czwartek, 25 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek IV

Pół roku później...

       Otworzyłem oczy. Leżał przede mną. Farbowane na blond włosy okalały jego twarz, wciąż wywijając się na wszystkie strony, po wczorajszych wojażach stylisty z lokówką. Wciąż spał. Nic dziwnego, że był zmęczony. Dał z siebie dwa razy tyle energii co normalnie. Zrobiłem sobie kawy i patrzyłem przez okno na szczyty wieżowców. Dobrze by było gdzieś wyjechać. Usunąć się stąd, zatrzymać życie. Trasa dobiegła końca. Kochałem to, co robiłem, ale miałem już lekki przesyt. Każdy miał jakieś oczekiwania. Miałem być taki, a nie inny. Miałem robić tak, a nie inaczej. Mimo że nie za bardzo się tym przejmowałem, to takie rzeczy potrafią nieźle zdemotywować. Cóż, nie zawsze można uciec. Z niektórymi rzeczami trzeba po prostu żyć. Poczułem dotyk zimnych dłoni na swoich barkach.
        - Zostawiłeś mnie. – mruknął ich właściciel z wyrzutem. Usiadł za mną na kanapie i przytulił się do moich pleców.
        - Spałeś. Nie chciałem cię budzić. – odparłem, upijając łyk kawy.
        - A ty nigdy nie możesz pospać dłużej?
        - A ty budzić się wcześniej? – uśmiechnąłem się kącikiem ust.
        - Wygrałeś. – zaśmiał się. – Długo tak siedzisz?
        - Chwilę.
        - Zimno tu.
        - To się ubierz.
        - Według romansideł, powinieneś mnie teraz przykryć, przytulić, po czym zapytać czy już lepiej, ale wiem, że tego nie zrobisz. – stwierdził.
        - Nie? – uniosłem brew.
        - Nie lubisz romansideł.
        - Ale ciebie już tak. – zaśmiałem się. Odstawiłem kawę i odwróciłem się do niego przodem. Sięgnąłem po koc, owijając nim nas obydwoje, przytuliłem Zina i uśmiechnąłem się do niego z przekorą. – Znowu wygrałem.
        - Chciałbyś. – odwzajemnił uśmiech i wtulił się we mnie. Zamknął zaspane oczy. Sięgnąłem po kawę, na której zaraz pojawiła się też nienależąca do mnie ręka.
        - Czego tu? – zapytałem ze śmiechem.
        - Łyczka. – odparł, po czym przejął kubek. „Łyczek” stał się całym kubkiem. Pokręciłem głową i poszedłem zrobić sobie kolejną porcję.
        - Chcesz jeszcze?
        - Nie.
Tak jak mogłem się spodziewać. Kolejne dwie porcje czekał identyczny los.
          - Co ja poradzę, że robisz taką dobrą kawę? – popatrzył na mnie z niewinnym uśmiechem, odstawiając kubek.
          - Och, dziękuję. – wywróciłem oczami. – Masz coś przeciwko, żebym zaprosił tu dzisiaj Kamijo?
           - Absolutnie nic. Zaraz idę spać. Obudź mnie jak będzie coś do jedzenia. – zaśmiał się. Pocałował mnie w policzek i poszedł do sypialni. Odprowadziłem go wzrokiem. Szedł jakby poprzedniego dnia wypił co najmniej butelkę nieźle kopiącego trunku. Cóż, zmęczenie.
         Gdzieś w południe rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem je z uśmiechem, ściskając po przyjacielsku mężczyznę, którego kiedyś skłonny byłem darzyć uczuciem.
          - Jesteś sam? – zapytał, rozglądając się.
          - Nie. – odpowiedziałem. – Śpi.
          - Uhm… - mruknął. Wszedł do środka i usiadł na kanapie. Zlustrowałem go wzrokiem. Był zdenerwowany, coś go dręczyło. Nigdy nie umiał ukrywać uczuć. Trudno było nie zauważyć, że czuł się gorzej niż zwykle. Normalnie wszedłby do mieszkania i opowiadałby mi wszystko i o wszystkim. Nie zamknąłby się nawet na chwilę. Wyjąłem z lodówki wino i postawiłem obok kieliszków na stole i usiadłem obok blondyna.
          - Co jest? – zapytałem, napełniając kieliszki.
          - Nic. Widziałem wczoraj wasz koncert.
          - Tak? Czemu do nas nie przyszedłeś?! – zapytałem, patrząc na niego z wyrzutem.
          - Masz swoje życie, nie chciałem przeszkadzać. – odparł. Odczułem w jego głosie coś w rodzaju bolesnej pretensji. Czyżby nadal żył przeszłością? Odstawiłem butelkę wina na stół.
          - Naprawdę tak myślisz?
          - Co?
          - Że jesteś dla nas przeszkodą?
Cisza.
          - Idioto. – prychnąłem, opierając się o oparcie kanapy.
          - Nie przyszedłem tu dzisiaj jako twój przyjaciel, Masaya.
          - A jako kto? Listonosz? – parsknąłem, patrząc na niego z rozbawieniem.
          - Może innym razem… Nie mogę już dłużej… - spojrzał mi w oczy. Spoważniałem.
          - Ty…
          - Kocham cię. – dotknął mojej dłoni. Wciąż miał na palcu drobną obrączkę z tytanu, którą kiedyś mu dałem. Czyżby nosił ją przez cały czas?
         - Yuuji… - westchnąłem i przytuliłem się do niego. Rozstaliśmy się przez taką błahostkę. Nerwy, pochopne decyzje, skok w bok… W zasadzie mogło się to skończyć inaczej. Zmienił się. Nie był już tak egocentryczny jak kiedyś. Może dało mu to do myślenia? W głębi ducha nadal coś do niego czułem. Może to tylko sentyment? Ciężko powiedzieć.
         - Ja ciebie też. Ale jest tu jeszcze ktoś.
         - Ten grajek z metra, tak? - prychnął. Jednak chyba nici z tych zmian.
         - Powiedzmy. – odetchnąłem, odsuwając się do niego. – Ale to jemu nie chcę złamać serca.
         - W czym on jest lepszy ode mnie? Nie ma nic. Wszystko osiągnął dzięki tobie. Szczerze go za to nie cierpię.
         - Zamknij się. – warknąłem.
         - Wybacz. Nie chciałem cię zdenerwować.
         - Zrobiłeś wszystko co potrzeba.
         - Lepiej już pójdę. – wstał, pochylił się nade mną i pocałował mnie krótko w usta. – Do zobaczenia.
Usłyszałem ciche skrzypienie zawiasów drzwi wejściowych. Patrzyłem w ścianę, gdy łzy spłynęły mi po twarzy. Za chwilę usłyszałem ten dźwięk jeszcze raz. Zin…
Zerwałem się i zacząłem się rozglądać po mieszkaniu. Poszedłem do sypialni. Rozgrzebana pościel, ani śladu Zina. Już miałem wybiegać z domu, kiedy wpadłem na Kamijo.
           - Spokojnie, zapomniałem tylko kluczy od samochodu. – uśmiechnął się, trzymając mnie za barki. Oparłem czoło jego ramię i rozpłakałem się z nerwów. Poklepał mnie po plecach i wyszedł. Zapukałem do łazienki.
           - Skarbie, jesteś tam?
Odpowiedział mi dźwięk odkręcanego kranu. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem do sypialni. Za chwilę przyszedł do mnie i położył się obok. Od razu schował twarz gdzieś w moich włosach. Przytuliłem go mocno. Kiedy był obok mnie, wszystko było takie stabilne i poukładane. Mimo, że ewidentnie zasiał w moim życiu bałagan. Jednak czasem nawet bałagan można pokochać. W końcu w pewnym sensie jest świadectwem życia... A kiedy taki ktoś jak ja zacznie nadgorliwie planować, wszystko zaczyna przemykać mu tuż przed oczyma. Planowanie wszystkiego było moim wiecznym błędem.
           - Może byś się ubrał? Pójdziemy na jakiś spacer. - zaproponowałem cicho. Pogładziłem Zina po policzku i uśmiechnąłem się.
        - Czasem masz jednak niezłe pomysły. – popatrzył na mnie.
        - Ja zawsze mam dobre pomysły. – prychnąłem.
        - Zdarzy ci się… - westchnął, po czym wstał i zaczął się przebierać w nieco bardziej wyjściowe rzeczy. Niewiele później przekręcałem klucz w drzwiach.
        Pogoda była piękna. Było bardzo podobnie do tego dnia, w którym w drodze na próbę usłyszałem jak Mój Bałagan śpiewa w metrze. Podświadomie nogi zaniosły nas w tamte okolice. Ławka wciąż stała pod ścianą. Była jedynie nieco bardziej zniszczona. Pod ławką leżała kupka sierści. Zinowi rozjaśniły się oczy.
        - Shiro! – zawołał i zbliżył się do ławki. Pamiętałem tego psiaka. Bywał tu dosyć często, jednak nigdy nie dawał się zabrać. Wiedziałem już, kto był dla niego taki ważny. Z początku stworzonko warknęło, ale za chwilę położyło uszy po sobie i zamerdało radośnie ogonem. Przyglądałem się wokaliście z psem na rękach przez chwilę. Przyjemnie się patrzyło na tę scenkę.
        - Zabieramy go stąd? – zapytałem, dotykając posklejanego włosia Shiro.
        - Nie będzie ci przeszkadzać…? – zapytał jednocześnie ze radością i niepewnością w głosie. Wciąż był nieco wycofany i nie umiał zrozumieć, że to co moje należało też do niego. Westchnąłem cicho.
        - Ty też czasem lubisz mi poprzeszkadzać w tak prostych czynnościach jak picie kawy, a i tak cię kocham. – powiedziałem ściszonym głosem, by słyszał mnie tylko on. – Nie będzie.
Miałem wrażenie, że zacznie piszczeć z radości. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów. Już od dawna planowałem przyprowadzenie tego małego nieszczęścia do domu, ale nie pojawiał się w swoim miejscu od długiego czasu. Przez resztę spaceru towarzyszył nam wiernie, nie odchodząc od nogi Zina nawet na krok.
       - Ta chmura wygląda jak Masashi. – stwierdziłem, wyrwawszy się z zamyślenia. Blondyn popatrzył na mnie jak na idiotę.
        - Masz wyobraźnię.
        - Ale zobacz. Tam ma ręce, tu bas i włosy… No i jest wielka. – pokazywałem mu.
        - Dobra, widzę. – parsknął.
        - Zaprowadzę cię gdzieś! – oświadczyłem z entuzjazmem. Nie byłem w tym miejscu odkąd rozstaliśmy się z Kamijo. Mimo wszystko budziło we mnie pozytywne skojarzenia. O tej porze roku park musiał być przepiękny.
Kiedy minęliśmy pierwsze drzewa tworzące pewnego rodzaju bramę, wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie powracać. Rozejrzałem się wokół. Drzewa otulone były bladoróżowymi kwiatostanami. W powietrzu unosił się ich delikatny zapach. Z daleka dostrzec mogłem jeziorko. Teraz ono również okryte było pierzynką z kwiatów. Weszliśmy na most prowadzący na wysepkę z altanką, w której bawiły się dzieci.
         - Pięknie tu.
         - Prawda? – uśmiechnąłem się. Jeziorko zawsze już będzie kojarzyć mi się z Kamijo. To właściwie tutaj się poznaliśmy. I nie miałem tu na myśli pierwszego spotkania. Mogliśmy godzinami przesiadywać na mostku i rozmawiać o największych bzdurach tego świata. Szkoda, że to minęło. Że nie umieliśmy już ze sobą rozmawiać bez wypominania sobie pewnych rzeczy. Czasem wyrzucałem sobie rozpamiętywanie minionych lat.
        - O czym myślisz? – zapytał nagle Zin i oparł się o moje ramię.
        - O wszystkim. O tobie, o nas… – skłamałem. Zabolało mnie to, że nie potrafiłem powiedzieć mu prawdy.
         - I wymyśliłeś coś?
         - Tylko to, że cholernie cię kocham. – przytuliłem go i złożyłem krótki pocałunek na jego ustach. Tu już byłem w stu procentach szczery. Shiro podskoczył i wsparł się łapami na poręczy mostku, szczekając parę razy. – I widzę, że nie tylko ja.
          - Słodkie to było. – niższy powrócił do opierania się o moje ramię. – Ja ciebie też. – dodał. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu. Niedługo zaczęliśmy iść w stronę domu. Po drodze zrobiliśmy „psie” zakupy. Oczywiście musieliśmy pokłócić się o wybór legowiska, koniec końców jednak ustąpiłem. Pozwoliło mi to nie otrzymać reprymendy, jak to zawsze się wymądrzam i staram postawić na swoim. Można też uznać, że ominęła mnie także noc na kanapie. Po wejściu do domu od razu wsadziliśmy Shiro do wanny. Dawno nie spotkałem tak cuchnącego psa. Ale nie było w tym nic dziwnego. Kundelek nie był jednak skłonny do współpracy.
          - Trzymaj go. Zajmę się resztą. – poleciłem, gdyż bałem się złapać warczącego jak stary traktor psa za pysk, jak robił to Zin.
          - Przecież trzymam. Za kogo ty mnie masz?
          - Za blondynkę.
          - Rude wredne.
          - Nie jestem rudy! Już… - parsknąłem, wmasowując w zmoczoną sierść psa szampon.
          - Lepiej, że rudy niż siwy. - uśmiechnął się z przekorą.
          - Jesteś niemiły. Teraz mi smutno. – popatrzyłem na niego z przesadzonym smutkiem. – Dobry boże! Twój pies jest biały!
          - A myślałeś, że jaki?
          - Nie byłem do końca pewny czy szarobrązowy, czy tylko szary.
Spłukałem pianę z warczącego potwora. Była ciemnobrązowa. Obrzydlistwo. Umyłem go jeszcze raz, po czym Zin wystawił go na podłogę. Pies otrzepał się, chlapiąc na wszystkie strony. Kiedy byliśmy już wystarczająco mokrzy, wystrzelił z łazienki jak z procy.
       - Świetnie. Ty sprzątasz. – mruknąłem.
       - Nie.
       - Mnie się sprzeciwiasz? – uśmiechnąłem się i przyparłem go do ściany.
       - Mhm. – przytaknął radośnie, widocznie zadowolony ze swojej jakże wysokich lotów asertywności. Pogładziłem jego udo, drugą dłonią wędrując od biodra ku górze. Złożyłem kilka pełnych pożądania pocałunków na jego szyi. Zorientowałem się, że miałem naprawdę dobry gust co do perfum. Moja dłoń zawędrowała gdzieś pod jego koszulkę, która – jakoś tak wyszło – znalazła się za chwile na umywalce. Druga zgubiła się gdzieś w okolicy zapięcia spodni Zina.
        - Nadal będziesz się sprzeciwiać? – wymruczałem mu do ucha, muskając je wilgotnymi wargami. Pokręcił głową. Wziąłem go na ręce tak, by oplótł mnie nogami i zaniosłem do sypialni. Powoli pozbawiłem go ubrań, obsypując pocałunkami każdy świeżo uwolniony fragment ciała. Cały ten czas jedną z rąk pieściłem jego męskość przez materiał bielizny. Nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. Zdjął mi spodnie, a następnie usiadł okrakiem na moich udach. Patrzył mi w oczy, zdejmując powoli że mnie bokserki. Przeciągnął palcem po całej długości mojego penisa. Zatoczył opuszkiem palca wskazującego kilka kółeczek na główce, a kiedy przeszedł mnie dreszcz podniecenia, posłał mi przepełniony satysfakcją uśmiech. Pochylił się i po chwili poczułem jak jego usta obejmują moją męskość, poruszając się w dół i w górę. Po jakimś czasie odsunąłem go  i z powrotem pchnąłem na łóżko. Sięgnąłem z szuflady lubrykant i wylałem sobie trochę płynu na dłoń. Powróciłem do ust ukochanego, w tym samym czasie wsuwając w niego dwa palce. 
          - Masaya... Już. - powiedział. Podniosłem się i powoli w niego wszedłem. Syknął cicho. Nie uprawialiśmy często seksu, ale warto było czekać na tę chwilę. Dałem mu trochę czasu na przyzwyczajenie się do mojej obecności, jednocześnie starając się odwrócić jego uwagę od dyskomfortu pocałunkami. Zacząłem wykonywać pierwsze powolne pchnięcia. Nasze zbliżenie stało się już tylko kwestią minut. Odczułem błogą satysfakcję, gdy moje imię wydarło się z jego gardła towarzysząc dźwiękowi osiąganego spełnienia. Wytarłem nasze ciała chusteczką i położyłem się przy Zinie. Pocałowałem go w czoło, gdy się do mnie przysunął. 
         - Rude wredne? - zapytałem z uśmiechem. 
         - I to jeszcze jak. - odparł, uchylając powieki by na mnie spojrzeć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz