać barw.

              Z powstałej w ten sposób góry, wydobyłem proste, czarne jeansy, białą koszulkę. Zarzuciłem na to skórzaną marynarkę. Rozczesałem sięgające do ramion, jasne włosy. Ubrałem się, spryskałem dezodorantem, a twarz opłukałem wodą. W sumie, całe przygotowania zajęły niespełna dziesięć minut. Wziąłem z szafy cienką kurtkę, żeby pożyczyć ją Zinowi. 
                  - Jedziemy, podnoś się. – rzuciłem mu kurtkę. – A, jaki masz rozmiar buta? – zapytałem, ponownie podchodząc do jakiejś szafy i zaczynając grzebać w niej w poszukiwaniu choćby trampek. 
                  - Coś w okolicach 25… - odpowiedział. Akurat wydobyłem z szafy pudełko z czarnymi butami w tymże rozmiarze. 
                   - No to widzę, że garderobę możemy mieć wspólną. – zaśmiałem się i podałem mu pudełko. 

                                                                                        

                      - W tym wyglądasz kiepsko… Za duże. Ale to bierzemy, bez dyskusji. – oświadczyłem, oceniając Zina stojącego w przymierzalni. Przymierzył niezdatną do policzenia ilość spodni, marynarek, bluz, koszul i t-shirtów. Na wszystko musiałem go namawiać sam, co wyglądało raczej jak „nie pyskuj”. Nie dbałem też o to, że był już nieco zmęczony ubieraniem się i rozbieraniem. Co chwila donosiłem mu więcej i więcej rzeczy. Pilnowałem też, by wszystko zobaczyć. Gdy podobał mi się w czymś, po prostu kupowałem to. Póki fundusze pozwalały, po co się ograniczać. Tym sposobem skończyliśmy obładowani torbami z ubraniami, kosmetykami i innymi rzeczami, potrzebnymi normalnemu człowiekowi do codziennego funkcjonowania. Najbardziej jednak zadowolony byłem z jego nowych, wąskich i skórzanych spodni. Wrzuciłem torby do bagażnika. Przez to wszystko nie było nawet czasu na żaden obiad. Zdążyliśmy jednak kupić także jedzenie, więc z tym nie powinno być problemu. Po powrocie do mieszkania, oboje zmęczeni opadliśmy na kanapę.
                      - Umieram chyba – westchnąłem
                      - Ty umierasz? Ty, który lałeś mnie wieszakiem jak mówiłem, że wystarczy? – zaśmiał się cicho.
                      - Był plastikowy… - fakt, oberwał po tyłku parę razy. Dzieci trzeba uczyć pokory. 
                      - Tak, tak. A ja będę miał kod paskowy na dupie. – spojrzał się na mnie, wciąż się śmiejąc. Należało przyznać, że z uśmiechem na twarzy było mu najlepiej.
                       - Jesteś głodny? – zapytałem, zmieniając temat. Mnie niespecjalnie chciało się jeść, ale drobny posiłek by nie zaszkodził. 
                       - Tylko trochę… - odpowiedział. Zacząłem leniwie podnosić się z siedziska. Można było coś przekąsić, zresztą trzeba było rozpakować zakupy. 
                        - Rusz się, pomożesz mi. – wyciągnąłem do niego rękę. Domyśliłem się, że z położenia w jakim się znajdował mogłoby być trudno o podniesienie się. Kiedy Zin z cichym „Ok.” znalazł się w pozycji stojącej, zaniosłem torbę z jedzeniem do kuchni. Musiałem mu pokazać, gdzie co leży. Rozpakowywanie zakupów uznałem za najlepszą okazję.

                       W rezultacie wszystko znalazło się na swoim miejscu. Wyjąłem potrzebne produkty do prostego spaghetti.
                  - Nie grzeszę zdolnościami kulinarnymi, więc z góry uprzedzam….
                  - Umiem gotować, mogę cię wyręczyć. – podszedł do mnie i przyjrzał się składnikom. 
                  - Skoro tak… Czaruj. – westchnąłem i poszedłem usiąść na ulubionym krześle przy blacie. Stamtąd spokojnie dało się prowadzić rozmowę. Zin zajrzał do lodówki w poszukiwaniu dodatkowych składników. Makaron schował z powrotem do pojemnika i wyjął paczkę ryżu. Włożył go do garnka z wodą i postawił na palniku, nie uruchamiając go jeszcze. Szybko posiekał jakieś warzywa, wrzucając je do wielkiego garnka. 
                  - Wiesz… To nie tak, że całe życie spędziłem na ulicy. – uśmiechnął się smutno.
                  - Nie miałem niczego takiego na myśli, spokojnie. 
                  - Dwa lata temu po prostu wszystko nagle zniknęło. Kiedyś ci opowiem… Nie mam ochoty teraz o tym mówić. – zajął się szukaniem przypraw w pudełku. 
                   - Rozumiem. W ogóle, ile ty masz lat?
                   - Jestem od ciebie o cztery lata młodszy… Senpai! – wybuchliśmy śmiechem.
                   - I jeszcze jedno pytanie… Skąd wiesz ile ja mam lat?
                   - W książeczce ze zdjęciami było. – zacząłem bawić się swoimi włosami.
                   - To teraz jeszcze wiesz, że mam kiepską pamięć. 
                   - I niezłe nogi. – parsknął. No tak, ta sesja w miniówie. Pomysły Kamijo zawsze były trafione w dziesiątkę.

                       Czas spędzony na rozmowie z Zinem zleciał bardzo szybko i nawet nie zdążyłem się dobrze zorientować w rzeczywistości, gdy stanęła przede mną  świeżo przyrządzona potrawka z ryżu i kurczaka. Zabraliśmy się za jedzenie. Wziąłem do ust pierwszy kęs.
                  - No to chyba wiem kto będzie gotować. – spojrzałem na niego znacząco. Nie charakteryzowałem się talentem kulinarnym, można by raczej powiedzieć, że byłem ekspertem w robieniu niczego z czegoś. Potrafiłem spalić kuchnię, gotując wodę na kawę. Dlatego Yuki na urodziny kupił mi ekspres…
                   - Ja tam nie mam nic przeciwko. – uśmiechnął się i kontynuował jedzenie tego smacznego dania. Było w nim właściwie wszystko, od kiełków soi, po zwykłe, najpopularniejsze warzywa, ale tak umiejętnie przyprawione i połączone, że smakowało wybornie. Pierwszy raz od dawna do mojego zbyt dużego, jak dla jednej osoby mieszkania, zawitała ciepła, przyjemna atmosfera. 
                   - Będziesz mieć swój pokój, te drzwi naprzeciwko łazienki. Chcesz się tam wprowadzić dzisiaj, czy jesteś za bardzo padnięty? – zapytałem. Mieszkanie kupowałem z myślą o tym, że nie będzie chciało mi się przeprowadzać, gdy kogoś poznam. I właśnie teraz przekonałem się o tym, że naprawdę warto myśleć,  nieco wybiegając w czasie przed siebie. Na Zina czekał całkowicie biały pokój, który aktualnie był moją pracownią. Ogólnie, w całym mieszkaniu przeważała biel, z elementami ciemnego drewna, czerni i czerwieni. W tamtym pokoju były wszystkie moje teksty, kilka wzmacniaczy i kawałek kabla, który musiałem zatrzymać tylko po to, by przypominać Teru o tym, jak o mało nie stracił przez niego zębów. Oprócz tego było można tarzać się tam w pamiątkach z Versailles, zdjęciach, broszurach, plakatach…
                   - Dzisiaj może jeszcze nie, prześpię się na kanapie… Padam. 
                   - Ja też… Co ty na to żeby obejrzeć jakiś film?
                   - Nie wiem, czy nie usnę. – skończył jeść, zlizał sos z kącików ust. Zabrał mój, pusty już od jakiegoś już czasu talerz i umył wszystko szybko w zlewie. Pozostawił po sobie zadziwiający porządek. Sprzątał wszystko na bieżąco, co było dla mnie nieporozumieniem. Po moim „gotowaniu” kuchnia wyglądała jak po napadzie głodnego Masashiego z kotem i tornadem w gratisie. 
                  - Jak uśniesz to się wyśpisz.
    
               Górę ubrań z łóżka upchnąłem do szafy, zamykając szybko drzwi. Przystawiłem je stolikiem, by mieć pewność że się nie otworzą w środku nocy, sprawiając, że zejdę na zawał. Łóżko przykryłem narzutą, a wszystkie poduszki położyłem tak, byśmy leżąc na materacu mieli je wszystkie pod głową. Zin położył się na przygotowanym posłaniu, za chwilę zrobiłem to samo. Postawiłem sobie laptopa na kolanach i włączyłem jeden z tych rozreklamowanych na cały kraj filmów, które nagrano na płytę po tym jak wyszły z kin. Akcja nie była zbyt ciekawa i po upływie trzydziestu minut łapałem się na tym, że przymykam oczy. Spojrzałem na Zina. Zorientowałem się, że ciemnowłosy spał mi na ramieniu. Zamknąłem komputer i odłożyłem go na szafkę nocną. Byłem tak śpiący, że nie potrafiłem już normalnie myśleć. Przykryłem nas kocem znajdującym się na pufie, obok łóżka. Oparłem głowę wygodnie na poduszkach i odpłynąłem w spokojnym śnie. 
               
                 Obudziły mnie promienie słońca, wrednie przedzierające się przez szczelinę między roletą, a ramą okna. Skierowałem wzrok na Zina. Jego obecne ułożenie ekstremalnie różniło się od pozycji, jaką prezentował wieczorem. Leżał na mnie, ręce trzymając na moich bokach. Głowę opierał mi na piersi. Miał lekko rozchylone usta i rozczochrane włosy. Uśmiechnąłem się pod nosem i odgarnąłem niesforne kosmyki, które wchodziły mu do oczu. Na jego twarzy mogłem dostrzec tylko spokój. Otuliłem go kocem. Zrobiło się chłodno… Nie miałem nic przeciwko temu, żeby każda noc tak wyglądała. W tym samym czasie, mimo to, że byłem w nim już chyba zakochany po uszy, czułem przybierającą monstrualne rozmiary obawę. Bałem się, że zrobię coś nie tak, co sprawi, że odejdzie. Były to raczej bezpodstawne lęki, karmione jedynie moimi dziwnymi spekulacjami dotyczącymi przyszłości. Przyjrzałem się zamkniętym powiekom przyszłego wokalisty Jupitera. 


Szkarłatny Przystanek I

   Odszedłem. Naprawdę, miałem nadzieję na ponowne spotkanie. Poza tym nie miałem pewności, czy to on. Nie było to pewne, zresztą... Nawet jeśli, to nie powinno mnie interesować życie tego chłopaka. Mijały dni, tygodnie, a ja wciąż czekałem z nadzieją, że jeszcze się pojawi. W końcu cierpliwość się opłaciła. Przez cały ten czas zdążyłem zdobyć zaufanie kundelka, na tyle by do mnie podchodził. Nie dał się stąd zabrać, ale to zawsze krok w przód. Kończył posilać się kolejną puszką psiej karmy. Nagle zamerdał ogonem i zaczął z czegoś się cieszyć. Podążyłem wzrokiem w miejsce, w które się wpatrywał. Na moją twarz także zawitała radość. Ciemnowłosy chłopak zmierzał w stronę ławki z gitarą na ramieniu. 
            - Witaj znowu. - uśmiechnąłem się, wstając z klęczków. 
            - Hej... - przywitał się, zatrzymując na ułamek sekundy wzrok na moich źrenicach. Jego oczy były koloru mlecznej czekolady. Rozłożył pokrowiec od gitary na płytach chodnikowych, a instrument oparł o ławkę. Spojrzałem kątem oka na solidnej roboty, starą i zadbaną gitarę. Przesunąłem palcami po cienkim gryfie. 
            - Co ty na to, żebym ja ci dzisiaj grał? - spojrzałem na niego. Popatrzył się na mnie nieco zdziwiony. Zdjął kurtkę i położył ją na ławce, a sam usiadł obok. 
            - Proszę bardzo - rzucił w odpowiedzi. 
            - To samo, co ostatnio? 
            - Tak. - przeczesał włosy i podał mi gitarę. Wytarłem ręce o nogawki spodni i przejąłem ją. Sprawdziłem naprężenie strun. Zin przyglądał mi się. Wydobyłem pierwsze dźwięki z instrumentu. Intro, a po nim... 

Times have changed, and times are strange
Here I come , But I ain't the same

Mama, I'm Coming Home

Time's gone by, seems to be
You could have been a better friend to me

Mama, I'm Coming Home

You took me in, and you drove me out
Yeah, you had me hypnotized, yeah
Lost and found and turned around…

            Jego głos był nawet bardziej poruszający niż ostatnio. Jednak było w nim coś smutnego, jakby słabsza cząstka chłopaka rozpaczliwie poszukiwała wyjścia z potrzasku. Kilka osób zatrzymało się, a na czarnym materiale zaczęły błyszczeć monety. Jemu po prostu potrzebna była nieco lepsza oprawa. Dostrzegłem łzy w oczach Zina. Dobrnęliśmy do końca. Gdy zapomniałem, jak powinienem grać, zacząłem improwizować. 
           - Masz naprawdę wielki dar... - odstawiłem gitarę. W gardle miałem gulę, sama w sobie piosenka była wzruszająca a przy takim wykonaniu dosłownie zwalała mnie z nóg.
           - Odezwał się ten co nie ma. Że ty niby tak… na bieżąco? – dziwił się.
           - No... Tak. - odpowiedziałem. - Gram w zespole już ładnych parę lat. - westchnąłem z lekkim rozrzewnieniem. Piękne czasy. Piękna przyjaźń. Jasmine… A później już tylko mój mały świat leżący na podłodze w totalnej rozsypce. Spękany i pogrążony w bólu po tym, gdy nie ze swojej winy nie mogłem dotrzymać przyrzeczenia. Zespół się nie rozpadł, ale przerwaliśmy grę. A You tego by nie chciał. On nie pozwoliłby na to. Mimo to, Kamijo zadecydował o odejściu. Wtedy właśnie mój mały świat został dodatkowo podeptany. I to przez kogoś, na kim mi tak bardzo zależało…
           - To wiele wyjaśnia…
           - Teraz powstało coś nowego, ale nie mamy wokalisty. – uśmiechnąłem się znacząco. – A sądząc po twoim głosie, mógłbyś nim zostać. – dodałem, patrząc mu już w oczy. Dostrzegłem w nich smutek i coś w rodzaju tęsknoty. Nie mogłem jednak wiedzieć, czym były spowodowane.
           - Na mnie już za późno. Liczę, że kogoś znajdziecie. – powiedział pokrótce. Odwrócił wzrok i zajął się psem. 
           - Na nikogo nie jest za późno. Wiem, skąd tu przychodzisz. Nie chciałbyś się wyrwać? Czekałaby cię wspaniała przyszłość, fani, koncerty, płyty…
           - Przestań. – odwrócił się, wbijając we mnie lodowate spojrzenie. – Skończyłem się. Zapomnij o mnie, rozumiesz? Po prostu zapomnij, że mnie poznałeś. Zapomnij, skąd jestem i więcej tam nie wracaj. I z góry dziękuję. – głos Zina przybrał barwy obronne, barwy paniki. Wstał, schował gitarę i zaczął ubierać się w kurtkę. Złapałem go za rękę.
           - Zin… Przemyśl to. – powiedziałem cicho, skupiając przez chwilę na sobie całą jego uwagę. Wyrwał mi swoją dłoń i pobiegł w stronę wyjścia. Odetchnąłem zrezygnowany. Ogarnął mnie dziwny smutek. Jakbym właśnie bezpowrotnie stracił kogoś bardzo ważnego. Tak jak wtedy, gdy nie było go tyle czasu. Będę czekał, Zin.
           - I zostaliśmy tu sami… - westchnąłem, niby to do psa, niby do siebie. Ciemnooki kundelek popatrzył na mnie smutno i schował się pod ławką. Jeszcze raz spojrzałem tęsknie na drogę, którą odszedł ciemnowłosy.

             W końcu wstałem i poszedłem do domu. Odechciało mi się wszystkiego. Robiłem sobie wyrzuty, że za nim nie poszedłem, z drugiej strony nie wiedziałem, co mógłbym mu wtedy powiedzieć. Zero pomysłów. Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi, zdjąłem buty, spodnie cisnąłem gdzieś w kąt, a bluzę rzuciłem na krzesło. Celem była łazienka i wzięcie długiej, gorącej kąpieli. Stanąłem pod prysznicem, od razu odkręcając wodę. Z początku lodowate krople, z czasem coraz cieplejsze zaczęły obmywać moje ciało. Kojące uczucie odprężającego gorąca rozchodziło się po mięśniach, ocierając się o zmysły. Może to wszystko było snem? Wciąż w głowie miałem tę piosenkę. Bez przerwy przed oczami widziałem lekko zaszklone, czekoladowe oczy drobnej budowy chłopaka. Napuściłem gorącej wody do wanny. Dolałem trochę płynu do kąpieli i zanurzyłem się w wodzie. Zamknąłem oczy i oddałem się błogiemu odpoczynkowi.
           
             Jakiś czas później wyszedłem z wanny z wrażeniem wypełniającej mnie po brzegi pustki. Spojrzałem w lustro na swoją twarz. Przez pożegnalną trasę koncertową odzwyczaiłem się od jej widoku bez makijażu. No dobrze, bez przesady. Po prostu, gdy ostatni raz patrzyłem w lustro dla samego spojrzenia na siebie, miałem umalowane oczy i zrobioną fryzurę. Przeczesałem mokre włosy i przerzuciłem je na prawe ramię. Owinąłem się w pasie ręcznikiem i poszedłem do sypialni. Tam ubrałem się i zaraz podłączyłem gitarę. Zacząłem grać pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zorientowałem się, że grałem to już dzisiaj, tylko w podziemiach na akustyku. Przypomniałem sobie właściwe, oryginalne brzmienie tego utworu. Jednak w mojej głowie nie rozbrzmiał głos Osbourne’a, a Zina. Przymknąłem powieki. Łzy napłynęły mi do oczu na wspomnienie nostalgicznych słów wydobywających się z jego delikatnych ust. Kilka kropli spłynęło mi po policzkach. 
„I don’t care about the sunshine…”
           Kim jesteś? Skąd naprawdę się tam wziąłeś? Dlaczego musisz śpiewać na ulicy? I przed czym uciekasz?
Te wszystkie pytania chciałem mu zadać. Rozpaczliwa potrzeba zrobienia czegoś z tym kołatała mi w głowie tworząc wraz z biciem serca rytm…
          Piosenki Zina.
          Hizaki, uspokój się.

          Z policzkami wilgotnymi od łez odstawiłem gitarę w kąt. Rzuciłem się na łóżko. Wbiłem wzrok w śnieżnobiały strop mojego pustego mieszkania. Tak samo pustego, jak ja byłem. Czyżby odchodząc, zabrał ze sobą coś mojego? Byłem tego pewien. Bezczelnie skradł uczucie, którym do tej pory darzyłem tylko jedną osobę. Niestety bez wzajemności. Taka kradzież to nie przestępstwo. Stopniowo, moje powieki stawały się coraz cięższe i cięższe.

          Obudziłem się przez dziwne odgłosy dochodzące z kuchni. Podniosłem się leniwie. Ku mojemu zdziwieniu, byłem przykryty kocem. Odkryłem się i wstałem z łóżka. Poszedłem do miejsca, z którego dobiegały te dźwięki. Tak jakby ktoś usiłował odkręcić ten zepsuty kran. Zajrzałem do pomieszczenia. Przy zlewie stał Kamijo i próbował wydobyć wodę z wcześniej wspomnianego urządzenia.
           - Znowu zostawiłem otwarte drzwi, nie? – aż cały podskoczył. Zaśmiałem się. 
           - Na Boga, lubisz mnie straszyć... – odetchnął głęboko i odwrócił się w moją stronę. Przytulił mnie do siebie.
            - Tak dawno cię nie widziałem... – westchnął. Koniec solowej trasy, książę powrócił. 
            - Witaj w domu, Yuuji. –  również go objąłem. Mimo, że wciąż był mi najbliższym przyjacielem, to miałem do niego, w głębi serca ogromny żal. Odsunąłem się pierwszy. Cieszyłem się, że przyszedł. Inaczej pewnie leżałbym tak do rana zajmując się analizowaniem wszystkich zdarzeń z całego dnia, gdybania i przez to wszystko czułbym się beznadziejnie. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na niego. 
           - Kiedy właściwie wróciłeś? 
           - Wczoraj. I miałem nieposkromioną ochotę na odwiedziny u księżniczki. – wyszczerzył się wrednie. Wiedział, że nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie tak "w cywilu". Przymrużyłem oczy i wbiłem w niego mordercze spojrzenie. 
           - Znaleźliście już wokalistę? –  zapytał. Przypomniałem sobie o Zinie. Poczułem dziwne ukłucie w okolicach klatki piersiowej. 
           - T... Tak. Znaczy, jest całkiem dobry kandydat... 
           - Trzymam za was kciuki. –odpowiedział. Rozzłościły mnie jego słowa. 
           - I... I ty to mówisz? Ty trzymasz kciuki? Ty, który najbardziej mógłbyś pomóc? Nie denerwuj mnie. – warknąłem i usiadłem na krześle przy stole. 
           - Oj, Hizaś... Tłumaczyłem ci wszystko. 
           - Milcz. Nie wracamy do tego tematu. Ja mam swój zespół, ty masz swój. Koniec.
          - Już, dobrze. Co u ciebie? – przysiadł się do mnie z tym swoim niewinnym uśmiechem. 
          - Ano... Toczy się. Jakoś. – jakoś miernie. O Zinie bym mu przecież nie powiedział. 

           Ani się obejrzeć, jak minęła reszta naszej rozmowy. Ze starymi przyjaciółmi czas zdawał się znikać na chwilę, znikało odczucie upływających minut, syndrom tykającego zegara przestawał istnieć. Gdy poszedł, właściwie zaraz zapadłem w głęboki sen. 
Przez następne dni pogrążyłem się w monotonii i dosłownie tonąłem w rutynie, a jedynymi ludźmi, których radość i nadzieja wciąż trwała w takim samym stanie, a głowy były pełne zapału i durnych pomysłów, był  zespół. Roześmiany Teru, Masashi ze swoim ukochanym kotem, którego musiał wszędzie zabierać ze sobą i Yuki jako partner Teru do interesujących rozmów na tematy ważne i ważniejsze, czasem kontrowersyjne, lecz wciąż zabawne 
           Pewnego dnia, po powrocie z podziemi, w których nie było osoby, dla której straciłem głowę, potrzebowałem rozładowania się. Moją jedyną potrzebą było przelanie swoich uczuć na papier, przekazanie ich strunom. Usiadłem przed komputerem i zacząłem pisać. Wszystko, co czułem, na co miałem nadzieję. Kiedy tekst był gotowy, podłączyłem gitarę. Podczas pisania, w głowie ułożył mi się pewien obraz tego, jak mógłby brzmieć wstęp. Mocno, a jednocześnie smutno.
            Nostalgicznie.
           Zacząłem snuć domysły, jak cudownie mogłoby to brzmieć wyśpiewane przez Niego. Gdybym tylko mógł usłyszeć ten głos jeszcze raz. Gdybym tylko miał możliwość na spojrzenie jeszcze raz w te szklane oczy… Wtedy chciałbym poznać prawdę. Najgorsze było to, że żyłem w niepewności. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, nie wiedziałem gdzie jest i czy kiedyś jeszcze go zobaczę. A durna wena twórcza doskonale karmiła się moją beznadzieją. Wredna, wredna małpa. 

                                                                     ***

              - Hizaki, to jest piękne! – szczebiotał białowłosy, cały szczęśliwy, że odchodzimy od grania starych utworów i zaczynamy faktycznie tworzyć coś nowego, nowy zespół. Bas i perkusja już dosyć dobrze współgrały z gitarami, po niezliczonej ilości prób zagrania, kilkunastu wprowadzonych poprawkach i niespodziewanych zwrotach akcji w nastroju drugiego gitarzysty. 
             -  Cieszę się. – uśmiechnąłem się. Masashi wypuścił kota z transportera, korzystając z przerwy. Biedne zwierze kisiło się w tym pudle przez cały czas, jaki spędzaliśmy przy instrumentach. Kociak bowiem, lubił czasem uwiesić się któremuś na nodze bądź po prostu odłączać przewody. Sam sobie zgotował taki los.
             
           - Matko, Masashi, jak ty spasłeś tego kota – zauważył Yuki.
           - On nie jest gruby… On… On ma krągłości. – bronił się basista. Yuki spojrzał się na Piisuke skaczącego ze wzmacniacza na zamknięty karton, który zarwał się pod jego ciężarem.
           - W takim razie chcesz powiedzieć, że kot z krągłościami tworzy kratery w pudłach, po których bez problemu chodzi sobie Teru?
            - Bo krągłości to pojęcie względne. Pii ma takie… Bardziej okrągłe. 
            - Koniec tematu. – zaśmiał się perkusista. – Ale na zdrowie by mu wyszło, gdyby nie zjadał wszystkich twoich posiłków.
Próba minęła spokojnie, do końca. Obgadaliśmy sprawę wokalisty, gdzie dać ogłoszenia, jak kogoś znaleźć i kogo właściwie nam trzeba. I opuściłem salę w kolejnej, monotonnej drodze do domu. Przeszedłem całe to ciemne osiedle, okadzone wonią właściwie wszystkiego. Dotarłem w stałe miejsce oczekiwania. Nic. Tym razem nie było nawet tego głodnego kundelka. Gdy słońce znalazło się już poza zasięgiem mojego wzroku, zadecydowałem wrócić do domu. Idąc wzdłuż torów, usłyszałem szloch. Od linii kolejowej dzieliła mnie jedynie wąska kurtyna drzew. Wyjrzałem zza nich. W poprzek szyn leżał młody mężczyzna, sądząc po budowie. Znajomo wyglądająca, ale okropnie już brudna kurtka, ciemne włosy.

             - Zin, co ty tutaj robisz? – zapytałem podbiegając do niego. Nie zareagował. Był brudny i czuć było od niego zapach alkoholu. Płakał, a na jego zmęczonej twarzy widać było obtarcie. 
             - Zostaw mnie, chcę umrzeć – wybełkotał. Jego głos był jakby spowolniony, mowa zdawała się sprawiać mu kłopot. Złapałem go za ramiona i szybko podniosłem z wysypanego żwirem podłoża. Nie odzywałem się. Po jego stanie widać było, że jest pod wpływem i może zrobić coś głupiego. Najbezpieczniej będzie po prostu go stąd zabrać. Nie stawiał oporu, ospale, z apatią szedł w stronę, w którą go popychałem. W pewnym momencie prawie upadł, ale złapałem go w odpowiednim momencie. Zarzuciłem sobie rękę chłopaka na ramię i w ten sposób, z wielkim trudem dowlokłem go do domu. Powłóczył nogami i naprawdę nie było łatwo. Od razu po wejściu do środka, rozłożyłem na kanapie koc i posadziłem go na nim. Pomogłem mu zdjąć buty i kurtkę, które zaraz wyniosłem na balkon. Ułożyłem jego głowę na poduszce i przykryłem drugim kocem. Drżał, a jego ręce były lodowate. Usiadłem na podłodze i popatrzyłem w jego ciemne, smutne oczy. Patrzył wprost na mnie. Pogłaskałem go po skroni, przeczesując ręką tłuste włosy. W końcu zaczął zasypiać. 
            
           
 Tej nocy nie zamierzałem spędzić poza świadomością. Byłem jednocześnie zbyt szczęśliwy, że znalazłem Zina i za bardzo zdenerwowany jego stanem. Zrobiłem sobie mocne espresso sączyłem je powoli, czytając książkę. Siedziałem przy kanapie, na podłodze z kawą i grubym tomem. Za każdym razem, gdy Zin się poruszył, wydał jakiś dziwny pomruk, odwracałem się i sprawdzałem, czy wszystko w porządku. W końcu, po trzeciej kawie, zmorzył mnie sen. 
Obudziło mnie lekkie szturchnięcie. Zerwałem się, jak oparzony. Zin miał otwarte oczy, a na twarzy wymalowane przerażenie.
              - Co ja tu robię? Jak się tu znalazłem? – zapytał, podnosząc się spłoszony do siadu. 
              - Zabrałem cię wczoraj z przejazdu kolejowego. Leżałeś na torach. – odpowiedziałem, uspokajając się nieco. Żywa pobudka, nie ma co. 
               - Co… Mniejsza. Przepraszam, nie chcę ci się narzucać. Dziękuję. – powiedział jednym tchem i wstał. Zaraz jednak wylądował na podłodze. Westchnąłem przeciągle i pospieszyłem mu z pomocą. 
               - Ech… Nie narzucasz się, ja cię stamtąd zabrałem. Poza tym, mamy do pogadania. Idź się wykąpać, mam dla ciebie jakieś nowe ubrania. I bez dyskusji, tak stąd nie wyjdziesz.
               - I tak zrobiłeś za dużo. Zbierasz z ulicy wszystkie śmieci.
               - Nie jesteś śmieciem. - uśmiechnąłem się.
 Zaprowadziłem go pod drzwi łazienki, podałem z szafki mydło szampon do włosów i ręcznik. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem rozgrzebywać szafę w poszukiwaniu jakichś ubrań. W ostateczności znalazłem czarne bojówki i dosyć sporego rozmiaru, szary t-shirt. I oczywiście nowy komplet bielizny… Powinno pasować. Zapukałem z powrotem do drzwi łazienki. Wyjrzał z niej, owinięty ręcznikiem w pasie. Podałem mu ubranie. Spojrzał na mnie z wdzięcznością i zniknął w chmurach pary wodnej. Uśmiechnąłem się ciepło, już sam do siebie, idąc do kuchni przygotować jakieś jedzenie. Skromne tosty powinny wystarczyć. Tylko to miałem, nikogo się nie spodziewałem. Na moją twarz wstąpił jeszcze szerszy uśmiech, gdy zobaczyłem ciemnowłosego, idącego w moim kierunku z torbą z brudnymi ubraniami.
             - Połóż przy drzwiach na balkon. I chodź, zaraz jedzenie będzie gotowe. 
Zrobił wszystko, co mu powiedziałem. Usiadł przy blacie, na barowym krześle. Tam zwykle jadałem. Skończyłem przygotowywanie śniadania i podsunąłem mu talerz pod nos. Siedział wbijając wzrok w blat i nie za bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. 
             - Smacznego. – usiadłem obok niego. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. Miałem właśnie wziąć kęs tosta, gdy przyuważyłem to spojrzenie. 
             - Dziękuję. – powiedział cicho, zaciskając usta w wąską linię. Przystąpił do jedzenia. Czekała nas długa i całkiem poważna rozmowa.