Najedzeni, acz wciąż jednakowo
spięci, usiedliśmy na kanapie. Zin wciąż nie zmienił swojej postawy, wydawał
się być wyłączony z rzeczywistości. Mogłem jednak dostrzec, że bez przerwy
intensywnie myśli. Jego twarz wyrażała skupienie, lekką niepewność.
- Jak się czujesz? - zwróciłem się w jego stronę. Podniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Dziwnie. - odpowiedział, odwracając wzrok. - Jeśli chodzi ci o to, czy ogólnie wszystko dobrze to tak, jest w porządku. Ale... – umilkł.
- Ale?
- Jest mi dziwnie. Zabrałeś mnie stamtąd. Rozumiesz chyba... - westchnął. Pokręciłem głową.
- Wiem o co ci chodzi. Też bym się czuł nieswojo. – uśmiechnąłem się do niego ciepło. Popatrzył na mnie z wypisanym na twarzy zdziwieniem. - Ale tobie po prostu nie dało się nie pomóc.
- Nie mam jak ci się odwdzięczyć... Ja nawet... Ja nawet nie mam domu. – powiedział cicho, po czym nagle posmutniał. Nie spodziewałem się tego. Spoważniałem i przysunąłem się do ciemnowłosego. Patrzył za okno, jego wzrok utkwiony był gdzieś daleko w przestrzeni. Otoczyłem go lekko ramieniem, można by rzec, że czule. Faktycznie, był w tym objęciu zawarty pewien rodzaj czułości. Chęć zapewnienia poczucia stabilności, spokoju.
- Masz dom, jeśli tylko odpowiesz mi, czy chcesz ze mną zostać. - znów czekoladowe oczy wbiły we mnie zaskoczone spojrzenie. – Nie przesłyszałeś się. Możesz tu zamieszkać, jeśli tylko chcesz. – dodałem. Byłem świadomy, że to nie jest normalne, proponować w trakcie trzeciego spotkania bezdomnemu wspólne mieszkanie. Ale tu sytuacja wyglądała z lekka inaczej. A nawet o wiele inaczej.
- Dziękuję, jesteś naprawdę wielki... Ale nie mogę. Nie możesz na mnie zarabiać, nie zasłu... - wywróciłem oczami o natychmiast mu przerwałem.
- Możesz na siebie zarabiać. I to całkiem nieźle.
- Co? Jak niby? Zamiatając ulice, czy czyszcząc kible? I tak nie wystarczy.
- Masz głos. Czy ty się słyszysz, jak śpiewasz? - zapytałem. Pogładziłem go po ramieniu, cały czas go obejmując. – Pomogę ci wyjść na prostą. Tylko daj mi taką możliwość. Jutro pójdziesz ze mną na próbę.
- Naprawdę?
- Nie, na żarty. - zaśmiałem się kpiąco i przytuliłem go powoli. Oplótł mnie ramionami. Kiedy poczułem lekkie drgania jego ciała, odsunąłem ciemnowłosego od siebie. Otarłem łzy spływające mu strumieniami po policzkach. Dopiero teraz, w tym „czystym” wydaniu widać było, jak naprawdę wyglądał. Ciemne włosy tworzyły obramowanie dla ładnie zarysowanej twarzy. Nie charakteryzowała się delikatnymi rysami ani zbyt wyraźną urodą. Mimo porcelanowej cery i długich rzęs, wciąż zachowywał męski wygląd. W przeciwieństwie do mnie, przez długie włosy bezustannie mylonego z kobietą. Nie wliczając makijażu i strojów scenicznych, rzecz jasna…
Chwyciłem go delikatnie za podbródek i uniosłem jego twarz do góry.
- Nie płacz, już wszystko będzie dobrze. – zapewniłem i pogładziłem go po włosach. Były jeszcze wilgotne po kąpieli. Nie mogłem się powstrzymać przed ponownym przytuleniem go. Wplątałem dłoń w ciemną czuprynę i gładziłem lekko jego głowę. Poczułem, jakby spełniły się moje najpiękniejsze marzenia.
- Nie wiem, jak ci dziękować. – westchnął, przytulając się. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
- I dobrze. – zaśmiałem się. – Swoją drogą… Nie boli cię głowa po wczorajszym…?
- Ja nie byłem pijany. Pamiętałbym… Wypiłem tylko wodę od znajomego… I to był błąd. – mruknął w odpowiedzi. Oddalił się ode mnie i podkulił nogi pod brodę, przytrzymując je rękami. Oparł głowę o kolana i powrócił do patrzenia w przestrzeń. To było dziwne, przecież czułem od niego alkohol. Nie byłem już pewien, czy to podświadomość płata mi figle, czy Zin kłamał. Fakt, że jak na kogoś po wódce, wyglądał i zdawał się czuć zbyt dobrze. Mógł kłamać, a pomimo to czułem, że powinienem mu zaufać.
- Dobrze, nie ważne. Ważne, że dobrze się czujesz, ale jakby coś było nie w porządku, mów.
- Powiem. – roześmiał się. – Wiesz… Jak ciebie słucham to odzyskuję wiarę w ludzi. – spojrzał na mnie. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. – W ogóle… Opowiesz mi coś o tym zespole? Coś o sobie? – zapytał nagle. Ucieszyłem się, że zaczyna się rozluźniać.
- Jasne. Poczekaj chwilę. – wstałem i poszedłem do sypialni. Zabrałem z półki photobooka z czasów Versailles i laptop z naszymi dotychczasowymi nagraniami na dysku. W wersji bardzo prowizorycznej, ale zawsze. Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie, podając Zinowi książkę. Otworzył ją i popatrzył na pierwsze zdjęcie, całe Versailles w kupie. I wklejone na dole strony zdjęcie Jasmine. Zaczął przyglądać się wszystkim po kolei.
- Że to niby ty? Widziałem gdzieś jakieś plakaty, ale że ty… Nie pomyślałbym. – uśmiechnął się. – A on? Dlaczego odszedł z zespołu? – wskazał na Jasmine. Popatrzyłem na zdjęcie przyjaciela. Spuściłem wzrok.
- On… On odszedł nie tylko z zespołu… - odetchnąłem. W głowie miałem jego uśmiech. Ten cudny, niemalże zawsze obecny na jego pięknej twarzy uśmiech. Idealne rysy, które sprawiały, że You był wręcz surrealistycznie piękny. Jeśli perfekcja miałaby wybrać sobie ludzki byt jako swojego reprezentanta, z pewnością wybrałaby jego. Dbał o każdy szczegół, przed koncertami dowiązywał każdą wstążeczkę, poprawiał każdą fałdkę materiału. Dbał o tę swoją estetyczną przemoc i nadawał tej nazwie nowe, swoiste znaczenie. Przez jakże krótki okres swojego życia stworzył definicję samego siebie, pozostając nierozwikłaną tajemnicą.
- Jasmine odszedł bezpowrotnie. – powiedziałem po chwili.
- Ach… - Zin nieco się zmieszał.
- Ten olbrzym, chudzielec i ten, który najnormalniej wygląda to ludzie, z którymi będziesz w jednym zespole. I oczywiście ja. – uśmiechnąłem się. – Masashi, basista, najbardziej opanowany i ma kota, którego uwielbia. A Yuki i Teru… Debile. Poznasz ich, to sam się przekonasz.
- Wiesz o kim jeszcze za mało powiedziałeś? – zapytał, próbując nakłonić mnie do dalszych opowiadań. Popatrzyłem na siedzącego obok mnie na zdjęciu wokalistę.
- Tak, obok mnie siedzi Kamijo. Jak się pewnie domyślasz, wokalista. Stwierdził, że ma lepszą robotę niż gra z nami.
- Jeszcze jednego opisującego brakuje.
- Co? Przedstawiłem ci wszystkich.
- Hizaki, nie wiem nic o tobie. – zaśmiał się. – W zasadzie, to nie mam nawet pojęcia w której części miasta jestem. Ale mniejsza, wiem, że głupio jest mówić o sobie. Włączyłbyś mi coś, co nagraliście? Chciałbym wiedzieć, na jaką rzeź mam się przygotować.
- Daj spokój, niczym nie ustępujesz Kamijo. – podniosłem się i włożyłem płytę do odtwarzacza. W salonie rozległ się wstęp do „The Red Carpet Day”. Skierowałem się do kuchni i uruchomiłem ekspres do kawy. Dziękowałem w duchu tym wszystkim mądrym Chińczykom, którzy wymyślali i produkowali te wszystkie urządzenia. Powinni to nazwać „rozpieszczaniem populacji”. Wsłuchałem się w tak dawno nie grany utwór. Brakowało mi tego. Przygotowałem dwie kawy, oczywiście dla siebie mocniejszą. Powróciłem do właściwej części salonu z uśmiechem. Zin wpatrywał się w photobooka i najprawdopodobniej wsłuchiwał się w utwór. Kiedy mnie zauważył, szybko zamknął książkę i odłożył ją na bok. Usiadłem jakoś bliżej niego i podałem mu cappuccino.
- Dzięki. Muszę powiedzieć, że masz fana. – uśmiechnął się szeroko i upił łyk kawy. Parsknąłem śmiechem.
- Nie zdziw się, jak zaczną mnie nazywać „księżniczka”. Znasz powód.
- Co jak co, ale teraz na księżniczkę nie wyglądasz. – przypatrzył mi się.
- A może na taką przemienioną księżniczkę?
- Na przykład w co?
- W ropuchę.
- Nie, ropuchy są brzydkie. – skrzywił się.
- Mam to traktować jako komplement? – uniosłem z rozbawieniem kącik ust.
- Jeśli chcesz, proszę bardzo. – wzruszył ramionami, usiłując zachować powagę.
Ułożyłem się wygodniej na kanapie. Wziąłem spory łyk gorącej bomby kofeinowej.
- Tak w ogóle, to jedziemy dzisiaj na zakupy. Musisz mieć trochę ubrań, kosmetyków... No i mam pustą lodówkę. - przytaknął posłusznie. Dobry chłopiec - pomyślałem. Wypiłem kawę do końca i poszedłem się przebrać. Otworzyłem szafę i zaatakowała mnie góra ubrań. Krzyknąłem dosyć głośno, zaskoczyło mnie to. Przeklinałem w tym momencie swoją manię upychania wszystkiego, gdzie się da. Zacząłem łapać co się da. Nagle Zin wparował do mojej sypialni.
- Żyjesz? – zapytał.
- Szafa mnie straszy. – odburknąłem, usiłując zdjąć z siebie tony ubrań. Usłyszałem śmiech chłopaka. Pomógł mi zdjąć z głowy nieskończoną ilość ubrań. Nagle zrobiło się jasno, a przed oczami ukazała mi się twarz Zina. Uśmiechnął się z widocznym rozbawieniem. Przeniósł zebrane ubrania na łóżko, podczas gdy ja wstałem i poszedłem w jego ślady.
- Mam nadzieję, że nic cię tu już straszyć nie będzie. – powiedział lekko ironicznie i wyszedł. Kiedy już zamknął za sobą drzwi, zaśmiałem się cicho. Moje życie od tej pory zaczęło nabierać barw.
- Jak się czujesz? - zwróciłem się w jego stronę. Podniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Dziwnie. - odpowiedział, odwracając wzrok. - Jeśli chodzi ci o to, czy ogólnie wszystko dobrze to tak, jest w porządku. Ale... – umilkł.
- Ale?
- Jest mi dziwnie. Zabrałeś mnie stamtąd. Rozumiesz chyba... - westchnął. Pokręciłem głową.
- Wiem o co ci chodzi. Też bym się czuł nieswojo. – uśmiechnąłem się do niego ciepło. Popatrzył na mnie z wypisanym na twarzy zdziwieniem. - Ale tobie po prostu nie dało się nie pomóc.
- Nie mam jak ci się odwdzięczyć... Ja nawet... Ja nawet nie mam domu. – powiedział cicho, po czym nagle posmutniał. Nie spodziewałem się tego. Spoważniałem i przysunąłem się do ciemnowłosego. Patrzył za okno, jego wzrok utkwiony był gdzieś daleko w przestrzeni. Otoczyłem go lekko ramieniem, można by rzec, że czule. Faktycznie, był w tym objęciu zawarty pewien rodzaj czułości. Chęć zapewnienia poczucia stabilności, spokoju.
- Masz dom, jeśli tylko odpowiesz mi, czy chcesz ze mną zostać. - znów czekoladowe oczy wbiły we mnie zaskoczone spojrzenie. – Nie przesłyszałeś się. Możesz tu zamieszkać, jeśli tylko chcesz. – dodałem. Byłem świadomy, że to nie jest normalne, proponować w trakcie trzeciego spotkania bezdomnemu wspólne mieszkanie. Ale tu sytuacja wyglądała z lekka inaczej. A nawet o wiele inaczej.
- Dziękuję, jesteś naprawdę wielki... Ale nie mogę. Nie możesz na mnie zarabiać, nie zasłu... - wywróciłem oczami o natychmiast mu przerwałem.
- Możesz na siebie zarabiać. I to całkiem nieźle.
- Co? Jak niby? Zamiatając ulice, czy czyszcząc kible? I tak nie wystarczy.
- Masz głos. Czy ty się słyszysz, jak śpiewasz? - zapytałem. Pogładziłem go po ramieniu, cały czas go obejmując. – Pomogę ci wyjść na prostą. Tylko daj mi taką możliwość. Jutro pójdziesz ze mną na próbę.
- Naprawdę?
- Nie, na żarty. - zaśmiałem się kpiąco i przytuliłem go powoli. Oplótł mnie ramionami. Kiedy poczułem lekkie drgania jego ciała, odsunąłem ciemnowłosego od siebie. Otarłem łzy spływające mu strumieniami po policzkach. Dopiero teraz, w tym „czystym” wydaniu widać było, jak naprawdę wyglądał. Ciemne włosy tworzyły obramowanie dla ładnie zarysowanej twarzy. Nie charakteryzowała się delikatnymi rysami ani zbyt wyraźną urodą. Mimo porcelanowej cery i długich rzęs, wciąż zachowywał męski wygląd. W przeciwieństwie do mnie, przez długie włosy bezustannie mylonego z kobietą. Nie wliczając makijażu i strojów scenicznych, rzecz jasna…
Chwyciłem go delikatnie za podbródek i uniosłem jego twarz do góry.
- Nie płacz, już wszystko będzie dobrze. – zapewniłem i pogładziłem go po włosach. Były jeszcze wilgotne po kąpieli. Nie mogłem się powstrzymać przed ponownym przytuleniem go. Wplątałem dłoń w ciemną czuprynę i gładziłem lekko jego głowę. Poczułem, jakby spełniły się moje najpiękniejsze marzenia.
- Nie wiem, jak ci dziękować. – westchnął, przytulając się. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
- I dobrze. – zaśmiałem się. – Swoją drogą… Nie boli cię głowa po wczorajszym…?
- Ja nie byłem pijany. Pamiętałbym… Wypiłem tylko wodę od znajomego… I to był błąd. – mruknął w odpowiedzi. Oddalił się ode mnie i podkulił nogi pod brodę, przytrzymując je rękami. Oparł głowę o kolana i powrócił do patrzenia w przestrzeń. To było dziwne, przecież czułem od niego alkohol. Nie byłem już pewien, czy to podświadomość płata mi figle, czy Zin kłamał. Fakt, że jak na kogoś po wódce, wyglądał i zdawał się czuć zbyt dobrze. Mógł kłamać, a pomimo to czułem, że powinienem mu zaufać.
- Dobrze, nie ważne. Ważne, że dobrze się czujesz, ale jakby coś było nie w porządku, mów.
- Powiem. – roześmiał się. – Wiesz… Jak ciebie słucham to odzyskuję wiarę w ludzi. – spojrzał na mnie. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. – W ogóle… Opowiesz mi coś o tym zespole? Coś o sobie? – zapytał nagle. Ucieszyłem się, że zaczyna się rozluźniać.
- Jasne. Poczekaj chwilę. – wstałem i poszedłem do sypialni. Zabrałem z półki photobooka z czasów Versailles i laptop z naszymi dotychczasowymi nagraniami na dysku. W wersji bardzo prowizorycznej, ale zawsze. Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie, podając Zinowi książkę. Otworzył ją i popatrzył na pierwsze zdjęcie, całe Versailles w kupie. I wklejone na dole strony zdjęcie Jasmine. Zaczął przyglądać się wszystkim po kolei.
- Że to niby ty? Widziałem gdzieś jakieś plakaty, ale że ty… Nie pomyślałbym. – uśmiechnął się. – A on? Dlaczego odszedł z zespołu? – wskazał na Jasmine. Popatrzyłem na zdjęcie przyjaciela. Spuściłem wzrok.
- On… On odszedł nie tylko z zespołu… - odetchnąłem. W głowie miałem jego uśmiech. Ten cudny, niemalże zawsze obecny na jego pięknej twarzy uśmiech. Idealne rysy, które sprawiały, że You był wręcz surrealistycznie piękny. Jeśli perfekcja miałaby wybrać sobie ludzki byt jako swojego reprezentanta, z pewnością wybrałaby jego. Dbał o każdy szczegół, przed koncertami dowiązywał każdą wstążeczkę, poprawiał każdą fałdkę materiału. Dbał o tę swoją estetyczną przemoc i nadawał tej nazwie nowe, swoiste znaczenie. Przez jakże krótki okres swojego życia stworzył definicję samego siebie, pozostając nierozwikłaną tajemnicą.
- Jasmine odszedł bezpowrotnie. – powiedziałem po chwili.
- Ach… - Zin nieco się zmieszał.
- Ten olbrzym, chudzielec i ten, który najnormalniej wygląda to ludzie, z którymi będziesz w jednym zespole. I oczywiście ja. – uśmiechnąłem się. – Masashi, basista, najbardziej opanowany i ma kota, którego uwielbia. A Yuki i Teru… Debile. Poznasz ich, to sam się przekonasz.
- Wiesz o kim jeszcze za mało powiedziałeś? – zapytał, próbując nakłonić mnie do dalszych opowiadań. Popatrzyłem na siedzącego obok mnie na zdjęciu wokalistę.
- Tak, obok mnie siedzi Kamijo. Jak się pewnie domyślasz, wokalista. Stwierdził, że ma lepszą robotę niż gra z nami.
- Jeszcze jednego opisującego brakuje.
- Co? Przedstawiłem ci wszystkich.
- Hizaki, nie wiem nic o tobie. – zaśmiał się. – W zasadzie, to nie mam nawet pojęcia w której części miasta jestem. Ale mniejsza, wiem, że głupio jest mówić o sobie. Włączyłbyś mi coś, co nagraliście? Chciałbym wiedzieć, na jaką rzeź mam się przygotować.
- Daj spokój, niczym nie ustępujesz Kamijo. – podniosłem się i włożyłem płytę do odtwarzacza. W salonie rozległ się wstęp do „The Red Carpet Day”. Skierowałem się do kuchni i uruchomiłem ekspres do kawy. Dziękowałem w duchu tym wszystkim mądrym Chińczykom, którzy wymyślali i produkowali te wszystkie urządzenia. Powinni to nazwać „rozpieszczaniem populacji”. Wsłuchałem się w tak dawno nie grany utwór. Brakowało mi tego. Przygotowałem dwie kawy, oczywiście dla siebie mocniejszą. Powróciłem do właściwej części salonu z uśmiechem. Zin wpatrywał się w photobooka i najprawdopodobniej wsłuchiwał się w utwór. Kiedy mnie zauważył, szybko zamknął książkę i odłożył ją na bok. Usiadłem jakoś bliżej niego i podałem mu cappuccino.
- Dzięki. Muszę powiedzieć, że masz fana. – uśmiechnął się szeroko i upił łyk kawy. Parsknąłem śmiechem.
- Nie zdziw się, jak zaczną mnie nazywać „księżniczka”. Znasz powód.
- Co jak co, ale teraz na księżniczkę nie wyglądasz. – przypatrzył mi się.
- A może na taką przemienioną księżniczkę?
- Na przykład w co?
- W ropuchę.
- Nie, ropuchy są brzydkie. – skrzywił się.
- Mam to traktować jako komplement? – uniosłem z rozbawieniem kącik ust.
- Jeśli chcesz, proszę bardzo. – wzruszył ramionami, usiłując zachować powagę.
Ułożyłem się wygodniej na kanapie. Wziąłem spory łyk gorącej bomby kofeinowej.
- Tak w ogóle, to jedziemy dzisiaj na zakupy. Musisz mieć trochę ubrań, kosmetyków... No i mam pustą lodówkę. - przytaknął posłusznie. Dobry chłopiec - pomyślałem. Wypiłem kawę do końca i poszedłem się przebrać. Otworzyłem szafę i zaatakowała mnie góra ubrań. Krzyknąłem dosyć głośno, zaskoczyło mnie to. Przeklinałem w tym momencie swoją manię upychania wszystkiego, gdzie się da. Zacząłem łapać co się da. Nagle Zin wparował do mojej sypialni.
- Żyjesz? – zapytał.
- Szafa mnie straszy. – odburknąłem, usiłując zdjąć z siebie tony ubrań. Usłyszałem śmiech chłopaka. Pomógł mi zdjąć z głowy nieskończoną ilość ubrań. Nagle zrobiło się jasno, a przed oczami ukazała mi się twarz Zina. Uśmiechnął się z widocznym rozbawieniem. Przeniósł zebrane ubrania na łóżko, podczas gdy ja wstałem i poszedłem w jego ślady.
- Mam nadzieję, że nic cię tu już straszyć nie będzie. – powiedział lekko ironicznie i wyszedł. Kiedy już zamknął za sobą drzwi, zaśmiałem się cicho. Moje życie od tej pory zaczęło nabierać barw.
Z powstałej w ten sposób góry, wydobyłem proste, czarne jeansy, białą koszulkę.
Zarzuciłem na to skórzaną marynarkę. Rozczesałem sięgające do ramion, jasne
włosy. Ubrałem się, spryskałem dezodorantem, a twarz opłukałem wodą. W sumie,
całe przygotowania zajęły niespełna dziesięć minut. Wziąłem z szafy cienką
kurtkę, żeby pożyczyć ją Zinowi.
- Jedziemy, podnoś się. – rzuciłem mu kurtkę. – A, jaki masz rozmiar buta? – zapytałem, ponownie podchodząc do jakiejś szafy i zaczynając grzebać w niej w poszukiwaniu choćby trampek.
- Coś w okolicach 25… - odpowiedział. Akurat wydobyłem z szafy pudełko z czarnymi butami w tymże rozmiarze.
- No to widzę, że garderobę możemy mieć wspólną. – zaśmiałem się i podałem mu pudełko.
- W tym wyglądasz kiepsko… Za duże. Ale to bierzemy, bez dyskusji. – oświadczyłem, oceniając Zina stojącego w przymierzalni. Przymierzył niezdatną do policzenia ilość spodni, marynarek, bluz, koszul i t-shirtów. Na wszystko musiałem go namawiać sam, co wyglądało raczej jak „nie pyskuj”. Nie dbałem też o to, że był już nieco zmęczony ubieraniem się i rozbieraniem. Co chwila donosiłem mu więcej i więcej rzeczy. Pilnowałem też, by wszystko zobaczyć. Gdy podobał mi się w czymś, po prostu kupowałem to. Póki fundusze pozwalały, po co się ograniczać. Tym sposobem skończyliśmy obładowani torbami z ubraniami, kosmetykami i innymi rzeczami, potrzebnymi normalnemu człowiekowi do codziennego funkcjonowania. Najbardziej jednak zadowolony byłem z jego nowych, wąskich i skórzanych spodni. Wrzuciłem torby do bagażnika. Przez to wszystko nie było nawet czasu na żaden obiad. Zdążyliśmy jednak kupić także jedzenie, więc z tym nie powinno być problemu. Po powrocie do mieszkania, oboje zmęczeni opadliśmy na kanapę.
- Umieram chyba – westchnąłem
- Ty umierasz? Ty, który lałeś mnie wieszakiem jak mówiłem, że wystarczy? – zaśmiał się cicho.
- Był plastikowy… - fakt, oberwał po tyłku parę razy. Dzieci trzeba uczyć pokory.
- Tak, tak. A ja będę miał kod paskowy na dupie. – spojrzał się na mnie, wciąż się śmiejąc. Należało przyznać, że z uśmiechem na twarzy było mu najlepiej.
- Jesteś głodny? – zapytałem, zmieniając temat. Mnie niespecjalnie chciało się jeść, ale drobny posiłek by nie zaszkodził.
- Tylko trochę… - odpowiedział. Zacząłem leniwie podnosić się z siedziska. Można było coś przekąsić, zresztą trzeba było rozpakować zakupy.
- Rusz się, pomożesz mi. – wyciągnąłem do niego rękę. Domyśliłem się, że z położenia w jakim się znajdował mogłoby być trudno o podniesienie się. Kiedy Zin z cichym „Ok.” znalazł się w pozycji stojącej, zaniosłem torbę z jedzeniem do kuchni. Musiałem mu pokazać, gdzie co leży. Rozpakowywanie zakupów uznałem za najlepszą okazję.
W rezultacie wszystko znalazło się na swoim miejscu. Wyjąłem potrzebne produkty do prostego spaghetti.
- Nie grzeszę zdolnościami kulinarnymi, więc z góry uprzedzam….
- Umiem gotować, mogę cię wyręczyć. – podszedł do mnie i przyjrzał się składnikom.
- Skoro tak… Czaruj. – westchnąłem i poszedłem usiąść na ulubionym krześle przy blacie. Stamtąd spokojnie dało się prowadzić rozmowę. Zin zajrzał do lodówki w poszukiwaniu dodatkowych składników. Makaron schował z powrotem do pojemnika i wyjął paczkę ryżu. Włożył go do garnka z wodą i postawił na palniku, nie uruchamiając go jeszcze. Szybko posiekał jakieś warzywa, wrzucając je do wielkiego garnka.
- Wiesz… To nie tak, że całe życie spędziłem na ulicy. – uśmiechnął się smutno.
- Nie miałem niczego takiego na myśli, spokojnie.
- Dwa lata temu po prostu wszystko nagle zniknęło. Kiedyś ci opowiem… Nie mam ochoty teraz o tym mówić. – zajął się szukaniem przypraw w pudełku.
- Rozumiem. W ogóle, ile ty masz lat?
- Jestem od ciebie o cztery lata młodszy… Senpai! – wybuchliśmy śmiechem.
- I jeszcze jedno pytanie… Skąd wiesz ile ja mam lat?
- W książeczce ze zdjęciami było. – zacząłem bawić się swoimi włosami.
- To teraz jeszcze wiesz, że mam kiepską pamięć.
- I niezłe nogi. – parsknął. No tak, ta sesja w miniówie. Pomysły Kamijo zawsze były trafione w dziesiątkę.
Czas spędzony na rozmowie z Zinem zleciał bardzo szybko i nawet nie zdążyłem się dobrze zorientować w rzeczywistości, gdy stanęła przede mną świeżo przyrządzona potrawka z ryżu i kurczaka. Zabraliśmy się za jedzenie. Wziąłem do ust pierwszy kęs.
- No to chyba wiem kto będzie gotować. – spojrzałem na niego znacząco. Nie charakteryzowałem się talentem kulinarnym, można by raczej powiedzieć, że byłem ekspertem w robieniu niczego z czegoś. Potrafiłem spalić kuchnię, gotując wodę na kawę. Dlatego Yuki na urodziny kupił mi ekspres…
- Ja tam nie mam nic przeciwko. – uśmiechnął się i kontynuował jedzenie tego smacznego dania. Było w nim właściwie wszystko, od kiełków soi, po zwykłe, najpopularniejsze warzywa, ale tak umiejętnie przyprawione i połączone, że smakowało wybornie. Pierwszy raz od dawna do mojego zbyt dużego, jak dla jednej osoby mieszkania, zawitała ciepła, przyjemna atmosfera.
- Będziesz mieć swój pokój, te drzwi naprzeciwko łazienki. Chcesz się tam wprowadzić dzisiaj, czy jesteś za bardzo padnięty? – zapytałem. Mieszkanie kupowałem z myślą o tym, że nie będzie chciało mi się przeprowadzać, gdy kogoś poznam. I właśnie teraz przekonałem się o tym, że naprawdę warto myśleć, nieco wybiegając w czasie przed siebie. Na Zina czekał całkowicie biały pokój, który aktualnie był moją pracownią. Ogólnie, w całym mieszkaniu przeważała biel, z elementami ciemnego drewna, czerni i czerwieni. W tamtym pokoju były wszystkie moje teksty, kilka wzmacniaczy i kawałek kabla, który musiałem zatrzymać tylko po to, by przypominać Teru o tym, jak o mało nie stracił przez niego zębów. Oprócz tego było można tarzać się tam w pamiątkach z Versailles, zdjęciach, broszurach, plakatach…
- Dzisiaj może jeszcze nie, prześpię się na kanapie… Padam.
- Ja też… Co ty na to żeby obejrzeć jakiś film?
- Nie wiem, czy nie usnę. – skończył jeść, zlizał sos z kącików ust. Zabrał mój, pusty już od jakiegoś już czasu talerz i umył wszystko szybko w zlewie. Pozostawił po sobie zadziwiający porządek. Sprzątał wszystko na bieżąco, co było dla mnie nieporozumieniem. Po moim „gotowaniu” kuchnia wyglądała jak po napadzie głodnego Masashiego z kotem i tornadem w gratisie.
- Jak uśniesz to się wyśpisz.
Górę ubrań z łóżka upchnąłem do szafy, zamykając szybko drzwi. Przystawiłem je stolikiem, by mieć pewność że się nie otworzą w środku nocy, sprawiając, że zejdę na zawał. Łóżko przykryłem narzutą, a wszystkie poduszki położyłem tak, byśmy leżąc na materacu mieli je wszystkie pod głową. Zin położył się na przygotowanym posłaniu, za chwilę zrobiłem to samo. Postawiłem sobie laptopa na kolanach i włączyłem jeden z tych rozreklamowanych na cały kraj filmów, które nagrano na płytę po tym jak wyszły z kin. Akcja nie była zbyt ciekawa i po upływie trzydziestu minut łapałem się na tym, że przymykam oczy. Spojrzałem na Zina. Zorientowałem się, że ciemnowłosy spał mi na ramieniu. Zamknąłem komputer i odłożyłem go na szafkę nocną. Byłem tak śpiący, że nie potrafiłem już normalnie myśleć. Przykryłem nas kocem znajdującym się na pufie, obok łóżka. Oparłem głowę wygodnie na poduszkach i odpłynąłem w spokojnym śnie.
Obudziły mnie promienie słońca, wrednie przedzierające się przez szczelinę między roletą, a ramą okna. Skierowałem wzrok na Zina. Jego obecne ułożenie ekstremalnie różniło się od pozycji, jaką prezentował wieczorem. Leżał na mnie, ręce trzymając na moich bokach. Głowę opierał mi na piersi. Miał lekko rozchylone usta i rozczochrane włosy. Uśmiechnąłem się pod nosem i odgarnąłem niesforne kosmyki, które wchodziły mu do oczu. Na jego twarzy mogłem dostrzec tylko spokój. Otuliłem go kocem. Zrobiło się chłodno… Nie miałem nic przeciwko temu, żeby każda noc tak wyglądała. W tym samym czasie, mimo to, że byłem w nim już chyba zakochany po uszy, czułem przybierającą monstrualne rozmiary obawę. Bałem się, że zrobię coś nie tak, co sprawi, że odejdzie. Były to raczej bezpodstawne lęki, karmione jedynie moimi dziwnymi spekulacjami dotyczącymi przyszłości. Przyjrzałem się zamkniętym powiekom przyszłego wokalisty Jupitera.
- Jedziemy, podnoś się. – rzuciłem mu kurtkę. – A, jaki masz rozmiar buta? – zapytałem, ponownie podchodząc do jakiejś szafy i zaczynając grzebać w niej w poszukiwaniu choćby trampek.
- Coś w okolicach 25… - odpowiedział. Akurat wydobyłem z szafy pudełko z czarnymi butami w tymże rozmiarze.
- No to widzę, że garderobę możemy mieć wspólną. – zaśmiałem się i podałem mu pudełko.
- W tym wyglądasz kiepsko… Za duże. Ale to bierzemy, bez dyskusji. – oświadczyłem, oceniając Zina stojącego w przymierzalni. Przymierzył niezdatną do policzenia ilość spodni, marynarek, bluz, koszul i t-shirtów. Na wszystko musiałem go namawiać sam, co wyglądało raczej jak „nie pyskuj”. Nie dbałem też o to, że był już nieco zmęczony ubieraniem się i rozbieraniem. Co chwila donosiłem mu więcej i więcej rzeczy. Pilnowałem też, by wszystko zobaczyć. Gdy podobał mi się w czymś, po prostu kupowałem to. Póki fundusze pozwalały, po co się ograniczać. Tym sposobem skończyliśmy obładowani torbami z ubraniami, kosmetykami i innymi rzeczami, potrzebnymi normalnemu człowiekowi do codziennego funkcjonowania. Najbardziej jednak zadowolony byłem z jego nowych, wąskich i skórzanych spodni. Wrzuciłem torby do bagażnika. Przez to wszystko nie było nawet czasu na żaden obiad. Zdążyliśmy jednak kupić także jedzenie, więc z tym nie powinno być problemu. Po powrocie do mieszkania, oboje zmęczeni opadliśmy na kanapę.
- Umieram chyba – westchnąłem
- Ty umierasz? Ty, który lałeś mnie wieszakiem jak mówiłem, że wystarczy? – zaśmiał się cicho.
- Był plastikowy… - fakt, oberwał po tyłku parę razy. Dzieci trzeba uczyć pokory.
- Tak, tak. A ja będę miał kod paskowy na dupie. – spojrzał się na mnie, wciąż się śmiejąc. Należało przyznać, że z uśmiechem na twarzy było mu najlepiej.
- Jesteś głodny? – zapytałem, zmieniając temat. Mnie niespecjalnie chciało się jeść, ale drobny posiłek by nie zaszkodził.
- Tylko trochę… - odpowiedział. Zacząłem leniwie podnosić się z siedziska. Można było coś przekąsić, zresztą trzeba było rozpakować zakupy.
- Rusz się, pomożesz mi. – wyciągnąłem do niego rękę. Domyśliłem się, że z położenia w jakim się znajdował mogłoby być trudno o podniesienie się. Kiedy Zin z cichym „Ok.” znalazł się w pozycji stojącej, zaniosłem torbę z jedzeniem do kuchni. Musiałem mu pokazać, gdzie co leży. Rozpakowywanie zakupów uznałem za najlepszą okazję.
W rezultacie wszystko znalazło się na swoim miejscu. Wyjąłem potrzebne produkty do prostego spaghetti.
- Nie grzeszę zdolnościami kulinarnymi, więc z góry uprzedzam….
- Umiem gotować, mogę cię wyręczyć. – podszedł do mnie i przyjrzał się składnikom.
- Skoro tak… Czaruj. – westchnąłem i poszedłem usiąść na ulubionym krześle przy blacie. Stamtąd spokojnie dało się prowadzić rozmowę. Zin zajrzał do lodówki w poszukiwaniu dodatkowych składników. Makaron schował z powrotem do pojemnika i wyjął paczkę ryżu. Włożył go do garnka z wodą i postawił na palniku, nie uruchamiając go jeszcze. Szybko posiekał jakieś warzywa, wrzucając je do wielkiego garnka.
- Wiesz… To nie tak, że całe życie spędziłem na ulicy. – uśmiechnął się smutno.
- Nie miałem niczego takiego na myśli, spokojnie.
- Dwa lata temu po prostu wszystko nagle zniknęło. Kiedyś ci opowiem… Nie mam ochoty teraz o tym mówić. – zajął się szukaniem przypraw w pudełku.
- Rozumiem. W ogóle, ile ty masz lat?
- Jestem od ciebie o cztery lata młodszy… Senpai! – wybuchliśmy śmiechem.
- I jeszcze jedno pytanie… Skąd wiesz ile ja mam lat?
- W książeczce ze zdjęciami było. – zacząłem bawić się swoimi włosami.
- To teraz jeszcze wiesz, że mam kiepską pamięć.
- I niezłe nogi. – parsknął. No tak, ta sesja w miniówie. Pomysły Kamijo zawsze były trafione w dziesiątkę.
Czas spędzony na rozmowie z Zinem zleciał bardzo szybko i nawet nie zdążyłem się dobrze zorientować w rzeczywistości, gdy stanęła przede mną świeżo przyrządzona potrawka z ryżu i kurczaka. Zabraliśmy się za jedzenie. Wziąłem do ust pierwszy kęs.
- No to chyba wiem kto będzie gotować. – spojrzałem na niego znacząco. Nie charakteryzowałem się talentem kulinarnym, można by raczej powiedzieć, że byłem ekspertem w robieniu niczego z czegoś. Potrafiłem spalić kuchnię, gotując wodę na kawę. Dlatego Yuki na urodziny kupił mi ekspres…
- Ja tam nie mam nic przeciwko. – uśmiechnął się i kontynuował jedzenie tego smacznego dania. Było w nim właściwie wszystko, od kiełków soi, po zwykłe, najpopularniejsze warzywa, ale tak umiejętnie przyprawione i połączone, że smakowało wybornie. Pierwszy raz od dawna do mojego zbyt dużego, jak dla jednej osoby mieszkania, zawitała ciepła, przyjemna atmosfera.
- Będziesz mieć swój pokój, te drzwi naprzeciwko łazienki. Chcesz się tam wprowadzić dzisiaj, czy jesteś za bardzo padnięty? – zapytałem. Mieszkanie kupowałem z myślą o tym, że nie będzie chciało mi się przeprowadzać, gdy kogoś poznam. I właśnie teraz przekonałem się o tym, że naprawdę warto myśleć, nieco wybiegając w czasie przed siebie. Na Zina czekał całkowicie biały pokój, który aktualnie był moją pracownią. Ogólnie, w całym mieszkaniu przeważała biel, z elementami ciemnego drewna, czerni i czerwieni. W tamtym pokoju były wszystkie moje teksty, kilka wzmacniaczy i kawałek kabla, który musiałem zatrzymać tylko po to, by przypominać Teru o tym, jak o mało nie stracił przez niego zębów. Oprócz tego było można tarzać się tam w pamiątkach z Versailles, zdjęciach, broszurach, plakatach…
- Dzisiaj może jeszcze nie, prześpię się na kanapie… Padam.
- Ja też… Co ty na to żeby obejrzeć jakiś film?
- Nie wiem, czy nie usnę. – skończył jeść, zlizał sos z kącików ust. Zabrał mój, pusty już od jakiegoś już czasu talerz i umył wszystko szybko w zlewie. Pozostawił po sobie zadziwiający porządek. Sprzątał wszystko na bieżąco, co było dla mnie nieporozumieniem. Po moim „gotowaniu” kuchnia wyglądała jak po napadzie głodnego Masashiego z kotem i tornadem w gratisie.
- Jak uśniesz to się wyśpisz.
Górę ubrań z łóżka upchnąłem do szafy, zamykając szybko drzwi. Przystawiłem je stolikiem, by mieć pewność że się nie otworzą w środku nocy, sprawiając, że zejdę na zawał. Łóżko przykryłem narzutą, a wszystkie poduszki położyłem tak, byśmy leżąc na materacu mieli je wszystkie pod głową. Zin położył się na przygotowanym posłaniu, za chwilę zrobiłem to samo. Postawiłem sobie laptopa na kolanach i włączyłem jeden z tych rozreklamowanych na cały kraj filmów, które nagrano na płytę po tym jak wyszły z kin. Akcja nie była zbyt ciekawa i po upływie trzydziestu minut łapałem się na tym, że przymykam oczy. Spojrzałem na Zina. Zorientowałem się, że ciemnowłosy spał mi na ramieniu. Zamknąłem komputer i odłożyłem go na szafkę nocną. Byłem tak śpiący, że nie potrafiłem już normalnie myśleć. Przykryłem nas kocem znajdującym się na pufie, obok łóżka. Oparłem głowę wygodnie na poduszkach i odpłynąłem w spokojnym śnie.
Obudziły mnie promienie słońca, wrednie przedzierające się przez szczelinę między roletą, a ramą okna. Skierowałem wzrok na Zina. Jego obecne ułożenie ekstremalnie różniło się od pozycji, jaką prezentował wieczorem. Leżał na mnie, ręce trzymając na moich bokach. Głowę opierał mi na piersi. Miał lekko rozchylone usta i rozczochrane włosy. Uśmiechnąłem się pod nosem i odgarnąłem niesforne kosmyki, które wchodziły mu do oczu. Na jego twarzy mogłem dostrzec tylko spokój. Otuliłem go kocem. Zrobiło się chłodno… Nie miałem nic przeciwko temu, żeby każda noc tak wyglądała. W tym samym czasie, mimo to, że byłem w nim już chyba zakochany po uszy, czułem przybierającą monstrualne rozmiary obawę. Bałem się, że zrobię coś nie tak, co sprawi, że odejdzie. Były to raczej bezpodstawne lęki, karmione jedynie moimi dziwnymi spekulacjami dotyczącymi przyszłości. Przyjrzałem się zamkniętym powiekom przyszłego wokalisty Jupitera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz