Odszedłem.
Naprawdę, miałem nadzieję na ponowne spotkanie. Poza tym nie miałem pewności,
czy to on. Nie było to pewne, zresztą... Nawet jeśli, to nie powinno mnie
interesować życie tego chłopaka. Mijały dni, tygodnie, a ja wciąż czekałem z
nadzieją, że jeszcze się pojawi. W końcu cierpliwość się opłaciła. Przez cały
ten czas zdążyłem zdobyć zaufanie kundelka, na tyle by do mnie podchodził. Nie
dał się stąd zabrać, ale to zawsze krok w przód. Kończył posilać się kolejną
puszką psiej karmy. Nagle zamerdał ogonem i zaczął z czegoś się cieszyć.
Podążyłem wzrokiem w miejsce, w które się wpatrywał. Na moją twarz także
zawitała radość. Ciemnowłosy chłopak zmierzał w stronę ławki z gitarą na
ramieniu.
- Witaj znowu. - uśmiechnąłem się, wstając z klęczków.
- Hej... - przywitał się, zatrzymując na ułamek sekundy wzrok na moich źrenicach. Jego oczy były koloru mlecznej czekolady. Rozłożył pokrowiec od gitary na płytach chodnikowych, a instrument oparł o ławkę. Spojrzałem kątem oka na solidnej roboty, starą i zadbaną gitarę. Przesunąłem palcami po cienkim gryfie.
- Co ty na to, żebym ja ci dzisiaj grał? - spojrzałem na niego. Popatrzył się na mnie nieco zdziwiony. Zdjął kurtkę i położył ją na ławce, a sam usiadł obok.
- Proszę bardzo - rzucił w odpowiedzi.
- To samo, co ostatnio?
- Tak. - przeczesał włosy i podał mi gitarę. Wytarłem ręce o nogawki spodni i przejąłem ją. Sprawdziłem naprężenie strun. Zin przyglądał mi się. Wydobyłem pierwsze dźwięki z instrumentu. Intro, a po nim...
Times have changed, and times are strange
Here I come , But I ain't the same
Mama, I'm Coming Home
Time's gone by, seems to be
You could have been a better friend to me
Mama, I'm Coming Home
You took me in, and you drove me out
Yeah, you had me hypnotized, yeah
Lost and found and turned around…
Jego głos był nawet bardziej poruszający niż ostatnio. Jednak było w nim coś smutnego, jakby słabsza cząstka chłopaka rozpaczliwie poszukiwała wyjścia z potrzasku. Kilka osób zatrzymało się, a na czarnym materiale zaczęły błyszczeć monety. Jemu po prostu potrzebna była nieco lepsza oprawa. Dostrzegłem łzy w oczach Zina. Dobrnęliśmy do końca. Gdy zapomniałem, jak powinienem grać, zacząłem improwizować.
- Masz naprawdę wielki dar... - odstawiłem gitarę. W gardle miałem gulę, sama w sobie piosenka była wzruszająca a przy takim wykonaniu dosłownie zwalała mnie z nóg.
- Odezwał się ten co nie ma. Że ty niby tak… na bieżąco? – dziwił się.
- No... Tak. - odpowiedziałem. - Gram w zespole już ładnych parę lat. - westchnąłem z lekkim rozrzewnieniem. Piękne czasy. Piękna przyjaźń. Jasmine… A później już tylko mój mały świat leżący na podłodze w totalnej rozsypce. Spękany i pogrążony w bólu po tym, gdy nie ze swojej winy nie mogłem dotrzymać przyrzeczenia. Zespół się nie rozpadł, ale przerwaliśmy grę. A You tego by nie chciał. On nie pozwoliłby na to. Mimo to, Kamijo zadecydował o odejściu. Wtedy właśnie mój mały świat został dodatkowo podeptany. I to przez kogoś, na kim mi tak bardzo zależało…
- To wiele wyjaśnia…
- Teraz powstało coś nowego, ale nie mamy wokalisty. – uśmiechnąłem się znacząco. – A sądząc po twoim głosie, mógłbyś nim zostać. – dodałem, patrząc mu już w oczy. Dostrzegłem w nich smutek i coś w rodzaju tęsknoty. Nie mogłem jednak wiedzieć, czym były spowodowane.
- Na mnie już za późno. Liczę, że kogoś znajdziecie. – powiedział pokrótce. Odwrócił wzrok i zajął się psem.
- Na nikogo nie jest za późno. Wiem, skąd tu przychodzisz. Nie chciałbyś się wyrwać? Czekałaby cię wspaniała przyszłość, fani, koncerty, płyty…
- Przestań. – odwrócił się, wbijając we mnie lodowate spojrzenie. – Skończyłem się. Zapomnij o mnie, rozumiesz? Po prostu zapomnij, że mnie poznałeś. Zapomnij, skąd jestem i więcej tam nie wracaj. I z góry dziękuję. – głos Zina przybrał barwy obronne, barwy paniki. Wstał, schował gitarę i zaczął ubierać się w kurtkę. Złapałem go za rękę.
- Zin… Przemyśl to. – powiedziałem cicho, skupiając przez chwilę na sobie całą jego uwagę. Wyrwał mi swoją dłoń i pobiegł w stronę wyjścia. Odetchnąłem zrezygnowany. Ogarnął mnie dziwny smutek. Jakbym właśnie bezpowrotnie stracił kogoś bardzo ważnego. Tak jak wtedy, gdy nie było go tyle czasu. Będę czekał, Zin.
- I zostaliśmy tu sami… - westchnąłem, niby to do psa, niby do siebie. Ciemnooki kundelek popatrzył na mnie smutno i schował się pod ławką. Jeszcze raz spojrzałem tęsknie na drogę, którą odszedł ciemnowłosy.
W końcu wstałem i poszedłem do domu. Odechciało mi się wszystkiego. Robiłem sobie wyrzuty, że za nim nie poszedłem, z drugiej strony nie wiedziałem, co mógłbym mu wtedy powiedzieć. Zero pomysłów. Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi, zdjąłem buty, spodnie cisnąłem gdzieś w kąt, a bluzę rzuciłem na krzesło. Celem była łazienka i wzięcie długiej, gorącej kąpieli. Stanąłem pod prysznicem, od razu odkręcając wodę. Z początku lodowate krople, z czasem coraz cieplejsze zaczęły obmywać moje ciało. Kojące uczucie odprężającego gorąca rozchodziło się po mięśniach, ocierając się o zmysły. Może to wszystko było snem? Wciąż w głowie miałem tę piosenkę. Bez przerwy przed oczami widziałem lekko zaszklone, czekoladowe oczy drobnej budowy chłopaka. Napuściłem gorącej wody do wanny. Dolałem trochę płynu do kąpieli i zanurzyłem się w wodzie. Zamknąłem oczy i oddałem się błogiemu odpoczynkowi.
Jakiś czas później wyszedłem z wanny z wrażeniem wypełniającej mnie po brzegi pustki. Spojrzałem w lustro na swoją twarz. Przez pożegnalną trasę koncertową odzwyczaiłem się od jej widoku bez makijażu. No dobrze, bez przesady. Po prostu, gdy ostatni raz patrzyłem w lustro dla samego spojrzenia na siebie, miałem umalowane oczy i zrobioną fryzurę. Przeczesałem mokre włosy i przerzuciłem je na prawe ramię. Owinąłem się w pasie ręcznikiem i poszedłem do sypialni. Tam ubrałem się i zaraz podłączyłem gitarę. Zacząłem grać pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zorientowałem się, że grałem to już dzisiaj, tylko w podziemiach na akustyku. Przypomniałem sobie właściwe, oryginalne brzmienie tego utworu. Jednak w mojej głowie nie rozbrzmiał głos Osbourne’a, a Zina. Przymknąłem powieki. Łzy napłynęły mi do oczu na wspomnienie nostalgicznych słów wydobywających się z jego delikatnych ust. Kilka kropli spłynęło mi po policzkach.
„I don’t care about the sunshine…”
Kim jesteś? Skąd naprawdę się tam wziąłeś? Dlaczego musisz śpiewać na ulicy? I przed czym uciekasz?
Te wszystkie pytania chciałem mu zadać. Rozpaczliwa potrzeba zrobienia czegoś z tym kołatała mi w głowie tworząc wraz z biciem serca rytm…
Piosenki Zina.
Hizaki, uspokój się.
Z policzkami wilgotnymi od łez odstawiłem gitarę w kąt. Rzuciłem się na łóżko. Wbiłem wzrok w śnieżnobiały strop mojego pustego mieszkania. Tak samo pustego, jak ja byłem. Czyżby odchodząc, zabrał ze sobą coś mojego? Byłem tego pewien. Bezczelnie skradł uczucie, którym do tej pory darzyłem tylko jedną osobę. Niestety bez wzajemności. Taka kradzież to nie przestępstwo. Stopniowo, moje powieki stawały się coraz cięższe i cięższe.
Obudziłem się przez dziwne odgłosy dochodzące z kuchni. Podniosłem się leniwie. Ku mojemu zdziwieniu, byłem przykryty kocem. Odkryłem się i wstałem z łóżka. Poszedłem do miejsca, z którego dobiegały te dźwięki. Tak jakby ktoś usiłował odkręcić ten zepsuty kran. Zajrzałem do pomieszczenia. Przy zlewie stał Kamijo i próbował wydobyć wodę z wcześniej wspomnianego urządzenia.
- Znowu zostawiłem otwarte drzwi, nie? – aż cały podskoczył. Zaśmiałem się.
- Na Boga, lubisz mnie straszyć... – odetchnął głęboko i odwrócił się w moją stronę. Przytulił mnie do siebie.
- Tak dawno cię nie widziałem... – westchnął. Koniec solowej trasy, książę powrócił.
- Witaj w domu, Yuuji. – również go objąłem. Mimo, że wciąż był mi najbliższym przyjacielem, to miałem do niego, w głębi serca ogromny żal. Odsunąłem się pierwszy. Cieszyłem się, że przyszedł. Inaczej pewnie leżałbym tak do rana zajmując się analizowaniem wszystkich zdarzeń z całego dnia, gdybania i przez to wszystko czułbym się beznadziejnie. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na niego.
- Kiedy właściwie wróciłeś?
- Wczoraj. I miałem nieposkromioną ochotę na odwiedziny u księżniczki. – wyszczerzył się wrednie. Wiedział, że nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie tak "w cywilu". Przymrużyłem oczy i wbiłem w niego mordercze spojrzenie.
- Znaleźliście już wokalistę? – zapytał. Przypomniałem sobie o Zinie. Poczułem dziwne ukłucie w okolicach klatki piersiowej.
- T... Tak. Znaczy, jest całkiem dobry kandydat...
- Witaj znowu. - uśmiechnąłem się, wstając z klęczków.
- Hej... - przywitał się, zatrzymując na ułamek sekundy wzrok na moich źrenicach. Jego oczy były koloru mlecznej czekolady. Rozłożył pokrowiec od gitary na płytach chodnikowych, a instrument oparł o ławkę. Spojrzałem kątem oka na solidnej roboty, starą i zadbaną gitarę. Przesunąłem palcami po cienkim gryfie.
- Co ty na to, żebym ja ci dzisiaj grał? - spojrzałem na niego. Popatrzył się na mnie nieco zdziwiony. Zdjął kurtkę i położył ją na ławce, a sam usiadł obok.
- Proszę bardzo - rzucił w odpowiedzi.
- To samo, co ostatnio?
- Tak. - przeczesał włosy i podał mi gitarę. Wytarłem ręce o nogawki spodni i przejąłem ją. Sprawdziłem naprężenie strun. Zin przyglądał mi się. Wydobyłem pierwsze dźwięki z instrumentu. Intro, a po nim...
Times have changed, and times are strange
Here I come , But I ain't the same
Mama, I'm Coming Home
Time's gone by, seems to be
You could have been a better friend to me
Mama, I'm Coming Home
You took me in, and you drove me out
Yeah, you had me hypnotized, yeah
Lost and found and turned around…
Jego głos był nawet bardziej poruszający niż ostatnio. Jednak było w nim coś smutnego, jakby słabsza cząstka chłopaka rozpaczliwie poszukiwała wyjścia z potrzasku. Kilka osób zatrzymało się, a na czarnym materiale zaczęły błyszczeć monety. Jemu po prostu potrzebna była nieco lepsza oprawa. Dostrzegłem łzy w oczach Zina. Dobrnęliśmy do końca. Gdy zapomniałem, jak powinienem grać, zacząłem improwizować.
- Masz naprawdę wielki dar... - odstawiłem gitarę. W gardle miałem gulę, sama w sobie piosenka była wzruszająca a przy takim wykonaniu dosłownie zwalała mnie z nóg.
- Odezwał się ten co nie ma. Że ty niby tak… na bieżąco? – dziwił się.
- No... Tak. - odpowiedziałem. - Gram w zespole już ładnych parę lat. - westchnąłem z lekkim rozrzewnieniem. Piękne czasy. Piękna przyjaźń. Jasmine… A później już tylko mój mały świat leżący na podłodze w totalnej rozsypce. Spękany i pogrążony w bólu po tym, gdy nie ze swojej winy nie mogłem dotrzymać przyrzeczenia. Zespół się nie rozpadł, ale przerwaliśmy grę. A You tego by nie chciał. On nie pozwoliłby na to. Mimo to, Kamijo zadecydował o odejściu. Wtedy właśnie mój mały świat został dodatkowo podeptany. I to przez kogoś, na kim mi tak bardzo zależało…
- To wiele wyjaśnia…
- Teraz powstało coś nowego, ale nie mamy wokalisty. – uśmiechnąłem się znacząco. – A sądząc po twoim głosie, mógłbyś nim zostać. – dodałem, patrząc mu już w oczy. Dostrzegłem w nich smutek i coś w rodzaju tęsknoty. Nie mogłem jednak wiedzieć, czym były spowodowane.
- Na mnie już za późno. Liczę, że kogoś znajdziecie. – powiedział pokrótce. Odwrócił wzrok i zajął się psem.
- Na nikogo nie jest za późno. Wiem, skąd tu przychodzisz. Nie chciałbyś się wyrwać? Czekałaby cię wspaniała przyszłość, fani, koncerty, płyty…
- Przestań. – odwrócił się, wbijając we mnie lodowate spojrzenie. – Skończyłem się. Zapomnij o mnie, rozumiesz? Po prostu zapomnij, że mnie poznałeś. Zapomnij, skąd jestem i więcej tam nie wracaj. I z góry dziękuję. – głos Zina przybrał barwy obronne, barwy paniki. Wstał, schował gitarę i zaczął ubierać się w kurtkę. Złapałem go za rękę.
- Zin… Przemyśl to. – powiedziałem cicho, skupiając przez chwilę na sobie całą jego uwagę. Wyrwał mi swoją dłoń i pobiegł w stronę wyjścia. Odetchnąłem zrezygnowany. Ogarnął mnie dziwny smutek. Jakbym właśnie bezpowrotnie stracił kogoś bardzo ważnego. Tak jak wtedy, gdy nie było go tyle czasu. Będę czekał, Zin.
- I zostaliśmy tu sami… - westchnąłem, niby to do psa, niby do siebie. Ciemnooki kundelek popatrzył na mnie smutno i schował się pod ławką. Jeszcze raz spojrzałem tęsknie na drogę, którą odszedł ciemnowłosy.
W końcu wstałem i poszedłem do domu. Odechciało mi się wszystkiego. Robiłem sobie wyrzuty, że za nim nie poszedłem, z drugiej strony nie wiedziałem, co mógłbym mu wtedy powiedzieć. Zero pomysłów. Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi, zdjąłem buty, spodnie cisnąłem gdzieś w kąt, a bluzę rzuciłem na krzesło. Celem była łazienka i wzięcie długiej, gorącej kąpieli. Stanąłem pod prysznicem, od razu odkręcając wodę. Z początku lodowate krople, z czasem coraz cieplejsze zaczęły obmywać moje ciało. Kojące uczucie odprężającego gorąca rozchodziło się po mięśniach, ocierając się o zmysły. Może to wszystko było snem? Wciąż w głowie miałem tę piosenkę. Bez przerwy przed oczami widziałem lekko zaszklone, czekoladowe oczy drobnej budowy chłopaka. Napuściłem gorącej wody do wanny. Dolałem trochę płynu do kąpieli i zanurzyłem się w wodzie. Zamknąłem oczy i oddałem się błogiemu odpoczynkowi.
Jakiś czas później wyszedłem z wanny z wrażeniem wypełniającej mnie po brzegi pustki. Spojrzałem w lustro na swoją twarz. Przez pożegnalną trasę koncertową odzwyczaiłem się od jej widoku bez makijażu. No dobrze, bez przesady. Po prostu, gdy ostatni raz patrzyłem w lustro dla samego spojrzenia na siebie, miałem umalowane oczy i zrobioną fryzurę. Przeczesałem mokre włosy i przerzuciłem je na prawe ramię. Owinąłem się w pasie ręcznikiem i poszedłem do sypialni. Tam ubrałem się i zaraz podłączyłem gitarę. Zacząłem grać pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zorientowałem się, że grałem to już dzisiaj, tylko w podziemiach na akustyku. Przypomniałem sobie właściwe, oryginalne brzmienie tego utworu. Jednak w mojej głowie nie rozbrzmiał głos Osbourne’a, a Zina. Przymknąłem powieki. Łzy napłynęły mi do oczu na wspomnienie nostalgicznych słów wydobywających się z jego delikatnych ust. Kilka kropli spłynęło mi po policzkach.
„I don’t care about the sunshine…”
Kim jesteś? Skąd naprawdę się tam wziąłeś? Dlaczego musisz śpiewać na ulicy? I przed czym uciekasz?
Te wszystkie pytania chciałem mu zadać. Rozpaczliwa potrzeba zrobienia czegoś z tym kołatała mi w głowie tworząc wraz z biciem serca rytm…
Piosenki Zina.
Hizaki, uspokój się.
Z policzkami wilgotnymi od łez odstawiłem gitarę w kąt. Rzuciłem się na łóżko. Wbiłem wzrok w śnieżnobiały strop mojego pustego mieszkania. Tak samo pustego, jak ja byłem. Czyżby odchodząc, zabrał ze sobą coś mojego? Byłem tego pewien. Bezczelnie skradł uczucie, którym do tej pory darzyłem tylko jedną osobę. Niestety bez wzajemności. Taka kradzież to nie przestępstwo. Stopniowo, moje powieki stawały się coraz cięższe i cięższe.
Obudziłem się przez dziwne odgłosy dochodzące z kuchni. Podniosłem się leniwie. Ku mojemu zdziwieniu, byłem przykryty kocem. Odkryłem się i wstałem z łóżka. Poszedłem do miejsca, z którego dobiegały te dźwięki. Tak jakby ktoś usiłował odkręcić ten zepsuty kran. Zajrzałem do pomieszczenia. Przy zlewie stał Kamijo i próbował wydobyć wodę z wcześniej wspomnianego urządzenia.
- Znowu zostawiłem otwarte drzwi, nie? – aż cały podskoczył. Zaśmiałem się.
- Na Boga, lubisz mnie straszyć... – odetchnął głęboko i odwrócił się w moją stronę. Przytulił mnie do siebie.
- Tak dawno cię nie widziałem... – westchnął. Koniec solowej trasy, książę powrócił.
- Witaj w domu, Yuuji. – również go objąłem. Mimo, że wciąż był mi najbliższym przyjacielem, to miałem do niego, w głębi serca ogromny żal. Odsunąłem się pierwszy. Cieszyłem się, że przyszedł. Inaczej pewnie leżałbym tak do rana zajmując się analizowaniem wszystkich zdarzeń z całego dnia, gdybania i przez to wszystko czułbym się beznadziejnie. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na niego.
- Kiedy właściwie wróciłeś?
- Wczoraj. I miałem nieposkromioną ochotę na odwiedziny u księżniczki. – wyszczerzył się wrednie. Wiedział, że nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie tak "w cywilu". Przymrużyłem oczy i wbiłem w niego mordercze spojrzenie.
- Znaleźliście już wokalistę? – zapytał. Przypomniałem sobie o Zinie. Poczułem dziwne ukłucie w okolicach klatki piersiowej.
- T... Tak. Znaczy, jest całkiem dobry kandydat...
- Trzymam za was kciuki. –odpowiedział.
Rozzłościły mnie jego słowa.
- I... I ty to mówisz? Ty trzymasz kciuki? Ty, który najbardziej mógłbyś pomóc? Nie denerwuj mnie. – warknąłem i usiadłem na krześle przy stole.
- Oj, Hizaś... Tłumaczyłem ci wszystko.
- Milcz. Nie wracamy do tego tematu. Ja mam swój zespół, ty masz swój. Koniec.
- Już, dobrze. Co u ciebie? – przysiadł się do mnie z tym swoim niewinnym uśmiechem.
- Ano... Toczy się. Jakoś. – jakoś miernie. O Zinie bym mu przecież nie powiedział.
Ani się obejrzeć, jak minęła reszta naszej rozmowy. Ze starymi przyjaciółmi czas zdawał się znikać na chwilę, znikało odczucie upływających minut, syndrom tykającego zegara przestawał istnieć. Gdy poszedł, właściwie zaraz zapadłem w głęboki sen.
Przez następne dni pogrążyłem się w monotonii i dosłownie tonąłem w rutynie, a jedynymi ludźmi, których radość i nadzieja wciąż trwała w takim samym stanie, a głowy były pełne zapału i durnych pomysłów, był zespół. Roześmiany Teru, Masashi ze swoim ukochanym kotem, którego musiał wszędzie zabierać ze sobą i Yuki jako partner Teru do interesujących rozmów na tematy ważne i ważniejsze, czasem kontrowersyjne, lecz wciąż zabawne
Pewnego dnia, po powrocie z podziemi, w których nie było osoby, dla której straciłem głowę, potrzebowałem rozładowania się. Moją jedyną potrzebą było przelanie swoich uczuć na papier, przekazanie ich strunom. Usiadłem przed komputerem i zacząłem pisać. Wszystko, co czułem, na co miałem nadzieję. Kiedy tekst był gotowy, podłączyłem gitarę. Podczas pisania, w głowie ułożył mi się pewien obraz tego, jak mógłby brzmieć wstęp. Mocno, a jednocześnie smutno.
Nostalgicznie.
Zacząłem snuć domysły, jak cudownie mogłoby to brzmieć wyśpiewane przez Niego. Gdybym tylko mógł usłyszeć ten głos jeszcze raz. Gdybym tylko miał możliwość na spojrzenie jeszcze raz w te szklane oczy… Wtedy chciałbym poznać prawdę. Najgorsze było to, że żyłem w niepewności. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, nie wiedziałem gdzie jest i czy kiedyś jeszcze go zobaczę. A durna wena twórcza doskonale karmiła się moją beznadzieją. Wredna, wredna małpa.
***
- Hizaki, to jest piękne! – szczebiotał białowłosy, cały szczęśliwy, że odchodzimy od grania starych utworów i zaczynamy faktycznie tworzyć coś nowego, nowy zespół. Bas i perkusja już dosyć dobrze współgrały z gitarami, po niezliczonej ilości prób zagrania, kilkunastu wprowadzonych poprawkach i niespodziewanych zwrotach akcji w nastroju drugiego gitarzysty.
- Cieszę się. – uśmiechnąłem się. Masashi wypuścił kota z transportera, korzystając z przerwy. Biedne zwierze kisiło się w tym pudle przez cały czas, jaki spędzaliśmy przy instrumentach. Kociak bowiem, lubił czasem uwiesić się któremuś na nodze bądź po prostu odłączać przewody. Sam sobie zgotował taki los.
- Matko, Masashi, jak ty spasłeś tego kota – zauważył Yuki.
- On nie jest gruby… On… On ma krągłości. – bronił się basista. Yuki spojrzał się na Piisuke skaczącego ze wzmacniacza na zamknięty karton, który zarwał się pod jego ciężarem.
- W takim razie chcesz powiedzieć, że kot z krągłościami tworzy kratery w pudłach, po których bez problemu chodzi sobie Teru?
- Bo krągłości to pojęcie względne. Pii ma takie… Bardziej okrągłe.
- Koniec tematu. – zaśmiał się perkusista. – Ale na zdrowie by mu wyszło, gdyby nie zjadał wszystkich twoich posiłków.
Próba minęła spokojnie, do końca. Obgadaliśmy sprawę wokalisty, gdzie dać ogłoszenia, jak kogoś znaleźć i kogo właściwie nam trzeba. I opuściłem salę w kolejnej, monotonnej drodze do domu. Przeszedłem całe to ciemne osiedle, okadzone wonią właściwie wszystkiego. Dotarłem w stałe miejsce oczekiwania. Nic. Tym razem nie było nawet tego głodnego kundelka. Gdy słońce znalazło się już poza zasięgiem mojego wzroku, zadecydowałem wrócić do domu. Idąc wzdłuż torów, usłyszałem szloch. Od linii kolejowej dzieliła mnie jedynie wąska kurtyna drzew. Wyjrzałem zza nich. W poprzek szyn leżał młody mężczyzna, sądząc po budowie. Znajomo wyglądająca, ale okropnie już brudna kurtka, ciemne włosy.
- I... I ty to mówisz? Ty trzymasz kciuki? Ty, który najbardziej mógłbyś pomóc? Nie denerwuj mnie. – warknąłem i usiadłem na krześle przy stole.
- Oj, Hizaś... Tłumaczyłem ci wszystko.
- Milcz. Nie wracamy do tego tematu. Ja mam swój zespół, ty masz swój. Koniec.
- Już, dobrze. Co u ciebie? – przysiadł się do mnie z tym swoim niewinnym uśmiechem.
- Ano... Toczy się. Jakoś. – jakoś miernie. O Zinie bym mu przecież nie powiedział.
Ani się obejrzeć, jak minęła reszta naszej rozmowy. Ze starymi przyjaciółmi czas zdawał się znikać na chwilę, znikało odczucie upływających minut, syndrom tykającego zegara przestawał istnieć. Gdy poszedł, właściwie zaraz zapadłem w głęboki sen.
Przez następne dni pogrążyłem się w monotonii i dosłownie tonąłem w rutynie, a jedynymi ludźmi, których radość i nadzieja wciąż trwała w takim samym stanie, a głowy były pełne zapału i durnych pomysłów, był zespół. Roześmiany Teru, Masashi ze swoim ukochanym kotem, którego musiał wszędzie zabierać ze sobą i Yuki jako partner Teru do interesujących rozmów na tematy ważne i ważniejsze, czasem kontrowersyjne, lecz wciąż zabawne
Pewnego dnia, po powrocie z podziemi, w których nie było osoby, dla której straciłem głowę, potrzebowałem rozładowania się. Moją jedyną potrzebą było przelanie swoich uczuć na papier, przekazanie ich strunom. Usiadłem przed komputerem i zacząłem pisać. Wszystko, co czułem, na co miałem nadzieję. Kiedy tekst był gotowy, podłączyłem gitarę. Podczas pisania, w głowie ułożył mi się pewien obraz tego, jak mógłby brzmieć wstęp. Mocno, a jednocześnie smutno.
Nostalgicznie.
Zacząłem snuć domysły, jak cudownie mogłoby to brzmieć wyśpiewane przez Niego. Gdybym tylko mógł usłyszeć ten głos jeszcze raz. Gdybym tylko miał możliwość na spojrzenie jeszcze raz w te szklane oczy… Wtedy chciałbym poznać prawdę. Najgorsze było to, że żyłem w niepewności. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, nie wiedziałem gdzie jest i czy kiedyś jeszcze go zobaczę. A durna wena twórcza doskonale karmiła się moją beznadzieją. Wredna, wredna małpa.
***
- Hizaki, to jest piękne! – szczebiotał białowłosy, cały szczęśliwy, że odchodzimy od grania starych utworów i zaczynamy faktycznie tworzyć coś nowego, nowy zespół. Bas i perkusja już dosyć dobrze współgrały z gitarami, po niezliczonej ilości prób zagrania, kilkunastu wprowadzonych poprawkach i niespodziewanych zwrotach akcji w nastroju drugiego gitarzysty.
- Cieszę się. – uśmiechnąłem się. Masashi wypuścił kota z transportera, korzystając z przerwy. Biedne zwierze kisiło się w tym pudle przez cały czas, jaki spędzaliśmy przy instrumentach. Kociak bowiem, lubił czasem uwiesić się któremuś na nodze bądź po prostu odłączać przewody. Sam sobie zgotował taki los.
- Matko, Masashi, jak ty spasłeś tego kota – zauważył Yuki.
- On nie jest gruby… On… On ma krągłości. – bronił się basista. Yuki spojrzał się na Piisuke skaczącego ze wzmacniacza na zamknięty karton, który zarwał się pod jego ciężarem.
- W takim razie chcesz powiedzieć, że kot z krągłościami tworzy kratery w pudłach, po których bez problemu chodzi sobie Teru?
- Bo krągłości to pojęcie względne. Pii ma takie… Bardziej okrągłe.
- Koniec tematu. – zaśmiał się perkusista. – Ale na zdrowie by mu wyszło, gdyby nie zjadał wszystkich twoich posiłków.
Próba minęła spokojnie, do końca. Obgadaliśmy sprawę wokalisty, gdzie dać ogłoszenia, jak kogoś znaleźć i kogo właściwie nam trzeba. I opuściłem salę w kolejnej, monotonnej drodze do domu. Przeszedłem całe to ciemne osiedle, okadzone wonią właściwie wszystkiego. Dotarłem w stałe miejsce oczekiwania. Nic. Tym razem nie było nawet tego głodnego kundelka. Gdy słońce znalazło się już poza zasięgiem mojego wzroku, zadecydowałem wrócić do domu. Idąc wzdłuż torów, usłyszałem szloch. Od linii kolejowej dzieliła mnie jedynie wąska kurtyna drzew. Wyjrzałem zza nich. W poprzek szyn leżał młody mężczyzna, sądząc po budowie. Znajomo wyglądająca, ale okropnie już brudna kurtka, ciemne włosy.
- Zin, co ty tutaj robisz? – zapytałem podbiegając do niego. Nie zareagował.
Był brudny i czuć było od niego zapach alkoholu. Płakał, a na jego zmęczonej
twarzy widać było obtarcie.
- Zostaw mnie, chcę umrzeć – wybełkotał. Jego głos był jakby spowolniony, mowa zdawała się sprawiać mu kłopot. Złapałem go za ramiona i szybko podniosłem z wysypanego żwirem podłoża. Nie odzywałem się. Po jego stanie widać było, że jest pod wpływem i może zrobić coś głupiego. Najbezpieczniej będzie po prostu go stąd zabrać. Nie stawiał oporu, ospale, z apatią szedł w stronę, w którą go popychałem. W pewnym momencie prawie upadł, ale złapałem go w odpowiednim momencie. Zarzuciłem sobie rękę chłopaka na ramię i w ten sposób, z wielkim trudem dowlokłem go do domu. Powłóczył nogami i naprawdę nie było łatwo. Od razu po wejściu do środka, rozłożyłem na kanapie koc i posadziłem go na nim. Pomogłem mu zdjąć buty i kurtkę, które zaraz wyniosłem na balkon. Ułożyłem jego głowę na poduszce i przykryłem drugim kocem. Drżał, a jego ręce były lodowate. Usiadłem na podłodze i popatrzyłem w jego ciemne, smutne oczy. Patrzył wprost na mnie. Pogłaskałem go po skroni, przeczesując ręką tłuste włosy. W końcu zaczął zasypiać.
Tej nocy nie zamierzałem spędzić poza świadomością. Byłem jednocześnie zbyt szczęśliwy, że znalazłem Zina i za bardzo zdenerwowany jego stanem. Zrobiłem sobie mocne espresso sączyłem je powoli, czytając książkę. Siedziałem przy kanapie, na podłodze z kawą i grubym tomem. Za każdym razem, gdy Zin się poruszył, wydał jakiś dziwny pomruk, odwracałem się i sprawdzałem, czy wszystko w porządku. W końcu, po trzeciej kawie, zmorzył mnie sen.
Obudziło mnie lekkie szturchnięcie. Zerwałem się, jak oparzony. Zin miał otwarte oczy, a na twarzy wymalowane przerażenie.
- Co ja tu robię? Jak się tu znalazłem? – zapytał, podnosząc się spłoszony do siadu.
- Zabrałem cię wczoraj z przejazdu kolejowego. Leżałeś na torach. – odpowiedziałem, uspokajając się nieco. Żywa pobudka, nie ma co.
- Co… Mniejsza. Przepraszam, nie chcę ci się narzucać. Dziękuję. – powiedział jednym tchem i wstał. Zaraz jednak wylądował na podłodze. Westchnąłem przeciągle i pospieszyłem mu z pomocą.
- Ech… Nie narzucasz się, ja cię stamtąd zabrałem. Poza tym, mamy do pogadania. Idź się wykąpać, mam dla ciebie jakieś nowe ubrania. I bez dyskusji, tak stąd nie wyjdziesz.
- I tak zrobiłeś za dużo. Zbierasz z ulicy wszystkie śmieci.
- Nie jesteś śmieciem. - uśmiechnąłem się.
Zaprowadziłem go pod drzwi łazienki, podałem z szafki mydło szampon do włosów i ręcznik. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem rozgrzebywać szafę w poszukiwaniu jakichś ubrań. W ostateczności znalazłem czarne bojówki i dosyć sporego rozmiaru, szary t-shirt. I oczywiście nowy komplet bielizny… Powinno pasować. Zapukałem z powrotem do drzwi łazienki. Wyjrzał z niej, owinięty ręcznikiem w pasie. Podałem mu ubranie. Spojrzał na mnie z wdzięcznością i zniknął w chmurach pary wodnej. Uśmiechnąłem się ciepło, już sam do siebie, idąc do kuchni przygotować jakieś jedzenie. Skromne tosty powinny wystarczyć. Tylko to miałem, nikogo się nie spodziewałem. Na moją twarz wstąpił jeszcze szerszy uśmiech, gdy zobaczyłem ciemnowłosego, idącego w moim kierunku z torbą z brudnymi ubraniami.
- Połóż przy drzwiach na balkon. I chodź, zaraz jedzenie będzie gotowe.
Zrobił wszystko, co mu powiedziałem. Usiadł przy blacie, na barowym krześle. Tam zwykle jadałem. Skończyłem przygotowywanie śniadania i podsunąłem mu talerz pod nos. Siedział wbijając wzrok w blat i nie za bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić.
- Smacznego. – usiadłem obok niego. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. Miałem właśnie wziąć kęs tosta, gdy przyuważyłem to spojrzenie.
- Dziękuję. – powiedział cicho, zaciskając usta w wąską linię. Przystąpił do jedzenia. Czekała nas długa i całkiem poważna rozmowa.
- Zostaw mnie, chcę umrzeć – wybełkotał. Jego głos był jakby spowolniony, mowa zdawała się sprawiać mu kłopot. Złapałem go za ramiona i szybko podniosłem z wysypanego żwirem podłoża. Nie odzywałem się. Po jego stanie widać było, że jest pod wpływem i może zrobić coś głupiego. Najbezpieczniej będzie po prostu go stąd zabrać. Nie stawiał oporu, ospale, z apatią szedł w stronę, w którą go popychałem. W pewnym momencie prawie upadł, ale złapałem go w odpowiednim momencie. Zarzuciłem sobie rękę chłopaka na ramię i w ten sposób, z wielkim trudem dowlokłem go do domu. Powłóczył nogami i naprawdę nie było łatwo. Od razu po wejściu do środka, rozłożyłem na kanapie koc i posadziłem go na nim. Pomogłem mu zdjąć buty i kurtkę, które zaraz wyniosłem na balkon. Ułożyłem jego głowę na poduszce i przykryłem drugim kocem. Drżał, a jego ręce były lodowate. Usiadłem na podłodze i popatrzyłem w jego ciemne, smutne oczy. Patrzył wprost na mnie. Pogłaskałem go po skroni, przeczesując ręką tłuste włosy. W końcu zaczął zasypiać.
Tej nocy nie zamierzałem spędzić poza świadomością. Byłem jednocześnie zbyt szczęśliwy, że znalazłem Zina i za bardzo zdenerwowany jego stanem. Zrobiłem sobie mocne espresso sączyłem je powoli, czytając książkę. Siedziałem przy kanapie, na podłodze z kawą i grubym tomem. Za każdym razem, gdy Zin się poruszył, wydał jakiś dziwny pomruk, odwracałem się i sprawdzałem, czy wszystko w porządku. W końcu, po trzeciej kawie, zmorzył mnie sen.
Obudziło mnie lekkie szturchnięcie. Zerwałem się, jak oparzony. Zin miał otwarte oczy, a na twarzy wymalowane przerażenie.
- Co ja tu robię? Jak się tu znalazłem? – zapytał, podnosząc się spłoszony do siadu.
- Zabrałem cię wczoraj z przejazdu kolejowego. Leżałeś na torach. – odpowiedziałem, uspokajając się nieco. Żywa pobudka, nie ma co.
- Co… Mniejsza. Przepraszam, nie chcę ci się narzucać. Dziękuję. – powiedział jednym tchem i wstał. Zaraz jednak wylądował na podłodze. Westchnąłem przeciągle i pospieszyłem mu z pomocą.
- Ech… Nie narzucasz się, ja cię stamtąd zabrałem. Poza tym, mamy do pogadania. Idź się wykąpać, mam dla ciebie jakieś nowe ubrania. I bez dyskusji, tak stąd nie wyjdziesz.
- I tak zrobiłeś za dużo. Zbierasz z ulicy wszystkie śmieci.
- Nie jesteś śmieciem. - uśmiechnąłem się.
Zaprowadziłem go pod drzwi łazienki, podałem z szafki mydło szampon do włosów i ręcznik. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem rozgrzebywać szafę w poszukiwaniu jakichś ubrań. W ostateczności znalazłem czarne bojówki i dosyć sporego rozmiaru, szary t-shirt. I oczywiście nowy komplet bielizny… Powinno pasować. Zapukałem z powrotem do drzwi łazienki. Wyjrzał z niej, owinięty ręcznikiem w pasie. Podałem mu ubranie. Spojrzał na mnie z wdzięcznością i zniknął w chmurach pary wodnej. Uśmiechnąłem się ciepło, już sam do siebie, idąc do kuchni przygotować jakieś jedzenie. Skromne tosty powinny wystarczyć. Tylko to miałem, nikogo się nie spodziewałem. Na moją twarz wstąpił jeszcze szerszy uśmiech, gdy zobaczyłem ciemnowłosego, idącego w moim kierunku z torbą z brudnymi ubraniami.
- Połóż przy drzwiach na balkon. I chodź, zaraz jedzenie będzie gotowe.
Zrobił wszystko, co mu powiedziałem. Usiadł przy blacie, na barowym krześle. Tam zwykle jadałem. Skończyłem przygotowywanie śniadania i podsunąłem mu talerz pod nos. Siedział wbijając wzrok w blat i nie za bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić.
- Smacznego. – usiadłem obok niego. Podniósł głowę i spojrzał na mnie. Miałem właśnie wziąć kęs tosta, gdy przyuważyłem to spojrzenie.
- Dziękuję. – powiedział cicho, zaciskając usta w wąską linię. Przystąpił do jedzenia. Czekała nas długa i całkiem poważna rozmowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz