piątek, 19 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek III

 Zająłem się czytaniem, żeby pozwolić Zinowi się wyspać. Oparłem ręce na jego łopatkach, by mieć jak trzymać książkę. W połowie rozdziału, poczułem, że zaczyna się wiercić. Odłożyłem książkę na pufę i przyjrzałem się chłopakowi. Ziewnął przeciągle 
i podniósł głowę. Przyjrzał mi się, opuszczając wzrok na miejsce, w którym leżał. Uśmiechnąłem się do niego ciepło. Nasze twarze były bliżej siebie niż kiedykolwiek.
                 - Dzień dobry. – przywitałem się. Zin w mgnieniu oka podniósł się i zszedł ze mnie.
                 - Wybacz, że zrobiłem sobie z ciebie poduszkę… - mruknął, siadając na swoim pierwotnym miejscu. 
                 - A może byś najpierw odpowiedział, co? I możesz na mnie spać, ciepły jesteś. – dodałem z uśmiechem na twarzy. Podniosłem się do siadu. Zegar wskazywał pierwszą po południu. 
                   - Dzisiaj wielki dzień, nie? – szturchnąłem go łokciem. 
                   - Tak szczerze, to trochę się boję. – mruknął w odpowiedzi.
                   - Boisz się? Czego? 
                   - Jestem od was inny. Różnimy się.
                   - Jakbyś nie zauważył, na świecie nie ma takich samych ludzi. Głowa do góry 
i jedziemy. – przekazałem mu z radością. Chyba cieszyłem się z tego wszystkiego najbardziej i zdecydowanie fakt, że mamy wokalistę był rzeczą, dzięki której chciało mi się skakać ze szczęścia. W dodatku nowy wokalista jest obiektem moich westchnień i właśnie się na mnie wyspał. Czy mogłoby być lepiej? Owszem. Zawsze może być lepiej. 
                   Przygotowałem śniadanie, udało mi się dokonać tego w niemalże rekordowo krótkim czasie. Po jedzeniu, zanieśliśmy wszystkie nowe rzeczy do niemalże pustego pokoju. Zin zawiesił wzrok na położonych na blacie biurka zdjęciach. Podążyłem wzrokiem 
w miejsce, które tak go zaciekawiło. Było to wydrukowane zdjęcie z polaroidu, na którym Kamijo trzymał mnie na rękach i całował w usta. Posmutniałem. Nie chciałem nawet pamiętać tego krótkiego okresu, w którym nasza przyjaźń wystawiona została na taką próbę. Była ona jednak wiele silniejsza od uczucia, jakie kiedyś między nami było i ostało się na sicie czasu. Podszedłem do biurka i wziąłem pamiątkę do ręki, przedzierając je na pół 
i wrzucając do śmietnika. Zin popatrzył na mnie nieco zaskoczony. 
                   - Zabiorę wszystko do siebie, ty w tym czasie poprzekładaj rzeczy do szafek. – powiedziałem i zacząłem składać wszystkie papierki na jedną kupę. Odrzuciłem na bok jeszcze kilka naszych wspólnych zdjęć. Śladami pierwszego powędrowały wprost do czarnego worka. Położyłem resztę na wzmacniaczu i wysunąłem go za drzwi. Przyniosłem świeżą pościel, kołdrę i poduszkę dla ciemnowłosego i torbę, której nie wzięliśmy na początku. Znalezienie pościeli zajęło w sumie tyle czasu, ile Zinowi zajęło rozłożenie wszystkich ubrań w szafie. Siedział na łóżku ze splecionymi dłońmi. Wyglądał na dziwnie smutnego. Pomieszczenie sprawiało teraz wrażenie sterylnego. Położyłem pościele na materacu i usiadłem obok chłopaka. Objąłem jego ramię i oparłem na nim głowę. Odwrócił się, próbując na mnie spojrzeć.
                   - Uśmiechnij się – powiedziałem mu cicho do ucha, przypadkowo muskając je wargami. Wzdrygnął się, a na jego przedramieniu dostrzegłem gęsią skórkę. Wtuliłem się głową w jego szyję. Oddychałem spokojnie, wciągając w nozdrza zapach jego jasnej skóry. Zauważyłem, że kącik ust Zina uniesiony był do góry. Odsunąłem się od niego i spojrzałem w roześmiane teraz oczy. 
                  - O, i tak wyglądasz najładniej. – zachichotałem.  – Pójdę wziąć prysznic, powlecz sobie pościel. – przesunąłem ręką po jego plecach i wstałem, kierując się w stronę łazienki. 
Byłem przeszczęśliwy, że udaje mi się wydobyć z chłopaka szczery uśmiech. W końcu o to mi chodziło. 
                  Gdy Zin zajął łazienkę, zaszyłem się w swojej sypialni, przećwiczyć kilka razy „Nostalgie”. Ostatnim razem, gdy zacząłem improwizować bałem się, że Yuki zadźga mnie tymi swoimi pałeczkami, a Teru wydrapie oczy. Paradoksalnie, młodszy gitarzysta znał moje utwory lepiej niż ja sam. Miał bardzo dobrą pamięć. Po jednym spojrzeniu na kogoś umiał stworzyć podobny do złudzenia portret tej osoby. Oprócz pamięci, miał też dosyć długie paznokcie… Zacząłem grać. Gdy robiłem sobie trzecią próbę, do pokoju zajrzała obsypana ciemnymi, lekko pokręconymi od wilgoci włosami głowa o błyszczących, ciekawskich oczach. Przestałem grać.
                     - Co to? – zapytał.
                     - Coś, co będziesz śpiewał przed setkami ludzi.
                     - Masz już tekst? – wszedł do pokoju. Założył te moje ulubione skórzane spodnie, trampki i białą koszulkę z czarnym napisem. 
                     - Dobrze wyglądasz. – pochwaliłem go. Podałem mu kartkę z odręcznie napisanymi słowami. – A tekst jest tu. Właściwie, jakbyś to ogarnął teraz, to moglibyśmy cię ładnie pokazać chłopakom. – zacząłem od początku, gdy przeczytał tekst. Później zaczął skupiać się na muzyce i na tekście. Zagrałem mu chyba ze trzy razy. 
                     - Jakiś pomysł?
                     - Mniej więcej wiem, co chcę zrobić, ale musiałbym to usłyszeć z bębnami. Ty to pisałeś?
                - Tak. – odpowiedziałem.
                - Piękne słowa… Skąd czerpiesz na to inspiracje?! – zaśmiał się. Przeklęte pytanie.
                - Dowiesz się w swoim czasie. – tajemniczy uśmiech wstąpił na moją twarz. Nie miałem pojęcia, kiedy nadejdzie odpowiedni moment by mu powiedzieć. Odstawiłem gitarę na stojak.
                - Musimy już jechać. – odblokowałem telefon. Za dwadzieścia minut próba.

                                                                       ***

               - Hizaki, pokazuj go! – Teru wyskoczył przed drzwi. Zin szedł za mną, nie zdążyłem go nawet ostrzec. Żałowałem, że poinformowałem ich o tym wcześniej.
               - Uspokój się. – osłoniłem nowego wokalistę, o mało nie spychając go ze schodów. Zza białowłosego nagle wyłoniła się ogromna sylwetka Masashiego. Przytrzymał Teru, dzięki czemu mniejszy odrobinę się opanował. 
                - Dzięki bogu, że jest tu jeszcze ktoś normalny oprócz mnie… - westchnąłem. Przepuściłem Zina do przodu. Brunet zaprowadził podekscytowanego gitarzystę do środka. Zamknąłem za nami drzwi.
                 - No to poznajcie Zina. Zin, poznaj bandę idiotów. – przedstawiłem ich sobie nawzajem. Trzy pary oczu spojrzały na mnie z politowaniem. 
                 - Hizaki, nie umiesz. – stwierdził Yuki.
                 - Czego nie umiem? 
                 - Odcinać się od bandy idiotów. 
                 - Zawsze to wiedziałem… - westchnąłem zrezygnowany.
                 - Po pierwsze – witamy. Po drugie – duży to Masashi, ta mała pchła wabi się Teru, a ja jestem Yuki. – perkusista usiłował ratować sytuację.
                 - Za małą pchłę narysuję ci 666 portretów Masashiego i rozwieszę w pokoju. 
                 - Moich? Czym sobie zawiniłem… - jęknął basista.
                 - Akurat muszę poćwiczyć rysowanie aktu… - zamyślił się Teru. Basista spojrzał na niego, otwierając szerzej oczy, a Yuki zdawał się być bardziej blady niż zwykle. 
                 - Porozmawiamy o tym później. – bąknął i jak na komendę, wraz z Masashim odsunęli się od jasnowłosego. Gitarzysta wyszczerzył się usatysfakcjonowany. Przyjrzałem się Zinowi. Stał z lekkim uśmiechem na twarzy i obserwował poczynania reszty. Spojrzał na mnie z cichym wołaniem o to, żeby przejść do tego po co tu właściwie jesteśmy. Fakt faktem, na zawieranie przyjaźni miał jeszcze dużo czasu. 
                - Dobra, kuchareczka do garów, wiosło do kajaków, a basista do… mopa…? – klasnąłem w dłonie i rozpromieniłem się w stronę mordujących mnie wzrokiem muzyków. 
                 - Miejsce kobiet jest w kuchni… - rzucił Yuki, siadając za perkusją. Puściłem tę uwagę mimo uszu. Dałem Zinowi kartkę z tekstem.
                 - Chcesz to usłyszeć jeszcze raz, czy na żywca? – zapytałem.
                 - Jeszcze raz. 
                 - Lecimy. – zawołałem, układając palce na gryfie.
Zaczęliśmy grać. Byli zaskoczeni, że „nowicjusz” jest na tyle przygotowany. 
                 - Wystarczy, już wiem. – uśmiechnął się Zin. Wróciliśmy do początku. Przypatrzyłem się ciemnowłosemu, wpatrzonemu w kartkę. Wszyscy zapewne umierali z ciekawości, włącznie ze mną. W końcu właśnie miało się spełnić moje małe marzenie.
                    
 Mune o sasu itami to kurushimi kakaeta hibi
Toki ni nagasa reta sadame shinjitsu o motome tsuzuke...     
           
Wraz z pierwszymi linijkami tekstu, rozbrzmiewającymi mocnym, acz o spokojnym brzmieniu głosem, poczułem drżenie serca. W niemalże dosłownym tego słowa znaczeniu. Zauważyłem radość wypisaną na twarzy drugiego gitarzysty, zaraz powracając do podziwiania tego, jakim cudem śpiewając pierwszy raz nowy utwór, można zrobić to tak dobrze.
               
                     - Wygrałeś. Witamy w Jupiterze. – Teru rzucił się Zinowi na szyję.
                     - Dzięki - zaśmiał się ciemnowłosy i niepewnie poklepał Teru po plecach. Yuki 
z Masashim patrzyli się na całą scenkę z ustami wykrzywionymi w delikatnym uśmiechu. Omówiliśmy później kilka spraw, Zin dostał kolejny tekst do nauczenia się. Zagraliśmy mu to raz, żeby miał jakąś wstępną wizję. Po jakimś czasie wszyscy rozeszliśmy się do swoich spraw. 
                   - A nie mówiłem, że jesteś świetny? - zwróciłem się do Zina, gdy siedzieliśmy już w samochodzie. 
                   - Jak wrażenia? 
                   - Nie da się ich nie lubić. - roześmiał się. 

                                                                         ***

                 Czas mijał nieubłaganie. Niedługo mieliśmy nagrywać pierwszy singiel, z czym wiązała się masa wywiadów i spotkań zapisanych w kalendarzu, a co za tym idzie - potrzeba metamorfozy Zina.
                  - Jesteś pewien? 
                  - W blondzie będzie ci dobrze, jestem pewien. Obróciłem go na salonowym krześle w stronę lustra. Zająłem miejsce w poczekalni. 
                 - Hizaki? 
                 - Kamijo? Dobrze cię widzieć. - ucieszyłem się. Blondyn usiadł na sofie obok mnie. 
                  - Skoro już tu się spotykamy... - oparł mi głowę na ramieniu, co sprawiło że stałem się trochę zdezorientowany. 
                  - Hizaś, pamiętasz ten rok? - poczułem, jak gwałtownie krew odpływa mi z twarzy.
                   - Moglibyśmy zacząć od początku. Przytulił mnie do siebie i wplótł palce w moje włosy, gładząc je czule. Nie byłem w stanie się przez chwilę ruszyć. Zerwałem się dopiero kiedy musnął ustami moje wargi. Odsunąłem Kamijo od siebie. Widać było rozczarowanie w jego oczach. 
                   - Przepraszam... Nie umiem. - szepnąłem, widząc jego utkwione w moich źrenicach spojrzenie. Objąłem go lekko, głaszcząc pocieszająco po plecach. 
                   - Wybacz. To nie ma prawa się udać. 
                  Cisza. 
                   - Ten niski to wasz nowy wokalista? - zapytał po jakimś czasie, przerywając milczenie. 
                   - Tak. – pokiwałem głową
                   - Czekam na singiel - uśmiechnął się. Wstał, pocałował mnie w czubek głowy i zostawił sam na sam z poczuciem winy. Nagle ktoś szturchnął mnie delikatnie w ramię. Spojrzałem na tego kogoś. Był to Zin przefarbowany już na złocisty blond i krócej obcięty. 
                   - Stało się coś? - zapytał cicho. 
                   - Nie, jest dobrze. - uśmiechnąłem się. 
                   - Wiedziałem, że będzie ci ładnie. - przypatrzyłem mu się. Pozbyli się sporej części dosyć gęstych brwi, ale wyglądało to dobrze. Kwestia przyzwyczajenia.
                   - Dzięki. Idziemy? 
                   - Tak... 
Opuściliśmy lokal. Czekała nas droga na pieszo, bo wychodząc z mieszkania zachciało nam się spaceru. Pogrążyłem się myślami w zdarzeniach sprzed dosłownie chwili. Czy to naprawdę tak, że on coś do mnie czuł? Bałem się w to ingerować, uznałem ten rozdział za dawno zakończony. Martwiło mnie jednak to, że Zin prawdopodobnie widział wszystko, całą tę scenkę. Na twarzy blondyna było widać delikatne skrępowanie. Zachowywał się jakby próbował zacząć rozmowę, ale nie umiał. Sytuacje „uratowały” duże krople deszczu, spadające mi na czoło. W mgnieniu oka rozpadało się na dobre. Zaczęliśmy biec, do domu było niedaleko. Niestety wystarczająco, by przemoknąć do suchej nitki. Wpadliśmy zdyszani do mieszkania. Woda dosłownie z nas spływała. Zlustrowałem Zina wzrokiem i wybuchnąłem śmiechem. Wyglądał jak trzęsący się kot oblany wiadrem wody. Niedawno idealnie ułożone włosy oblepiały teraz jego głowę tworząc asymetryczne schody. 
                 - I z czego się cieszysz? - Zin także się roześmiał, niemal szczękając zębami. 
                 - Przebieraj się lepiej. - potargałem mu włosy. 
Zdjąłem koszulkę i powędrowałem do sypialni, założyć suche rzeczy. Zrobiłem herbatę i z dwoma kubkami zajrzałem do Zina, który leżał pod kołdrą na łóżku, kuląc się z zimna. 
                 - Zmarzło się? - zapytałem, symulując zdziwiony ton. Wszedłem do środka i usiadłem mu na łóżku. Wziął ode mnie kubek, podnosząc się. Okryłem go szczelniej.
                 - Widziałeś, prawda? - zapytałem, nawiązując do spotkania z Kamijo u fryzjera.
                  Przytaknął.
                 - Tak myślałem. Nie jesteśmy razem i nigdy do tego nie dojdzie. - wyjaśniłem. 
                 - Wyglądałeś na smutnego... 
                 - Nie, po prostu się zamyśliłem. - uśmiechnąłem się smutno. – Cieplej ci? 
                 - Odrobinę.
Wsunąłem się pod kołdrę i zawinąłem nas w nią. Był naprawdę wyziębiony. Popatrzył na mnie trochę zaskoczony, po chwili robiąc minę w stylu „czemu nie” i przytulił się do mnie, nie przestając sączyć herbaty. Ręcznikiem, który rzucił na łóżko, przystąpiłem do wycierania jego włosów, na które chyba w ogóle nie zwrócił uwagi w całym procesie osuszania się. 
                  - Dlaczego to robisz? – zapytał, kiedy wypił cały kubek gorącej herbaty. Zabrałem mu go z ręki i odstawiłem na komodę. 
                  - Co dlaczego robię? Przecież nic nie robię…
                  - Dlaczego mnie tak traktujesz? Dlaczego się o mnie troszczysz? – zadał te dwa pytania ciurkiem. Nie byłem pewien, czy będę w stanie na nie odpowiedzieć.  Zapadła cisza. Odłożyłem ręcznik i pogładziłem blondyna lekko po ramieniu, z którego zsunęła mu się bluza.
                  - Traktuję cię tak, ponieważ na to zasługujesz. Troszczę się o ciebie, bo jesteś dla mnie ważny. – przymknąłem oczy. Zin odsunął się ode mnie.
                  - Ważny w ten sam sposób, co ty dla mnie? – poczułem opuszki jego palców, zataczające koła na moim policzku. Ująłem jego dłoń i ucałowałem delikatnie.
                  - Najwyraźniej. 
Splotłem nasze palce. Zbliżyłem się do twarzy Zina i złączyłem nasze usta w czułym pocałunku. Kiedy odsunęliśmy się od siebie, zobaczyłem rozpromienione w przepięknym uśmiechu oblicze wokalisty. 
                  - Kocham cię, Hizaki.
                  - Ja ciebie też.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz