piątek, 4 marca 2016

Szkarłatny Przystanek VI

Urocza melodyjko
Przyjdź do mnie, jak przed laty
Zabrzmimy razem
By pozwolić ci ucichnąć

           Zdenerwowanie nakazywało mi kręcić się w kółko po pokoju. I po cholerę ci to było, durniu? Czułem, że wariuję. Zachowywałem się jak kompletny panikarz, przesadzałem. A może nic takiego się nie stało? Może to wszystko było jakimś pieprzonym urojeniem?
Sam już nie wiedziałem czemu chciałem znów niszczyć sobie życie. Mogłem mieć wszystko. Nie byłem już grajkiem ulicznym mieszkającym w ruinie zastawionej kawałkiem metalu, udało mi się coś osiągnąć. Tyle, że bez Hizakiego byłbym nikim.
Jestem nikim.
Postanowiłem wrócić do domu. Może nawet nie zauważył, że mnie nie było? Może spędził noc u Kamijo? Miałem ochotę wziąć kolejną działkę, ale nie chciałem iść na łatwiznę. Wciąż ze sobą walczyłem. Nie chciałem znów wpaść w tę pułapkę. Wyszedłem z mieszkanka i powlokłem się do domu. Z jednej strony przepełniał mnie wstyd i niepewność, z drugiej zazdrość i infantylna wręcz potrzeba uwagi. Wsunąłem klucz do zamka i powoli go przekręciłem. Po cichu wszedłem do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Salon był w dokładnie takim stanie jak wtedy, gdy wychodziliśmy z domu. Zajrzałem do sypialni. Hizaki leżał na mojej połowie łóżka i spał, przytulając się do mojej poduszki. Nawet się nie przebrał. Usiadłem obok i odgarnąłem mu włosy z twarzy, głaszcząc go po policzku. Otworzył oczy, unosząc się lekko do góry. Popatrzył na mnie dosyć zaskoczony. Po chwili w jego spojrzeniu pojawiła się ulga. Podniósł się i przytulił mnie.
         - Gdzieś ty był…? – zapytał, gładząc mnie po plecach. W moim gardle pojawiło się to charakterystyczne dla wzrastającej chęci płaczu uczucie. Zacisnąłem drżące usta. Odsunął się ode mnie i popatrzył na moją twarz. – Przepraszam… Nie umiem się wytłumaczyć. Teru mi powiedział…
          - Powiedz prawdę. - wyjąkałem, patrząc mu w oczy, jednak po chwili odwróciłem wzrok.
           - Ja…
           - Zniosę wszystko, tylko nie kłam.
           - Nigdy cię nie okłamałem.
           - Przestań! Przynajmniej teraz tego nie rób! A wtedy kiedy mówiłeś, że kochasz tylko mnie? Kiedy przedarłeś wasze wspólne zdjęcie? – urwałem. Pogłaskał mnie po policzku.
        - Jestem strasznym idiotą. Wybacz mi, proszę…
         - Przymknij się. – wtuliłem się w niego. Czułem się źle chcąc mieć go tylko i wyłącznie dla siebie, choć sam nie wiedziałem dlaczego. To było już głupie. Przecież wszystko się wokół tego kręci, ja miałem być dla niego, on dla mnie, czyż nie?
         - Obiecuję, że nigdy więcej cię nie zawiodę.
Miałem ochotę powiedzieć mu, by nigdy nie używał słowa „nigdy”. Co do obietnic… Wiele ich już otrzymywałem. Sam siebie za to nienawidziłem, ale byłem typem człowieka, który mówi tylko niewielką część tego co myśli. Dlatego też zachowałem ciszę, schowany w jego ramionach. Nie dzielił nas nawet milimetr, a czułem się jakbym był dalej od niego niż kiedykolwiek.


      Przez kilka kolejnych tygodni zasmakowałem gorzkiej rutyny. Przed wyjściem na próbę standardowo brałem kilka silnych tabletek na uspokojenie, żeby niektórych rzeczy po prostu nie zauważać. A zwłaszcza tego jednego człowieka. Kiedy był gdzieś w pobliżu, po prostu znikałem gdzieś w miarę niepostrzeżenie. Gdy się pojawiał, odchodziłem w cień. Właściwie to odchodziłem w cień z każdym dniem. W ten sam cień, w którym znajdowała się moja przyjaciółka. Co do Kamijo...
Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Mnie Hizaki miał na co dzień. Doszło do tego, że przestaliśmy rozmawiać.
Opuściłem dom, kiedy jeszcze spał. Była piąta rano w niedzielę, więc miałem jakieś dziesięć godzin nim zdecyduje zwlec się z łóżka. Musiałem dokupić kilka gramów. Czułem, że bez żadnej odskoczni w końcu nie wytrzymam. Wykituję. A tak bardzo chciałem żyć. Problem w tym, że nie umiałem. Każdy z moich sposobów na życie próbowanych dotychczas okazywał się metodą na długą i bolesną śmierć. Dlaczego więc nie mogłem czegoś w końcu doprowadzić do skutku? Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. 
Wraz z chwilą, gdy wstrzyknięty gdzieś na jednym z tych pustych, obdrapanych przystanków w tej zapchlonej dzielnicy narkotyk zaczął działać, wszystkie problemy nagle przestały być ważne. Przymknąłem oczy i pogrążyłem się w rozmyślania, czy to już raj. 
Bzdura. 
Tacy jak ja nie zasługują na raj. Carpe diem, zapomnij.

***

        - Bierzemy? 
        - Żartujesz? Za działkę zrobi wszystko.

Poczułem jak ktoś mnie podnosi i wrzuca do samochodu. Chciałem się jakoś obronić, jednak z moich ust wydobywały się tylko niewyraźne, nic nieznaczące dźwięki. Bałem się, mało tego - byłem przerażony, ale nie mogłem uciec. Przeniesiono, a raczej przeciągnięto mnie do samochodu, gdzie nie mogąc wygrać z ciężarem powiek po prostu usnąłem. Ocknąłem się po jakimś czasie z ogromnym bólem głowy, by za chwilę zwymiotować obok łóżka. Czułem ból i odrętwienie w każdym skrawku mojego ciała. W wejściu zauważyłem mężczyznę z należącą przed kilkoma godzinami do mnie torebką białego proszku w dłoni. Popatrzyłem na niego błagalnie. 
         - Dostaniesz, jeśli zapracujesz. - uśmiechnął się. 
         - Proszę...
 Schował torebkę do kieszeni i zbliżył się do mnie. Szarpnął mnie za włosy, unosząc do siadu. Rozpiął spodnie. 
         - Ssij, śmieciu. 
Rozejrzałem się niepewnie. Z prawdopodobnie tu obecnych innych pokojów dochodziły jęki i inne nieokreślone dźwięki, świadczące o tym, gdzie się znajdowałem. Dziś to ja stałem się towarem. Zaatakowała mnie kolejna fala bólu. Uklęknąłem przed nieznajomym. 
         - Mam ci wysłać polecony?! - warknął, uderzając mnie w twarz. Och, tak. W pełni na to zasłużyłem. Niewiele się zastanawiając, wziąłem jego przyrodzenie do ust. Im szybciej dostanę "wypłatę" tym lepiej. Po fakcie otrzymałem swoje. Zrobiłem co trzeba i już miałem zrobić to po raz kolejny. Popatrzyłem na ostry czubek igły. Czy chciałem? To już nawet nie była chęć. Musiałem, bo nie miałem żadnego innego wyjścia. Tak miało od teraz wyglądać moje życie. Od jednej działki do następnej. Wiedziałem, że zaczyna być źle odkąd zacząłem ważyć los w gramach.

Minął jakiś czas. Nie miałem pojęcia, czy kilka dni, a może tygodni. W każdym razie uznali, że należy mi się odpoczynek, bo nie byłbym w stanie dalej "pracować". Przyszła do mnie starsza kobieta. Zdjęła z wózka butelkę wody i talerz z jakimś jedzeniem. Otumaniony bólem ogarniającym moje gwałcone przez ostatnie kilka godzin ciało nie byłem w stanie nawet podnieść ręki, by po to wszystko sięgnąć. 
       - Pomoże mi pani...? - zapytałem cicho. 
       - Nie rozmawiam z wami. Żryj, albo dostanie to ktoś inny. 
Podniosłem się powoli i sięgnąłem po talerz, który zabrała mi dosłownie sprzed nosa. Popatrzyłem na kobietę z niemym pytaniem o powód jej zachowania. 
       - Nie to nie. Tu nikt cię nie pyta o zdanie. 
Opuściła pokój razem z tym skrzypiącym wózkiem. Woda... Przynajmniej tyle mi zostało. Opróżniłem za jednym razem połowę butelki. Zamknąłem powieki delektując się zaspokojonym pragnieniem, ciszą i bezlitośnie upajającą świadomością istnienia. Przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy nad ranem zdarzyło mi się krzyknąć z bólu, byli w stanie robić wszystko, bym krzyczał jeszcze głośniej. Byłem przekonany, że nie należę już do rodzaju ludzkiego, ale w takim razie - czym byliby ci ludzie? Któregoś dnia do mojego pokoju przyszedł mężczyzna z małym chłopcem na... smyczy. Dziecko było tak samo chude i wyczerpane jak ja w tamtej chwili. Rzuciłem chłopcu pełne żalu spojrzenie. Zaczął płakać, krzyczeć, że chce wyjść. Mężczyzna bił go do momentu, w którym nie pojawiła się krew. Gdybym tylko był w stanie się ruszyć...
         - Zachowuj się. Niegrzeczni chłopcy się nie bawią, pamiętasz? 
         - Tak, wujku. 
Zamknąłem oczy, widząc jak chłopiec jest rozbierany i całowany przez tego zboczeńca po ledwo jeszcze rozwiniętym, wychudzonym i drżącym ciele. Nagle poczułem małe wargi chłopca obejmujące mnie niemal w całości. Spojrzałam w dół. Płakał. Mężczyzna zsunął z siebie spodnie i wszedł w niego nagle i szybko. Z moich ust wydarło się tylko ciche "Nie...".
        - Nie odzywaj się. Masz patrzeć. Za to zapłaciłem.
Cofnąłem biodra, wbijając się w materac. Nie mogłem znieść świadomości, że biorę w tym udział. Tylko dlatego, że jakiś wariat zapłacił za to właścicielowi. Gdy to zauważył, uderzył i mnie i chłopca. Bezradność jest chyba najgorszym, co można czuć.

Po około godzinie tych tortur klient rzucił mi na łóżko pieniądze i wyszedł, nie zabierając ze sobą chłopca. Przerażony jego stanem, postarałem sie wstać. Leżał bezwładnie na podłodze. Krwawił. Nie wyglądał nawet na dziesięć lat. Wciągnąłem małego na łóżko i owinąłem go skrawkiem kołdry. Nie wiedziałem, czy przeżyje. Przyjął na siebie tyle samo ciosów tego fetyszysty co ja. Tyle, że byłem o dwadzieścia lat starszy. 
        - Pomocy! - krzyknąłem w miarę możliwości, co okazało się czymś w rodzaju ochrypniętego szeptu. W moich oczach stały łzy. Adrenalina zyskała poziom maksimum, gdy usłyszałem kroki. Drzwi otworzyły się. 
        - Płaczesz nad owocem niewierności? - zdziwił się jeden z właścicieli tego domu tortur. 
        - Nie zasłużył... - poczułem jak łzy spływają mi z podbródka. Przytuliłem zmarznięte dziecko do siebie, kiedy mężczyzna usiadł obok mnie. Starł mi łzy z twarzy i pocałował mnie, a raczej zaczął dosłownie żuć moje usta, gładząc mnie przy tym po udzie. Prawie na niego zwymiotowałem. Drzwi były otwarte. Teraz, albo nigdy. Wybiegłem z pokoju, trzymając chłopca w ramionach i ciasno owijając nas oboje prześcieradłem. Zbiegłem chwiejnie po schodach. Widziałem już blady blask latarni docierający do pomieszczenia zza drzwi. 
Biegłem najszybciej jak mogłem. Jednak kilka metrów przed wyjściem ktoś podciął mi nogi i kopnął w plecy. Jedyne, co starałem się robić to chronić chłopca, mimo że sam byłem już u kresu wytrzymałości. Nie mogłem się podnieść, nieważne jak bardzo bym chciał. Nagle ta sama osoba, która powaliła mnie na ziemię uniosła mnie do pozycji stojącej. Przez mgłę widziałem salę zapełnioną elegancko ubranymi ludźmi. Niektórzy wyrażali przerażenie, niektórzy wychodzili, a inni po prostu stali i się uśmiechali. 
        - Co z tym zrobić? - jeden z naszych oprawców zapytał barmana. Ten gestem pokazał drzwi. Niewiele później zostaliśmy za nie wyrzuceni. Przemieszczałem się na czworakach, by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Musiałem zniknąć im wszystkim z pola widzenia. Byłe dalej. Czy to wciąż była Japonia? Czy naprawdę w tym kraju było możliwe to, co właśnie się stało? 
Kiedy miałem obok siebie ścianę jakiegoś budynku,  wstałem i zacząłem opierać się o nią, podążając dalej przed siebie. Usiadłem pod murem, zaraz przewracając się na bok. Nie było tu o tej porze wiele ludzi. Popatrzyłem na chłopca. Obaj potrzebowaliśmy pomocy. Otworzył oczy.
       - Wszystko... Będzie dobrze. Uciekliśmy...
Jęknął cicho, usiłując coś powiedzieć. Za chwilę usłyszałem gdzieś za rogiem kroki. 
       - Płacimy gliniarzom. Prędzej czepią się ciebie niż nas. I gówno się będę tym przejmował, że jesteś moim bratem. 
Rozpoznałem ten głos. Ten sam człowiek wsadzał mnie do samochodu. 
       - Ostrzegam cię, że jeżeli coś mu zrobiłeś...
       - To co, zapiszczysz mi do ucha? Nie twoja sprawa. Nie twoje dziwki. 
       - Zrozum, że możecie mieć poważne problemy. Wiem, że go zabraliście. 
Z pierwszą chwilą głos drugiego mężczyzny wydał mi się znajomy. 
       "- Dobrze ci poszło, Zin."
Za drugą jego wypowiedzią nie miałem już wątpliwości, że to on. Wielki i cudowny Kamijo. 
       - Jakie niby? Zmywaj się stąd, dobrze ci radzę. Inaczej nikt nie dowie się co się z tobą stało. 
Zbliżyłem się do rogu budynku i wyjrzałem zza
niego powoli. Wokalista był przyparty do muru, zaraz w miejscu, gdzie się on kończył. Kiedy tamten poszedł, złapałem go za nogawkę. Podskoczył i zaraz spojrzał w dół. 
        - Boże... - schował się za rogiem i uklęknął przy mnie i chłopcu.
        - Weź nas stąd... Proszę. - złapałem go za rękę. 
        - Jasne. Dojdziesz do samochodu? 
        - Jakoś... Ale nie dam rady z nim. 
        - Czekaj tu. Podjadę. 
Pobiegł po samochód. Po chwili zatrzymał się na ulicy zaraz przede mną. Pomógł mi się podnieść i wejść do środka. Chłopca wziął na ręce i położył go obok mnie. 
        - Hizaki chyba cię nie spuści więcej z oka - odwrócił się. 
        - Możliwe.
        - Dobra, jedziemy do szpitala. 
Dotknąłem czoła chłopca. Był rozpalony.
        - Pośpiesz się... - powiedziałem. Ja też nie czułem się najlepiej, ale adrenalina wciąż działała. Bolało mnie całe ciało, nie hasłem nic od długiego czasu i odczuwałem okrutną potrzebę wstrzyknięcia sobie morfiny. Kiedy jednak Kamijo wspomniał o jedynej osobie, którą kochałem, zacząłem znów się zastanawiać nad wycofaniem się z tego. Nad rozmową z nim, odwykiem, powrotem do normalnego życia. 

Zdałem sobie sprawę, że od niektórych rzeczy nie ma odwrotu. A może byłem po prostu parszywym tchórzem?

        - Halo? Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - Kamijo włączył telefon na głośnomówiący. Słysząc głos ukochanego prawie zachłysnąłem się powietrzem, a po twarzy popłynęły mi łzy. 
        - Mam go. - odparł de facto mój wybawca. Szturchnął moje kolano, żebym się odezwał. 
        - Co? Zina? Naprawdę!? 
        - Tak. - odpowiedziałem. 
        - Boże, skarbie... Gdzie mam jechać? 
        - Szlag, nie orientuję się w adresach. - starszy sprawdził coś w telefonie, po czym podał Hizakiemu nazwę szpitala. 
        - Zaraz będę. - odparł radośnie gitarzysta. Słysząc ile radości mu sprawiło znalezienie mnie, uśmiechnąłem się pod nosem. 
        - Uważaj na siebie po drodze. - odezwałem się jeszcze.
        - Oczywiście. 

W szpitalu byliśmy pierwsi. Chłopca szybko przeniesiono w odpowiednie miejsce, a mnie na prześwietlenie opuchniętych kończyn. Na szczęście nic więcej nie było trzeba. Kiedy opuściłem salę na wózku, Hizaki przytulał Kamijo i powtarzał w kółko "dziękuję". Zauważył, że wyszedłem. Zakrył sobie twarz dłońmi, widząc mój stan. Przejął wózek od pielęgniarki. Ponoć wszystko było w porządku.
       - A gdzie chłopiec? 
Kobieta wytłumaczyła nam jak tam trafić. Zanim jednak zdążyła skończyć, długowłosy przytulił mnie, klękając przy wózku. Kiedy wycofała się do sali, pocałował mnie tęsknie. 
       - Co się z tobą działo? - popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
       - Porozmawiamy w domu, dobrze? Chodźmy tam. - wskazałem mu gdzie prowadzić wózek. Moja noga nie była złamana, ale nieźle stłuczona i opuchnięta. Chodzić nie pozwalało mi też rozdzierające uczucie w żołądku. Jakbym miał tam setki igieł. Do tego bolała mnie głowa. 
Zorientowałem się, gdzie był w tym momencie chłopiec. Z jego sali wyszedł do nas lekarz. 
       - Co z nim? 
       - To pański syn? 
       - Nie. Zabrałem go z... Z ulicy. - odpowiedziałem jakże naturalnie.
       - Przykro mi, ale...
Otworzyłem szerzej oczy. 
       - Doszło do zakażenia organizmu. Nie mogliśmy nic zrobić. Dodatkowo był bardzo osłabiony...
Załamałem się. Nie zasłużył! Był tylko niewinnym dzieckiem, które niczym nikomu nie zawiniło. Świat był okrutny. Schowałem twarz w dłoniach. 
       - Całego świata nie zbawisz. - szepnął Hizaki, kiedy nieco się oddaliliśmy. 
       - Kiedy on nawet nie był jego milionową częścią... - wtuliłem się w jasnowłosego. Dostałem leki na uspokojenie. Och, jak bardzo byłem wdzięczny pielęgniarce. Pojechaliśmy do domu. Pochówek miał załatwić szpital, jako że nie było w pobliżu żadnego członka rodziny. Masaya pomógł mi się umyć, po czym zaniósł mnie do łóżka i poszedł po jedzenie. Gdy go nie było odszukałem w swojej szufladzie tabletki nasenne i połknąłem kilka sztuk. Odłożyłem je szybko na miejsce i usadowiłem się na łóżku.
       - Jedz, bo mi tu zemdlejesz. - uśmiechnął się,  stawiając mi tacę na kolanach. Dosłownie pochłonąłem posiłek. Od razu poczułem się trochę lepiej. Jednak mój stan psychiczny wciąż był naprawdę kiepski. Odstawiłem naczynia na szafkę nocną i złapałem jasnowłosego za rękę.
        - Wybacz, ale nie mam siły dzisiaj o tym wszystkim mówić. - szepnąłem. 
           - Rozumiem. Cieszę się, że jesteś. - pocałował mnie w usta. Odwzajemniłem tę krótką czułostkę. Przytuliłem się do niego. Otulił mnie pachnącą pościelą i wplótł palce w moje włosy, gładząc je delikatnie. Znów poczułem się kochany. Wkrótce tabletki zaczęły działać.

czwartek, 3 marca 2016

Park z jeziorkiem (Kamijo x Hizaki)

A więc wstawiam jako przeniesione z poprzedniej lokalizacji. Powinno być razem z pierwszymi 4 przystankami, ale "Park" zaginął w akcji. Shot połączony ze Szkarłatnym Przystankiem. Miłego czytania.
No i tak. Jako człowiek żebrak chciałabym czasem usłyszeć jakąś opinię o danym tekście, jak chyba każdy autor czegokolwiek. Więc jeśli tu jesteś, nawet jako Anonimek i spodobał lub nie spodobał ci się tekst - zostaw jakiś komentarz, pięknie proszę ^^ 

____________________


 „Na końcu zawsze będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec.”
Tylko, że wszystko co dobre również kiedyś ma swój koniec. Każdy ciąg wydarzeń, każdy epizod tej najciekawszej księgi, dumnie opatrzonej okładką z wyrazem „Życie” kiedyś dobiega finału.
                
             - Kamijo, zostaw te papiery… - podszedłem do niego. Od dawna był moją chorobą, z której nie mogłem się wyleczyć. Piękny w każdym swoim calu - gdy siedział nad papierami, tekstami, gdy śpiewał, gdy zagadywał publiczność. Nawet po zmyciu kilograma szpachli z twarzy, a właściwie to… zwłaszcza wtedy. W końcu prawdziwego piękna nie definiuje tylko część wizualna. To by było zbyt proste. Położyłem rękę na jego okrytym śliskim materiałem marynarki ramieniu. Wzdrygnął się lekko.
             - Witamy wśród żywych… – zaśmiałem się cicho.
             - Wybacz, zamyśliłem się. – przeczesał włosy i przymknął zmęczone oczy. Ostatnio bez przerwy siedział nad jakimiś druczkami związanymi z nową wytwórnią. Uparł się, żeby mieć coś więcej niż zespół, więc nikt mu nie przeszkadzał. Jedyną osobą, która mówiła mu, żeby odpuścił sobie na konkretny dzień, byłem ja. Czasem przesadzał i miałem wrażenie, że jego oczy zamieniają się w ogniste kule, które rozsadzi ciśnienie.
              - Daj sobie na dzisiaj spokój.
              - Nie mogę. Jeszcze…
              - Zamknij się. - nacisnąłem palcem czubek jego nosa. - Odwiozę cię do domu, bo jeszcze mi zaśniesz za kierownicą.
              - Ale Hizaś!
              - Może inaczej… - wywróciłem oczami. – Nie pyskuj. Zamykaj to i do samochodu. – powiedziałem tonem, który nie tolerował sprzeciwu. Kamijo uśmiechnął się pod nosem i podniósł się z fotela. Kiedy opuściliśmy budynek, posłusznie powlókł się do samochodu. W ciszy jechaliśmy do celu, jakim był dom, a właściwie posiadłość wokalisty. Spoglądałem na niego czasami, na czym zdarzyło mu się mnie przyłapać. Wtedy odruchowo odwracałem wzrok. Któregoś razu to ja poczułem się obserwowany. Miałem wrażenie że zaraz się rozpuszczę. Zasłoniłem twarz kurtyną z włosów i skupiłem się na drodze. Zatrzymałem się pod doskonale znaną mi bramą.
              - No to do jutra. – pożegnałem się, w czym przeszkodziło mi przeciągłe ziewnięcie. Spojrzałem na zegar. Wyświetlał 2:04.
              - Raczej do dzisiaj. Nie sądzisz, że lepiej dla ciebie byłoby zostać tu na noc? – zapytał. Zdziwiłem się, ale nie mogłem przyjąć zaproszenia.
              - Dziękuję, ale pojadę do domu. – uśmiechnąłem się. – Dobranoc.
             - Jak wolisz. Dzięki. – zamknął drzwi i oddalił się w kierunku bramy. Westchnąłem przeciągle. Nacisnąłem pedał gazu i ruszyłem. Nie zdołałem przejechać kilkunastu metrów, a samochód zaczął się „dławić”, po czym zatrzymał się. Spróbowałem go bezskutecznie odpalić około pięciu razy. Dopiero po piątym zorientowałem się że kontrolka pokazująca zawartość baku miała wskazówkę bezlitośnie przechyloną w stronę okrągłego, czerwonego zera. Ktoś zapukał w szybę.
             - Może jednak? – wyszczerzył się Kamijo. Roześmiałem się i wysiadłem. Zepchnęliśmy samochód na pobocze i skierowaliśmy się do wnętrza posiadłości. Spojrzałem na rozgwieżdżone niebo. Doskonale znałem wiele gwiezdnych formacji z dzieciństwa. Fascynacja, która przyniosła tylko korzyści w postaci dobrych wspomnień. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
            - Zawsze jak tu wchodzę to nie mogę się nadziwić. – uśmiechnąłem się.
            - Oj tam, nic specjalnego.
            - Właśnie w tym rzecz. Wydajesz się być ciekawą osobą, a tymczasem jesteś takim nudziarzem. – zachichotałem. Odwrócił się i popatrzył na mnie z politowaniem.
            - Znalazłem kandydata do spania na podłodze.
            - Daj spokój, tu wszystko jest białe!
            - Oprócz mnie. – wyszczerzył się.
            - Ty jesteś żółty.
            - Sam jesteś żółty.
 Zdjął buty i odwiesił kurtkę na wieszak.
            - Ała, chyba się nie pozbieram – uśmiechnąłem się. Pozbyłem się wierzchniej garderoby. Przeszliśmy do sypialni, Kamijo zaczął szukać czegoś w szafie. Podał mi ręcznik i szlafrok. Poszedłem wziąć szybki prysznic. Kiedy wróciłem łóżko było przygotowane. Yuuji umył się i przyszedł do pokoju. Moja specyficzna choroba dawała o sobie znać. Rozczochrane, lekko pofalowane od wilgoci włosy puszyły się dookoła głowy wokalisty. Jego oczy błyszczały, a usta wygięte były w delikatnym uśmiechu.
            - Zostajesz tutaj, ja idę do salonu. – przekazał i przerzucił zrolowany koc przez ramię.
            - Ale…
            - Nie pyskuj. Dobranoc, piękna. – pokazał mi język. Zmrużyłem morderczo oczy w celu okazania niechęci do zwracania się do mnie w rodzaju żeńskim. Kamijo wyszedł z pomieszczenia, a ja rzuciłem się na łóżko. Było miękkie i mimo świeżej pościeli, byłem w stanie wyczuć ten szczególny zapach. Zgasiłem lampkę nocną, a w pokoju zapadła ciemność, nie licząc nikłej poświaty docierającej zza drzwi. Przymknąłem na chwilę oczy. Chwila okazała się trwać mniej więcej godzinę. Obudził mnie świst wiatru w kanałach wentylacyjnych i stukot wielkich kropli deszczu o blaszany dach połączone z przerażająco głośnym grzmotem. Sypialnię rozjaśnił błysk białego światła. Schowałem głowę pod kołdrą i starałem się spać dalej. Na nic cały wysiłek. Po wielu bezskutecznych próbach, zauważyłem przenikającą również przez kołdrę smugi żółtego światła lamp z przedpokoju. Wyjrzałem spod przykrycia i zobaczyłem zaglądającego do pokoju Kamijo, bo kogóż by innego.
                 - Co tam? – zapytałem zaspanym głosem, mrużąc oczy.
                 - Przyszedłem sprawdzić czy śpisz… - odparł inteligentnie i sensownie, myśląc z pewnością zupełnie racjonalnie.
                 - Nie śpię i nie zasnę. Nie da się przez ten hałas.
                 - Hizaki…?
                 - Tak?
                 - Mogę z tobą zostać? – zdziwiłem się, słysząc to. Jakiś czas zwlekałem z odpowiedzią, by upewnić się, że dobrze zinterpretowałem sens tych słów.
                  - Pewnie.
Blondyn wpakował mi się pod kołdrę. Zapanowała chwila niezręcznego milczenia.
                  - Co się stało…? – zapytałem niepewnie. Kolejny błysk, ponownie grzmot.
                  - Ja… Ja… Boję się tam spać… - wyjąkał. Zaśmiałem się cicho. Nie przypominałem sobie żadnego wampira bojącego się burzy, ale zawsze ktoś musi być pierwszy. Prawda, że mnie również wcale nie było przyjemnie. Podczas burzy zawsze czułem się beznadziejnie samotny. Wśród błyskawic rozdzierających niebo i oblewającego szyby deszczu, trudno było skupić swoje myśli na czymś miłym, a już na pewno zasnąć.
                  - No chodź – wyszczerzyłem się, robiąc mu miejsce pod kołdrą.
Kamijo wsunął się pod uchyloną kołdrę z miną zbitego psa. Odwrócił się do mnie tyłem i zwinąwszy się w kłębek usiłował chyba zapaść się pod ziemię. Pogładziłem go delikatnie po włosach. Miałem wielką ochotę po prostu przytulić się do niego. W końcu zebrałem w sobie odwagę, by powiedzieć mu o swoich uczuciach.
                  - Yuuji-chan, nie odwracaj się. – szepnąłem mu do ucha, nie przestając przeczesywać jasnych włosów dłonią.
                   - Yuuji-chan? No błagam… - westchnął i przewalił się, by po chwili znaleźć się twarzą w twarz ze mną. Niemal natychmiast przysunąłem się do niego. Wtuliłem się w jego tors, ku zaskoczeniu blondyna.
                   - Yuuji-chan, bo mimo czterdziesktki na karku dalej zachowujesz się jak ośmiolatek.
                   - Hizaś? - zignorował moją uwagę.
                   - Tak, to ja…
                   - Tyle wiem, ale…
                   - Nie podoba ci się to?
                   - Nie, tylko dziwnie się czuję, gdy nie jest to mój sen… - mruknął i objął mnie. Moje serce załomotało z radości.
                   - Sen? Mamy podobne sny, jak widać.
                   - Tak myślisz?
                   - Tylko w wypadku, w którym ty też tak myślisz.
                   - Bo ja chyba faktycznie tak myślę. – powiedział ciepło.
Uniosłem głowę i przytknąłem wargi do jego ust. Muskałem je delikatnie, by upewnić się, że jest…

Że jest tak jak oboje myśleliśmy.

W końcu nieco zdębiały Kamijo przejął inicjatywę. Przycisnął mnie do siebie i pocałował.
                   - Czyli ty mnie też? – moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
                   - Zgadza się.    
                Kiedy obudziłem się, jak sądziłem, rano, po Kamijo obok mnie zostało tylko znikające już wgniecenie w pościeli. Czułem jakby milion żelaznych łańcuchów przykuwało mnie do łóżka. Miałem wrażenie, że moje ciało nagle zwiększyło swoją powierzchnię, bezwładnie rozpłaszczając się na całej szerokości łóżka. Sięgnąłem po telefon, by sprawdzić, która godzina. Myliłem się, co do pory. Jeszcze pamiętałem, że piętnasta trzydzieści dwie,  raczej nie jest godziną poranną. Powróciłem myślami do zdarzeń z minionej nocy. Nagle do pokoju wpadł wokalista z jedzeniem na tacy.
                  - Śniadanie przyszło. – oświadczył radośnie. - O ile można to tak nazwać…
                   - Zostaniesz moim śniadaniem?
Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Zjedliśmy szybko, śmiejąc się i rozmawiając. Yuuji stwierdził, że warto byłoby gdzieś pójść. Była sobota, więc mieliśmy wolne. Wolne wiązało się z nadmiarem wolnego czasu. Zadzwoniłem do ubezpieczyciela z prośbą o odholowanie samochodu, a później Kamijo odwiózł mnie do domu, żebym mógł się przygotować. Nic nie mogło opisać tego, jaką radość dawała mi obecnie rzeczywistość. Wszystko nagle zaczęło mieć sens.
                 Wskoczyłem pod prysznic. Długo i dokładnie szorowałem włosy, nakładając różne odżywki, maski i tym podobne.  Były w wystarczająco złym stanie przez farby, pianki, żele, lakiery o trwałości granitu. Pozbycie się koncertowej fryzury trwało, bez użycia prostownicy, dwa dni. To zapewniło brak efektu miotły. Szorstką gąbką wymasowałem całe swoje ciało, by jakoś pobudzić się do życia. Wychodząc z łazienki po godzinie higienicznych rytuałów, spojrzałem na telefon, którego dioda powiadomień migała na zielono. 
Przyjdziesz około siódmej do parku nad jeziorko?
Siódma, w parku, Kamijo.
Siódma, Kamijo,
Kamijo.
Wariujesz, Hizaki – pomyślałem, gdyż rzeczywiście tak było. 
                   Założyłem proste, czarne spodnie, białą koszulkę z dekoltem w serek i grafitową bluzę. Dosłownie wybiegłem z domu. Jeszcze przed umówioną godziną czekałem nad srebrzystą taflą wody, na molo. Obserwując ludzi, zauważyłem dosyć wyróżniającą się osobę. Wstałem i dogoniłem jasnowłosego mężczyznę, rzucając mu się w ramiona. Kamijo pocałował mnie w usta, ku zniesmaczeniu sporego procenta ludności. Spędziliśmy ze sobą wspaniałe, tak szybko umykające godziny.
                  - Zimno się zrobiło. Idziemy do mnie? – zapytałem, czując gęsią skórkę na ramionach i kolejny, przechodzący mnie dreszcz. Yuuji przytulił mnie, całując w czoło.
                  - Można się zbierać. – odpowiedział, zdejmując bluzę i otulając mnie nią. Uśmiechnąłem się do niego lekko. Poszliśmy do mojego domu. Otworzyłem wino i usiedliśmy na kanapie. Zawsze tak było, że mogliśmy rozmawiać bez końca. W tej kwestii nigdy nic się nie zmieniło.
W pewnym momencie Kamijo odstawił swój kieliszek. Korzystając z okazji, wdrapałem mu się na kolana. Dopiłem wino i zarzuciłem mu ręce na ramiona.
                  - A powiesz mi, co jeszcze ci się śniło?
                  - Ty. – powiedział, uśmiechając się. – Ty, w każdej sytuacji.
                  - Każdej?
                  - Każdej. – wplótł palce w moje włosy i pocałował mnie czule. Nie pozwoliłem mu się odsunąć. Przytrzymałem go przy sobie, kontynuując pieszczotę. Przesunął językiem po moim podniebieniu. Znajdowaliśmy się już w pozycji leżącej. Ręce Kamijo powędrowały na moje lędźwie, a moje pod jego koszulkę.
Niedługo później iskierki rozkoszy zatańczyły mi przed oczyma.
                                                                 ***
                - A więc w końcu! – ucieszył się Kaya, popijając kawę z odtłuszczonym mlekiem. Zawsze przesadnie dbał o linię. Jak dla mnie, i tak był wciąż za chudy, ale nie umiałem mu tego przetłumaczyć. I tak by się odchudzał. W dodatku był weganinem. Nie umiałem tego pojąć, jak można jeść same rośliny, ale nie byłem też przeciwny, skoro mu z tym dobrze. Póki się nie zagalopował, wszystko było dobrze. Kaya był naprawdę cudownym przyjacielem. Umiał cieszyć się czyimś szczęściem, wyzbywając się ewentualnej zazdrości, bądź po prostu jej nie okazując. To była osoba, której warto było zaufać. Dlatego jemu pierwszemu zwierzałem się ze wszystkich problemów, radości i często nieprzyjemnych drobnostek, które wobec jego pogody ducha traciły swoją wagę.
                - A po trasie, książę z honorem, a księżniczka z bachorem. – parsknął. Kopnąłem go pod stołem i roześmiałem się w głos.
                - Dobre porównanie, ale trochę…
                - Nie zaglądam ci pod spódnicę. – brunet bez przerwy się śmiał.
                - Może to i dobrze… Ja też podziękuję tobie zaglądać. – wziąłem łyk mojego superkalorycznego latte z karmelem. Kaya uśmiechnął się, jak zauroczony, a ja nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, póki nie poczułem ciepła ciała obejmującego mnie od tyłu i całującego w tył głowy.
                 - Hej, królewny. – przywitał się Kamijo.
                 - Hej, dobrze że nie słodzę kawy. – odpowiedział mu mój przyjaciel.
                 - Co tu robisz? – zapytałem, łapiąc go za rękę. – Nie mówiłem ci, gdzie idę.
                 - Masz rację, wpadłem na was przypadkiem. Spotkanie z liderem zespołu chcącego dołączyć do mojej wytwórni. – wywróciłem oczami słysząc słowo wytwórnia. To słowo było równoznaczne z frazą „padnięty Kamijo”.
                  - Nie przewalaj tak tymi gałami, bo ci znowu któreś ucieknie. – stwierdził dosyć logicznie Kaya, jednak w imię dumy musiałem znów uraczyć go kopniakiem.
                  - Nie patrz tak na mnie… - mruknął w odpowiedzi na zadany cios. W nagrodę dostał kolejny raz.
                   - Za co to?! – oburzył się.
                   - Patrzyłem na Kamijo. – burknąłem. Brunet parsknął śmiechem, a Kamijo pogłaskał mnie po włosach.
                    - I tak jesteś śliczny. – szepnął mi do ucha, dyskretnie całując w policzek. Poszedł do swoich spraw, które wbrew pozorom nie zamykały się wokół patrzenia w lustro i zachwycania się samym sobą. Dokończyliśmy z Kayą kawę i wyszliśmy z coraz bardziej zatłoczonego lokalu.
             Wszedłem do domu i czekałem, aż Kamijo skończy rozmowy i przyjdzie do mnie. Kiedy w końcu nadszedł ten moment, w którym usłyszałem odgłos otwieranych drzwi, zerwałem się z kanapy w trybie natychmiastowym. Oparłem się o futrynę i z uśmiechem wpatrywałem się w blondyna. 
                                                                 ***
                    Przez następne miesiące nie mieliśmy dla siebie czasu. Przebywaliśmy na zmianę w jednym i w drugim domu, a kiedy już zdarzyła się wolna chwila, byliśmy tak zmęczeni  że po prostu zasypialiśmy. Nikomu nie podobał się taki układ, ale trzeba było przetrwać. Pochłaniały nas przygotowania do trasy koncertowej po Europie, wytwórnia Kamijo, do której chcieliśmy się przenieść jeszcze przed trasą i wiele innych spraw. W końcu, gdy mieliśmy dzień dla siebie udało mi się odwiedzić ukochanego. Po cichu wszedłem do środka, biorąc pod uwagę to, że może spać. Zajrzałem do pokoju. Yuuji leżał na łóżku i smutnym wzrokiem wpatrywał się w sufit, z porozrzucanymi wokół niego papierami i uruchomionym laptopem stojącym na udach. Podszedłem do niego i usiadłem na łóżku.
                      - Zostaw już to. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem, przeciągając palcami po jego ciele.
                     - Nie, dzięki… Muszę to sam ogarnąć… - powiedział cicho. Przestawiłem komputer na półkę przy łóżku, pozbierałem papiery i ułożyłem się obok niego.
                     - Czemu jesteś taki smutny? – zapytałem, obejmując go w pasie.
                     - Nie… - odpowiedział, odwracając się w moją stronę. – Wydaje ci się.
                     - Nie wmawiaj mi nic, nie wyglądasz tak normalnie.
                     - Po prostu jestem zmęczony… Nie masz się czym martwić.
                     - Kocham cię. – mruknąłem, wtulając się w niego. Przytulił mnie i pogładził po plecach, jak miał w zwyczaju.
                     - Wiem, ja ciebie też.
Zapadła cisza. Pierwszy raz przytrafił nam się cichy, krępujący moment, w którym nie było jak zacząć rozmowy.
                     - Oszczędź się trochę…  Odpocznij.
                     - Nie mogę. Robię to, żebyś w ogóle się liczył w muzyce – odsunąłem się od niego i popatrzyłem mu ze zdziwieniem w oczy. Te słowa miały co najmniej nieprzyjemny wydźwięk i odebrałem to, jakby Kamijo twierdził że wszystko zależy od niego.
                  - Możesz powtórzyć? – skrzywiłem się. – Nie wiem, czy dobrze rozumiem.
                  - Dobrze rozumiesz. Gdyby nie moja praca teraz, mógłbyś sobie siedzieć pod PSC i grać zbierając kasę do kapelusza. – powiedział beznamiętnie, jakbym nie był dla niego ważny. Zabrałem od niego ręce i wyplątałem się z jego objęć. Wstałem.
                  - Jeśli twierdzisz, że bez ciebie jestem nikim, mylisz się. – warknąłem.
                  - Nie nikim, a gościem bez pracy. – odparł, znów głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Chciało mi się płakać, krzyczeć, bić go, cokolwiek. Z trudem powstrzymując emocje, zacisnąłem pięści.
                   - Gościem bez pracy, którego ponoć kochasz, szanujesz i z którym śpisz. Który stara się najlepiej jak może dla ciebie. – wywarczałem zdenerwowany do granic możliwości.
                   - Daj mi w końcu spokój… - odwrócił się do mnie tyłem. Pierwsze łzy spłynęły po mojej twarzy. W nerwach zrzuciłem go z łóżka.
                    - Popierdoliło cię do reszty? – podniósł głos. Poczerwieniałem ze złości.
                    - Zabieraj swoją narcystyczną dupę z mojego życia! – wrzasnąłem. Wybiegłem z mieszkania, trzaskając drzwiami, dając wokaliście upragniony spokój.
                     Naciągnąłem na głowę kaptur i popędziłem do domu, ile sił w nogach. Zapragnąłem zamknąć się w sypialni i nigdy nie wychodzić. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, jak na złość wszystkiemu co działo się wokół mnie. Miałem ochotę skręcić karki wszystkim stworzeniom wyposażonym w dzioby i skrzydła. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami mieszkania. Otworzyłem je szybko, by zaraz je za sobą zamknąć. Osunąłem się po nich i nie pozostało mi nic innego jak zanoszenie się gorzkim płaczem. Czułem, że zaprzepaściłem i zepsułem wszystko co budowaliśmy przez te dziesięć miesięcy. Przez głowę przegalopowały mi wszystkie nasze wspólne chwile, każdy pocałunek, zbliżenie, każde najmniejsza czułostka. We wszystko wkładałem całe swoje serce, ufałem mu bezgranicznie i starałem się być podporą dla Kamijo w każdej sytuacji. Są jednak, widocznie, rzeczy, których nie zniweluje nawet uczucie. Choćby najszczersze, najgłębsze i najpiękniejsze. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Wstałem szybko, z nadzieją na to, że za drzwiami zobaczą ukochanego wokalistę. I fakt, był tam wokalista. Stary przyjaciel, członek mojego pierwszego zespołu, nim wyciągnąłem tę narcystyczną kozę z Lareine.
                     - Boże, Hizaki… Co się stało? – zapytał z troską w głosie.
                     - Nic. – odburknąłem.
                     - Widziałem jak wybiegasz od Kamijo.
                     - Szpiegujesz mnie?
                     - Nie. Otworzysz?
Z cichym westchnieniem otworzyłem drzwi. Zaskoczył mnie. Jego interesowało moje samopoczucie, ukochanemu byłem obojętny. Piękny układ.
                     - Jasne, wejdź… - otworzyłem drzwi.
Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło. Przez cały czas głaskał mnie po ramieniu, mówiąc że się ułoży, że zapomnę. W końcu zacząłem mu wierzyć.
                     - Juka… Przytul mnie… - mruknąłem.
                     - Co?
                     - Przytulisz mnie?
Zamknął mnie w objęciach. Oparłem na nim głowę i przymknąłem oczy. Juka przytknął wargi do mojego czoła, ścierając mi resztki słonych łez z policzków. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego.
                     - Kamijo był głupi, że pozwolił odejść komuś tak cudownemu… - usłyszałem. W odpowiedzi pocałowałem go namiętnie w usta. Blondynowi chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji i odwzajemnienie pocałunku. Moje ręce zabłądziły na jego szczupłym ciele, tak jak jeszcze kilka dni temu gubiły się we włosach ukochanego. Pocałunek, ni stąd, ni zowąd, stał się głębszy i gorętszy. Dłonie Juki wędrowały po moich udach, kończąc na ugniataniu pośladków. Wszystko było takie podobne… W końcu zgubiłem się w rzeczywistości i oddałem się zapomnieniu.
                      Z samego rana otworzyłem oczy, z przyzwyczajenia oczekując widoku twarzy Kamijo. Wszystko zdawało się być tylko koszmarem, z którego przyszło mi się wybudzić. Prawda była inna. Podniosłem się do siadu i schowałem twarz w dłoniach, przecierając ją uparcie. Usłyszałem sygnał wiadomości z telefonu schowanego w spodniach, rzuconych niedbale na stół. Wygrzebałem go z kieszeni. Czekała na mnie wiadomość od Asagiego, tego wokalisty, którego nigdy nie lubiłem, o czym nie dawałem sobie zapomnieć, nazywając go Pinokiem.
Wysłał mi zdjęcie śpiącego, nagiego, przykrytego do połowy kołdrą Kamijo. Rzuciłem telefonem w kąt salonu. Spojrzałem na śpiącego obok mnie blondyna. Przykryłem go narzutą, naciągając na siebie znalezione na podłodze bokserki. Zarzuciłem na ramiona flanelową koszulę i wyszedłem na balkon z paczką papierosów. Słońce było już wysoko, w przeciwieństwie do mojej nadziei, która zdeptana leżała gdzieś w kanałach tętniącego życiem miasta. Przyjrzałem się końcówce odpalonego papierosa. Zaciągnąłem się głęboko dymem. Końcówka rozbłysła słabym żarem, by po chwili obrócić się w popiół i spaść na kafelki. Gdyby wszystko było takie proste, już dawno umarlibyśmy ze znużenia.
                      Napisałem do Kamijo wiadomość, nie byłem w stanie zadzwonić. 
„Przyjdź, proszę, o siódmej do parku z jeziorkiem.”
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.
„Nie wiem, czy jestem w stanie spojrzeć ci w oczy”
Tego także nie byłem pewien. 
„Przyjdź, proszę”

Tak jak za pierwszym razem, na molo byłem jeszcze przed siódmą. Przypatrzyłem się swojemu odbiciu w lustrze wody. Oto, jak wygląda hipokryta i zdrajca. Kopnąłem jakiś kamień, leżący na skraju desek tworzących podporę molo. Wpadł do wody z pluskiem, pozostawiając symetryczne kręgi po sobie. I tylko to. Kręgi po chwili zniknęły, ale kamień pozostanie na dnie na następne lata, może i dłużej. I może, gdy jakimś cudem się wydostanie, ktoś się kiedyś o niego potknie.
                           - Jestem. - powiedział Kamijo, stając obok mnie.
                           - Nie tylko ty. Ja też cię zdradziłem. – wypaliłem, pomijając powitanie.
                           - Hizaki… Nie jestem zły…
                           - Ja też nie. Mimo to, nie powinniśmy być ze sobą dłużej. – gdy wypowiedziałem te słowa, łzy stanęły mi w oczach.
                           - Ale…
                           - Za dużo się zdarzyło. Przepraszam, nie umiem inaczej.
                           - Nie sądzisz, że znamy się za dobrze? Nie przetrwam bez ciebie… - powiedział cicho. – Wiem, jak to zabrzmi, ale… Pozostańmy przyjaciółmi… - na wodzie pojawiły się nowe kręgi, jako pozostałość moich łez.
                            - Pozostańmy.

niedziela, 28 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek V

-  Zin -

„- Kocham cię.
  - Yuuji… Ja ciebie  też.”

Nie spałem, jak miałem w zamiarze. Trzy kawy zabrane długowłosemu skutecznie mnie obudziły i jak się później okazało – na własne nieszczęście. Nie chciałem tego słyszeć. Wokalista przewijał się przez nasze życie dosyć często. Czasem pił z nami po koncertach, czasem odwiedzał nasz dom, od czasu do czasu wychodzili gdzieś razem z Hizakim. Rozumiałem to i nie mogłem przecież mu w tym przeszkadzać. W końcu byli przyjaciółmi długo przed tym, zanim się poznaliśmy. Ja nie miałem nikogo, prócz zespołu. Chociaż nawet kiedy Kamijo zabierał gdzieś gitarzystę, a mnie chłopaki zapraszali do baru, zwykłem odmawiać. Mimo upływu czasu nie potrafiłem im zaufać. Cały czas starali się ode mnie wyciągnąć informacje skąd jestem, jak zaczynałem, a ja nie umiałem kłamać. Nie umiałem mówić wybiórczych faktów z mojego życia bez strachu, że powiem za dużo.
Wiedziałem, że dłużej nie wytrzymam.
Tak bardzo się dla niego starałem normalnie żyć, bez tego gówna.
Wyjąłem z szafki niewielki słoiczek i przełknąłem kilka tabletek. Cudem przeszły mi przez gardło.
     Zaraz wszystko będzie dobrze, czyż nie?
     Nie?
     To niezdecydowanie. Zabawne, prawda? 
Tonąłem we własnej słabości. Zalewała moje organy utrudniając złapanie oddechu.

      Czyżbyś już utonął?
Żałosne.

Nikt nie lubi książek, które są parszywą kontynuacją zamkniętej serii.

Masaya… On był za dobry. Chciał przecież pomóc. Skłamał, by podnieść mnie na duchu. Kłamał z dobrego serca. A ja nie umiałem tego znieść.
Kolejna tabletka znalazła się w moim przełyku.

        - Skarbie, jesteś tam?

Odkręciłem wodę, by nie budzić podejrzeń. Posiedziałem w łazience jeszcze przez chwilę, by uświadomić sobie, jak bardzo żałowałem otwarcia na nowo tego rozdziału. Wtedy zaczęło się tak samo. A później nie miałem już gdzie wracać.

        Przez resztę dnia dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Byłem zdezorientowany. Czy prócz talentu muzycznego miał także talent aktorski? A może przesadzałem?

***


       Wcześnie rano poczułem jak coś liże mnie po stopie. Podskoczyłem nieco wystraszony. Na łóżku stał wyraźnie zadowolony z siebie Shiro. Westchnąłem ciężko. Przyszedł pies, przyszły i obowiązki. Przytulony do mnie Hizaki przebudził się i spojrzał na mnie.
        - Co się dzieje?
Shiro szczeknął. Uniosłem głowę. Westchnąłem ciężko i już chciałem się podnosić, kiedy na wpół obudzony Hizaki przytrzymał mnie przy sobie i przekręcił się na bok, chowając twarz między poduszką, a moją szyją.
       - Chwilaaaaaaa… - wymruczał.
       - Jak ci się zleje na łóżko to pożałujesz tej chwili. – odparłem.
       - Pójdę z nim. A ty lepiej poleż, wiem co mówię. – odsunął się ode mnie i pocałował mnie, uśmiechając się. Załapałem o co chodzi.  Podniósł się niechętnie z łóżka i ubrał się, co utrudniał mu ciągnący go za nogawkę w stronę wyjścia Shiro. Przypatrywałem się całej tej scence z rozbawieniem. W końcu udało mu się zapiąć psu smycz i opuścić mieszkanie.
Z każdą chwilą dochodziłem do wniosku, że jest naprawdę kochany. Chciałem jego dotyku, którego mi nie szczędził, chciałem, by już zawsze był obok. Na najważniejszym miejscu. Jednocześnie miałem wrażenie, że jakiś fragment jego osoby jest dla mnie nieosiągalny. Duża część wciąż przypisana była starszemu wokaliście, którego wolałem unikać. Gdy wrócił do domu, oczywiście rozmawiał z nim przez telefon. Wyjąłem ze słoiczka dwie tabletki. Spokojnie, myślałem. Sprawa się uspokoi, odstawię to, porozmawiam z nim…
Połknąłem je szybko. Na myśl o takiej rozmowie zrobiło mi się słabo. Podniosłem się do siadu i od razu odczułem lekki ból w tylnych partiach ciała. Długowłosy zajrzał do pokoju.
        - Wstałeś już? Jak tam?
        - Nie jest źle. – odparłem.
        - Idę robić śniadanie. Jakieś życzenia?
        - Zrób sobie dzisiaj więcej kaw. – uśmiechnąłem się. Wywrócił ze śmiechem oczami i poszedł do kuchni. Ubrałem się i doprowadziłem do porządku, by zaraz do niego dołączyć. Rozmawiał przez telefon.  Usiadłem i czekałem na niego, głaszcząc Shiro po łebku.
         - Tak, przyjadę. Nie zapomniałem o urodzinach taty, oczywiście, że nie. Po prostu nie miałem kiedy zadzwonić. Sobota, tak? – słuchałem tego co mówił, głaszcząc starego, merdającego ogonem przyjaciela. W końcu blondyn usiadł obok mnie.
          - Ta kobieta mnie wykończy.
          - Bądź jej za to wdzięczny. – odparłem.
          - Wiem, rodziców ma się jednych. Niedługo cię im przedstawię.
          - Ja niestety nie będę w stanie. – westchnąłem. Posiadanie obydwojga rodziców chyba na zawsze pozostanie kwestią dziecięcych, niespełnionych marzeń. Shiro zeskoczył na podłogę. Zjedliśmy śniadanie w ciszy. Masaya chyba był nieco skrępowany tym co powiedziałem. Jakby chciał zapytać, ale się bał. Usiadłem na kanapie, a on poszedł za mną.
           - Widzę, że wciąż niewiele o tobie wiem…
           - Nie lubię mówić o przeszłości. – oparłem się o jego ramię.
           - Rozumiem.
           - Tyle, że chyba tego potrzebuję.
           - Powiedz mi tyle ile chcesz. Wysłucham. – pocałował mnie w czoło. Znów poczułem się kochany.
           - Jestem nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. – zawahałem się. -  Moja matka była prostytutką, a ojciec jednym z jej klientów. Nie mam rodziców, a bardzo bym chciał. To fajne, kiedy ktoś o ciebie dba bez względu na wszystko, prawda? – uniosłem wzrok. Nie bałem się tego jak zareaguje. Był jedyną osobą, której byłem pewny. W końcu wiedział, skąd jestem. Łatwo się domyślić mojego losu. – Potem udało mi się wyrwać, skończyć szkołę… Ale…
No dobrze. Tego już mu nie powiedziałem. – Czar prysł. Dalej wiesz jak było. – westchnąłem. Złapał mnie za rękę.
         - Wiem. I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby to się nie powtórzyło. – powiedział. Przytuliłem się do niego. Właśnie to poczucie bezpieczeństwa było najpiękniejsze.
         - Zaraz próba. – powiedział po chwili. – Musimy się zbierać.
         - Moment. – odparłem i poszedłem do łazienki.
 Zacząłem robić sobie wyrzuty - jak mogłem pomyśleć, że Hizaki mnie oszukiwał. Czułem, że to nie może być prawda… A przynajmniej starałem się głęboko w to uwierzyć. Wysypałem całą zawartość słoiczka do ścieków. Nie mogłem znów zniszczyć sobie życia. Nie w momencie, kiedy komuś na tym życiu zależało.
          - Piękny, spóźnimy się. – usłyszałem zza drzwi. Ochlapałem twarz zimną wodą i wyszliśmy z domu. Wpadliśmy do salki o kilka minut za późno. Masashi czyścił bas, a Yuki kombinował coś przy bębnach.
          - Witamy zakochanych. – uśmiechnął się czarnowłosy. Na początku się go bałem, ale był zbyt ciapowaty, by zabić nawet pająka.
          - My również. – odparłem. Yuki zmierzył Masashiego spojrzeniem.
           - Jakby nie było nic innego… Ujdzie w tłoku. – skwitował go, po czym wrócił do wcześniejszego zajęcia. Masashi, teraz już z wytrzeszczem oczu, odłożył ściereczkę i zabrał się za podłączanie instrumentu. Usiadłem obok niego, obserwując jak każdy się czymś zajmuje. Przejrzałem nowe teksty.
            - Gdzie Teru?
            - Tu! – nasze głowy skierowały się w stronę wejścia. Białowłosy wpadł do sali zdyszany.
            - No to mamy po piwie, Teru-chan. – wyszczerzył się Hizaki.
            - Znowu… Puścicie mnie z torbami.
            - Po prostu przestań się spóźniać!
            - Łatwo powiedzieć.
Rozłożenie sprzętu białowłosemu zawsze zajmowało stosunkowo mało czasu. Był zawsze perfekcyjnie zorganizowany. Nie licząc oczywiście czasu, ale nikt nie jest idealny. Czasem miałem jednak wrażenie, że nie ma rzeczy, o której by nie pamiętał. Przez niemal trzy godziny wałkowaliśmy bez przerwy dwa kawałki. Za każdym razem komuś coś nie pasowało. W końcu jednak się udało. Wszyscy opadliśmy z sił. To było męczące psychicznie, jak i zarówno fizycznie. Napiłem się wody, kiedy w sali nagle zmaterializował się Kamijo.
            - Proszę, proszę, Jupiter kombinuje coś nowego. – uśmiechnął się. Rzucił mi przelotne spojrzenie. Swoją osobą stwarzał przerażającą aurę. Nie podobało mi się to, więc po prostu zszedłem mu z drogi. Lepiej było się w to nie mieszać. Zacząłem zbierać i układać w jakiś logiczny sposób zawartość teczki z tekstami drukowanymi, jak i pisanymi przez Hizakiego. Doszedłem do wniosku, że jego pismo to prawie nowy język. A ja jako jeden z niewielu nauczyłem się go odczytywać. Z powodzeniem mógłby zostać lekarzem.
            - Dobrze ci poszło, Zin. – głos Kamijo wyrwał mnie z zamyślenia.
            - Dziękuję. – odparłem, spoglądając na niego przez ułamek sekundy i powróciłem do wcześniej wykonywanej czynności.
            - Nie strasz go nam. – Teru kopnął wokalistę w kostkę i podszedł do mnie, by mnie przytulić. Popatrzyłem na niego z rozbawieniem. – A ty się go nie bój. Jeszcze nikogo nie zjadł.
             - Jeszcze. – mruknąłem. Kamijo zaśmiał się pod nosem.
Wkrótce Masashi i Yuki poszli do domów. Długowłosy zajęty był rozplątywaniem kabli i rozmową z Kamijo, a ja zagadałem się z młodszym gitarzystą. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że dobrze by było napić się kawy. Ogarnęliśmy więc względnie bałagan, jaki po sobie zostawiliśmy i poszliśmy do kawiarni. Zajęliśmy miejsce przy oknie.
           - Zin… Mogę zadać ci pytanie? – zapytał białowłosy niepewnie.
           - Zależy. – zaśmiałem się. – Słucham cię.
           - Bo… Skąd Hizaki cię wziął? Masashiemu ponoć nie chciałeś odpowiedzieć, więc przepraszam jeżeli nie chcesz o tym mówić i...
           - Spokojnie. – uciszyłem go. – Nie przepraszaj. Właściwie to poznaliśmy się na ulicy. – uśmiechnąłem się lekko. – Jakoś tak się zeszliśmy. I jeszcze okazało się, że umiem śpie… - zamarłem. Prostopadłe ułożenie skrzydeł budynku powodowało, że z kawiarni mogłem dostrzec wszystko, co działo się w naszej sali prób.
Obejmujący się i całujący Kamijo z Hizakim.
Widocznie zrobiliśmy im wielką przysługę, zostawiając ich samych. Teru powędrował wzrokiem w tamto miejsce. Także oniemiał.
Moje serce rozpadło się na tysiące małych, ostrych i cholernie kłujących kawałeczków.
           - Zin… Nie patrz na to… - Teru odwrócił mnie od okna i przyciągnął do siebie. Jego głos odbijał się echem w tej pustce, jaka we mnie panowała. Pustce, niegdyś wypełnionej jakimikolwiek uczuciami. Nagle wszystko prysło. Jak mogłem być tak głupi? Wierzyć, że kogoś takiego jak ja można szczerze pokochać?
Kamijo – mężczyzna z klasą, talentem, charakterem.
A w jego cieniu ja. Chłopak z metra, śpiewający wiecznie ten sam repertuar, niekiedy z podbitym okiem.
Nie oszukujmy się. To było częścią mojej tożsamości. Kamijo był pod tym względem czysty.
         - Zrób mu awanturę. Ma zrozumieć, że musi się zdecydować. Nie oszczędzaj go. – mówił do mnie Teru. Nie za bardzo mnie to obchodziło. Odsunąłem się od niego i wstałem.
          - Pójdę już. Dzięki. – mruknąłem.
Oddaliłem się w stronę drzwi. Wyszedłem z budynku i skierowałem się prosto do starego domu. Potrzebowałem tego wszystkiego jak nigdy dotąd. Musiałem się jakoś oderwać.
           
 ***

              - Dobrze cię widzieć, stary. – znajomy uściskał mnie. – Ledwo cię poznałem.
              - Trochę się pozmieniało.
              - Trzy działki?
              - Cztery. – odpowiedziałem po chwili namysłu.

Poszedłem do apteki po igły i strzykawki. Nie minęło piętnaście minut, aż trafiłem do swojego starego „mieszkanka”. Nic się nie zmieniło. Nikt nawet tu nie zajrzał.
Przygotowałem sobie optymalną dawkę, by po chwili móc przyglądać się, jak ostry jak brzytwa czubek igły zatapia się w tkankach mojego ciała. Trafiłem w żyłę bez większych problemów. Wstrzyknąłem zawartość strzykawki i wyciągnąłem ją, odkładając na kawałek folii. Rzuciłem się na brudny tapczan i zalałem łzami.
Po chwili nie wiedziałem już dlaczego płaczę. Było tak błogo. Tak dobrze. Tęskniłem.

Witaj, przyjaciółko.
Ukołysz mnie do snu.

czwartek, 25 lutego 2016

Szkarłatny Przystanek IV

Pół roku później...

       Otworzyłem oczy. Leżał przede mną. Farbowane na blond włosy okalały jego twarz, wciąż wywijając się na wszystkie strony, po wczorajszych wojażach stylisty z lokówką. Wciąż spał. Nic dziwnego, że był zmęczony. Dał z siebie dwa razy tyle energii co normalnie. Zrobiłem sobie kawy i patrzyłem przez okno na szczyty wieżowców. Dobrze by było gdzieś wyjechać. Usunąć się stąd, zatrzymać życie. Trasa dobiegła końca. Kochałem to, co robiłem, ale miałem już lekki przesyt. Każdy miał jakieś oczekiwania. Miałem być taki, a nie inny. Miałem robić tak, a nie inaczej. Mimo że nie za bardzo się tym przejmowałem, to takie rzeczy potrafią nieźle zdemotywować. Cóż, nie zawsze można uciec. Z niektórymi rzeczami trzeba po prostu żyć. Poczułem dotyk zimnych dłoni na swoich barkach.
        - Zostawiłeś mnie. – mruknął ich właściciel z wyrzutem. Usiadł za mną na kanapie i przytulił się do moich pleców.
        - Spałeś. Nie chciałem cię budzić. – odparłem, upijając łyk kawy.
        - A ty nigdy nie możesz pospać dłużej?
        - A ty budzić się wcześniej? – uśmiechnąłem się kącikiem ust.
        - Wygrałeś. – zaśmiał się. – Długo tak siedzisz?
        - Chwilę.
        - Zimno tu.
        - To się ubierz.
        - Według romansideł, powinieneś mnie teraz przykryć, przytulić, po czym zapytać czy już lepiej, ale wiem, że tego nie zrobisz. – stwierdził.
        - Nie? – uniosłem brew.
        - Nie lubisz romansideł.
        - Ale ciebie już tak. – zaśmiałem się. Odstawiłem kawę i odwróciłem się do niego przodem. Sięgnąłem po koc, owijając nim nas obydwoje, przytuliłem Zina i uśmiechnąłem się do niego z przekorą. – Znowu wygrałem.
        - Chciałbyś. – odwzajemnił uśmiech i wtulił się we mnie. Zamknął zaspane oczy. Sięgnąłem po kawę, na której zaraz pojawiła się też nienależąca do mnie ręka.
        - Czego tu? – zapytałem ze śmiechem.
        - Łyczka. – odparł, po czym przejął kubek. „Łyczek” stał się całym kubkiem. Pokręciłem głową i poszedłem zrobić sobie kolejną porcję.
        - Chcesz jeszcze?
        - Nie.
Tak jak mogłem się spodziewać. Kolejne dwie porcje czekał identyczny los.
          - Co ja poradzę, że robisz taką dobrą kawę? – popatrzył na mnie z niewinnym uśmiechem, odstawiając kubek.
          - Och, dziękuję. – wywróciłem oczami. – Masz coś przeciwko, żebym zaprosił tu dzisiaj Kamijo?
           - Absolutnie nic. Zaraz idę spać. Obudź mnie jak będzie coś do jedzenia. – zaśmiał się. Pocałował mnie w policzek i poszedł do sypialni. Odprowadziłem go wzrokiem. Szedł jakby poprzedniego dnia wypił co najmniej butelkę nieźle kopiącego trunku. Cóż, zmęczenie.
         Gdzieś w południe rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem je z uśmiechem, ściskając po przyjacielsku mężczyznę, którego kiedyś skłonny byłem darzyć uczuciem.
          - Jesteś sam? – zapytał, rozglądając się.
          - Nie. – odpowiedziałem. – Śpi.
          - Uhm… - mruknął. Wszedł do środka i usiadł na kanapie. Zlustrowałem go wzrokiem. Był zdenerwowany, coś go dręczyło. Nigdy nie umiał ukrywać uczuć. Trudno było nie zauważyć, że czuł się gorzej niż zwykle. Normalnie wszedłby do mieszkania i opowiadałby mi wszystko i o wszystkim. Nie zamknąłby się nawet na chwilę. Wyjąłem z lodówki wino i postawiłem obok kieliszków na stole i usiadłem obok blondyna.
          - Co jest? – zapytałem, napełniając kieliszki.
          - Nic. Widziałem wczoraj wasz koncert.
          - Tak? Czemu do nas nie przyszedłeś?! – zapytałem, patrząc na niego z wyrzutem.
          - Masz swoje życie, nie chciałem przeszkadzać. – odparł. Odczułem w jego głosie coś w rodzaju bolesnej pretensji. Czyżby nadal żył przeszłością? Odstawiłem butelkę wina na stół.
          - Naprawdę tak myślisz?
          - Co?
          - Że jesteś dla nas przeszkodą?
Cisza.
          - Idioto. – prychnąłem, opierając się o oparcie kanapy.
          - Nie przyszedłem tu dzisiaj jako twój przyjaciel, Masaya.
          - A jako kto? Listonosz? – parsknąłem, patrząc na niego z rozbawieniem.
          - Może innym razem… Nie mogę już dłużej… - spojrzał mi w oczy. Spoważniałem.
          - Ty…
          - Kocham cię. – dotknął mojej dłoni. Wciąż miał na palcu drobną obrączkę z tytanu, którą kiedyś mu dałem. Czyżby nosił ją przez cały czas?
         - Yuuji… - westchnąłem i przytuliłem się do niego. Rozstaliśmy się przez taką błahostkę. Nerwy, pochopne decyzje, skok w bok… W zasadzie mogło się to skończyć inaczej. Zmienił się. Nie był już tak egocentryczny jak kiedyś. Może dało mu to do myślenia? W głębi ducha nadal coś do niego czułem. Może to tylko sentyment? Ciężko powiedzieć.
         - Ja ciebie też. Ale jest tu jeszcze ktoś.
         - Ten grajek z metra, tak? - prychnął. Jednak chyba nici z tych zmian.
         - Powiedzmy. – odetchnąłem, odsuwając się do niego. – Ale to jemu nie chcę złamać serca.
         - W czym on jest lepszy ode mnie? Nie ma nic. Wszystko osiągnął dzięki tobie. Szczerze go za to nie cierpię.
         - Zamknij się. – warknąłem.
         - Wybacz. Nie chciałem cię zdenerwować.
         - Zrobiłeś wszystko co potrzeba.
         - Lepiej już pójdę. – wstał, pochylił się nade mną i pocałował mnie krótko w usta. – Do zobaczenia.
Usłyszałem ciche skrzypienie zawiasów drzwi wejściowych. Patrzyłem w ścianę, gdy łzy spłynęły mi po twarzy. Za chwilę usłyszałem ten dźwięk jeszcze raz. Zin…
Zerwałem się i zacząłem się rozglądać po mieszkaniu. Poszedłem do sypialni. Rozgrzebana pościel, ani śladu Zina. Już miałem wybiegać z domu, kiedy wpadłem na Kamijo.
           - Spokojnie, zapomniałem tylko kluczy od samochodu. – uśmiechnął się, trzymając mnie za barki. Oparłem czoło jego ramię i rozpłakałem się z nerwów. Poklepał mnie po plecach i wyszedł. Zapukałem do łazienki.
           - Skarbie, jesteś tam?
Odpowiedział mi dźwięk odkręcanego kranu. Odetchnąłem z ulgą i poszedłem do sypialni. Za chwilę przyszedł do mnie i położył się obok. Od razu schował twarz gdzieś w moich włosach. Przytuliłem go mocno. Kiedy był obok mnie, wszystko było takie stabilne i poukładane. Mimo, że ewidentnie zasiał w moim życiu bałagan. Jednak czasem nawet bałagan można pokochać. W końcu w pewnym sensie jest świadectwem życia... A kiedy taki ktoś jak ja zacznie nadgorliwie planować, wszystko zaczyna przemykać mu tuż przed oczyma. Planowanie wszystkiego było moim wiecznym błędem.
           - Może byś się ubrał? Pójdziemy na jakiś spacer. - zaproponowałem cicho. Pogładziłem Zina po policzku i uśmiechnąłem się.
        - Czasem masz jednak niezłe pomysły. – popatrzył na mnie.
        - Ja zawsze mam dobre pomysły. – prychnąłem.
        - Zdarzy ci się… - westchnął, po czym wstał i zaczął się przebierać w nieco bardziej wyjściowe rzeczy. Niewiele później przekręcałem klucz w drzwiach.
        Pogoda była piękna. Było bardzo podobnie do tego dnia, w którym w drodze na próbę usłyszałem jak Mój Bałagan śpiewa w metrze. Podświadomie nogi zaniosły nas w tamte okolice. Ławka wciąż stała pod ścianą. Była jedynie nieco bardziej zniszczona. Pod ławką leżała kupka sierści. Zinowi rozjaśniły się oczy.
        - Shiro! – zawołał i zbliżył się do ławki. Pamiętałem tego psiaka. Bywał tu dosyć często, jednak nigdy nie dawał się zabrać. Wiedziałem już, kto był dla niego taki ważny. Z początku stworzonko warknęło, ale za chwilę położyło uszy po sobie i zamerdało radośnie ogonem. Przyglądałem się wokaliście z psem na rękach przez chwilę. Przyjemnie się patrzyło na tę scenkę.
        - Zabieramy go stąd? – zapytałem, dotykając posklejanego włosia Shiro.
        - Nie będzie ci przeszkadzać…? – zapytał jednocześnie ze radością i niepewnością w głosie. Wciąż był nieco wycofany i nie umiał zrozumieć, że to co moje należało też do niego. Westchnąłem cicho.
        - Ty też czasem lubisz mi poprzeszkadzać w tak prostych czynnościach jak picie kawy, a i tak cię kocham. – powiedziałem ściszonym głosem, by słyszał mnie tylko on. – Nie będzie.
Miałem wrażenie, że zacznie piszczeć z radości. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów. Już od dawna planowałem przyprowadzenie tego małego nieszczęścia do domu, ale nie pojawiał się w swoim miejscu od długiego czasu. Przez resztę spaceru towarzyszył nam wiernie, nie odchodząc od nogi Zina nawet na krok.
       - Ta chmura wygląda jak Masashi. – stwierdziłem, wyrwawszy się z zamyślenia. Blondyn popatrzył na mnie jak na idiotę.
        - Masz wyobraźnię.
        - Ale zobacz. Tam ma ręce, tu bas i włosy… No i jest wielka. – pokazywałem mu.
        - Dobra, widzę. – parsknął.
        - Zaprowadzę cię gdzieś! – oświadczyłem z entuzjazmem. Nie byłem w tym miejscu odkąd rozstaliśmy się z Kamijo. Mimo wszystko budziło we mnie pozytywne skojarzenia. O tej porze roku park musiał być przepiękny.
Kiedy minęliśmy pierwsze drzewa tworzące pewnego rodzaju bramę, wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie powracać. Rozejrzałem się wokół. Drzewa otulone były bladoróżowymi kwiatostanami. W powietrzu unosił się ich delikatny zapach. Z daleka dostrzec mogłem jeziorko. Teraz ono również okryte było pierzynką z kwiatów. Weszliśmy na most prowadzący na wysepkę z altanką, w której bawiły się dzieci.
         - Pięknie tu.
         - Prawda? – uśmiechnąłem się. Jeziorko zawsze już będzie kojarzyć mi się z Kamijo. To właściwie tutaj się poznaliśmy. I nie miałem tu na myśli pierwszego spotkania. Mogliśmy godzinami przesiadywać na mostku i rozmawiać o największych bzdurach tego świata. Szkoda, że to minęło. Że nie umieliśmy już ze sobą rozmawiać bez wypominania sobie pewnych rzeczy. Czasem wyrzucałem sobie rozpamiętywanie minionych lat.
        - O czym myślisz? – zapytał nagle Zin i oparł się o moje ramię.
        - O wszystkim. O tobie, o nas… – skłamałem. Zabolało mnie to, że nie potrafiłem powiedzieć mu prawdy.
         - I wymyśliłeś coś?
         - Tylko to, że cholernie cię kocham. – przytuliłem go i złożyłem krótki pocałunek na jego ustach. Tu już byłem w stu procentach szczery. Shiro podskoczył i wsparł się łapami na poręczy mostku, szczekając parę razy. – I widzę, że nie tylko ja.
          - Słodkie to było. – niższy powrócił do opierania się o moje ramię. – Ja ciebie też. – dodał. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło na sercu. Niedługo zaczęliśmy iść w stronę domu. Po drodze zrobiliśmy „psie” zakupy. Oczywiście musieliśmy pokłócić się o wybór legowiska, koniec końców jednak ustąpiłem. Pozwoliło mi to nie otrzymać reprymendy, jak to zawsze się wymądrzam i staram postawić na swoim. Można też uznać, że ominęła mnie także noc na kanapie. Po wejściu do domu od razu wsadziliśmy Shiro do wanny. Dawno nie spotkałem tak cuchnącego psa. Ale nie było w tym nic dziwnego. Kundelek nie był jednak skłonny do współpracy.
          - Trzymaj go. Zajmę się resztą. – poleciłem, gdyż bałem się złapać warczącego jak stary traktor psa za pysk, jak robił to Zin.
          - Przecież trzymam. Za kogo ty mnie masz?
          - Za blondynkę.
          - Rude wredne.
          - Nie jestem rudy! Już… - parsknąłem, wmasowując w zmoczoną sierść psa szampon.
          - Lepiej, że rudy niż siwy. - uśmiechnął się z przekorą.
          - Jesteś niemiły. Teraz mi smutno. – popatrzyłem na niego z przesadzonym smutkiem. – Dobry boże! Twój pies jest biały!
          - A myślałeś, że jaki?
          - Nie byłem do końca pewny czy szarobrązowy, czy tylko szary.
Spłukałem pianę z warczącego potwora. Była ciemnobrązowa. Obrzydlistwo. Umyłem go jeszcze raz, po czym Zin wystawił go na podłogę. Pies otrzepał się, chlapiąc na wszystkie strony. Kiedy byliśmy już wystarczająco mokrzy, wystrzelił z łazienki jak z procy.
       - Świetnie. Ty sprzątasz. – mruknąłem.
       - Nie.
       - Mnie się sprzeciwiasz? – uśmiechnąłem się i przyparłem go do ściany.
       - Mhm. – przytaknął radośnie, widocznie zadowolony ze swojej jakże wysokich lotów asertywności. Pogładziłem jego udo, drugą dłonią wędrując od biodra ku górze. Złożyłem kilka pełnych pożądania pocałunków na jego szyi. Zorientowałem się, że miałem naprawdę dobry gust co do perfum. Moja dłoń zawędrowała gdzieś pod jego koszulkę, która – jakoś tak wyszło – znalazła się za chwile na umywalce. Druga zgubiła się gdzieś w okolicy zapięcia spodni Zina.
        - Nadal będziesz się sprzeciwiać? – wymruczałem mu do ucha, muskając je wilgotnymi wargami. Pokręcił głową. Wziąłem go na ręce tak, by oplótł mnie nogami i zaniosłem do sypialni. Powoli pozbawiłem go ubrań, obsypując pocałunkami każdy świeżo uwolniony fragment ciała. Cały ten czas jedną z rąk pieściłem jego męskość przez materiał bielizny. Nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. Zdjął mi spodnie, a następnie usiadł okrakiem na moich udach. Patrzył mi w oczy, zdejmując powoli że mnie bokserki. Przeciągnął palcem po całej długości mojego penisa. Zatoczył opuszkiem palca wskazującego kilka kółeczek na główce, a kiedy przeszedł mnie dreszcz podniecenia, posłał mi przepełniony satysfakcją uśmiech. Pochylił się i po chwili poczułem jak jego usta obejmują moją męskość, poruszając się w dół i w górę. Po jakimś czasie odsunąłem go  i z powrotem pchnąłem na łóżko. Sięgnąłem z szuflady lubrykant i wylałem sobie trochę płynu na dłoń. Powróciłem do ust ukochanego, w tym samym czasie wsuwając w niego dwa palce. 
          - Masaya... Już. - powiedział. Podniosłem się i powoli w niego wszedłem. Syknął cicho. Nie uprawialiśmy często seksu, ale warto było czekać na tę chwilę. Dałem mu trochę czasu na przyzwyczajenie się do mojej obecności, jednocześnie starając się odwrócić jego uwagę od dyskomfortu pocałunkami. Zacząłem wykonywać pierwsze powolne pchnięcia. Nasze zbliżenie stało się już tylko kwestią minut. Odczułem błogą satysfakcję, gdy moje imię wydarło się z jego gardła towarzysząc dźwiękowi osiąganego spełnienia. Wytarłem nasze ciała chusteczką i położyłem się przy Zinie. Pocałowałem go w czoło, gdy się do mnie przysunął. 
         - Rude wredne? - zapytałem z uśmiechem. 
         - I to jeszcze jak. - odparł, uchylając powieki by na mnie spojrzeć.