Życie się toczy. „Pełno nas, a jakby nikogo nie było”. Ktoś tak
kiedyś, gdzieś powiedział. Dziwne to uczucie, mieć zespół, który de facto nie
istnieje. Nic nie mogło wyrazić tej wszechobecnej pustki na sali prób, bez
niczyjego głosu ubarwiającego nasze utwory. Żaden wokalista nie był jednak
wystarczająco dobry, by się nadawał. Ileż ich już było… Starali się, ale
starania to nie wszystko. Tu potrzebny był talent, ciężka praca i tak zwane „to
coś”. Czyli właściwie… Wszystkim, którzy pofatygowali się, by przyjść brakowało
tylko trzech rzeczy. Mieliśmy nazwę, mieliśmy nowe piosenki, mieliśmy wszystko
a zarazem nic. Och, jak cudownie to brzmi. Byłem oficjalnie liderem
formacji, która istniała tylko w tym całym swoim nieistnieniu.
W drodze powrotnej z prób musiałem minąć dosyć nieprzyjemną dzielnicę. Szczerze nienawidziłem tam chodzić, wywoływało to u mnie dosyć głęboki niepokój. W każdym rogu narkomani, alkoholicy i szukający jatki dresiarze. To wszystko było przerażające, a zarazem smutne. Głupota i nieszczęście zawsze mnie zasmucały. Bo jak bardzo trzeba siebie nienawidzić, by codziennie zapodawać sobie dawkę trucizny w nadmiernych ilościach? Jak głupim trzeba być, by zmarnować życie sobie i komuś z otoczenia? Dlatego omijałem tych ludzi jak największym łukiem. Chodziłem przez pobliski przejazd kolejowy, by odejść jak najdalej od niebezpiecznych miejsc. Później skręcałem w jakąś wybrukowaną uliczkę i trafiałem do zwyczajnego świata, zdominowanego przez najzwyczajniejsze w świecie, normalne rodziny. Naturalnie dążące do osiągnięcia satysfakcji z życia i szczęścia. Dalej droga prowadziła przez ciemne, podziemne przejście, most, a potem widziałem już własne mieszkanie.
Słońce zachodziło. Niebo zdobiły złocistoczerwone smugi, a lazurowy błękit w
okolicach horyzontu przekształcał się w łagodne odcienie purpury. Epicentrum
wszystkiego tego stanowiła kula połyskująca intensywnym, lecz nieco
przygaszonym, pomarańczowym światłem. Całość okryta była delikatną kołderką
puszystych, obecnie ciemnoszarych na tle słońca obłoków. Sielanka. Nie licząc
odoru fekaliów, szarych, obdrapanych budynków i sikających na nie mężczyzn. Za
nimi stał ciemnowłosy chłopak z brudnym pokrowcem od gitary na ramionach.
Prawdopodobnie zawartość była właśnie tymże instrumentem, sądząc po tym, jak
zachowywał się materiał. Jego kurtka dorównywała czystością całemu temu
miejscu. Odwrócił się, rzucił coś naprędce do reszty i zaczął iść w tę samą
stronę co ja. Z takiej odległości dostrzegałem tylko jego niski wzrost i rozczochraną
fryzurę. Najbardziej zainteresował mnie jednak cel jego wędrówki z gitarą na
plecach. Minęliśmy tory, przeszliśmy wybrukowaną uliczkę. Szedł spory kawałek
przede mną, toteż zginął mi z oczu, przy wejściu w podziemia. Te obrzeża Tokio…
Westchnąłem. Tyle ludzi wokół, tyle historii, a większość po prostu znika. I
nie ma w tym nic dziwnego. Zaraz gdy zszedłem po kamiennych schodach,
usłyszałem mocny, donośny głos, jednocześnie charakteryzujący się delikatnością
i głębokim brzmieniem. Towarzyszyła mu niezbyt zaawansowana gra na gitarze
złożona dosłownie z kilku chwytów. Przystanąłem na chwilę, by się
rozejrzeć. Pod ścianą siedział ten sam chłopak, którego zgubiłem. Uśmiechnąłem
się i zacząłem iść w jego stronę. Ludzie jakby go nie zauważali. Przypatrzyłem
mu się uważnie. Na jego twarzy, trochę brudnej, wymalowany był wyraz
wzruszenia, najwyraźniej przy użyciu pędzla niezwykle wrażliwego artysty.
Selfish love yeah we're both alone
The ride before the fall,
But I'm gonna take this heart of stone
I just got to have it all
I've seen your face a hundred times
Everyday we've been apart
I don't care about the sunshine, yeah
'Cause Mama, Mama, I'm Coming Home
I'm Coming Home
Podszedłem bliżej. Zauważyłem nieco zlęknione, ciemne oczy wpatrujące się we mnie spod ławki. Pies? Wyjąłem z kieszeni moje niedojedzone śniadanie. Odwinąłem je i rzuciłem w stronę zwierzęcia. Ze nieśmiałością i strachem w oczach kundelek wyszedł i zjadł wszystko, co leżało na ziemi. Minęła nas jakaś kobieta, od niechcenia wrzucając do pokrowca kilka monet. Zwróciłem twarz w stronę właściciela świetnego głosu. Sięgnąłem do kieszeni po parę groszy i wrzuciłem je, idąc w ślady kobiety. Ciemnowłosy uśmiechnął się. Skończył grać.
- Dziękuję. – spojrzał na mnie z wdzięcznością. Czyżbym był jedyną osobą, która w jakiś sposób zwróciła uwagę na jego dar?
- Masz talent. – przysiadłem się do niego. – Nie masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie, nikt nie chce nawet podejść. No i… Dziękuję.
- Masaya. – wyciągnąłem do niego rękę. – Ale mów mi Hizaki. – dodałem, myśląc o mojej niechęci do prawdziwego imienia. Chłopak powoli wyciągnął do mnie rękę i podał mi ją.
- Zin.
- Miło poznać kogoś z takim talentem.
- Miło kogoś poznać… – zaśmiał się, co miało nieco… Bolesny wydźwięk? Przypomniałem sobie skąd przyszedł. Z kim zamienił parę słów, skąd prawdopodobnie usiłował się wyrwać.
- Codziennie tu bywasz? – zapytałem wpatrując się w tego samego kundelka, któremu przed chwilą dałem kawałek kanapki. Zin zacmokał, a zwierzę przybiegło do niego drobnym kroczkiem i schowało się między jego nogami.
- Niestety muszę.
- Tak zarabiasz? – zapytałem retorycznie, wcale nie oczekując odpowiedzi. Miałem ochotę proponować mu wspólną pracę, jednak jeśli nawet, to najpierw należało to skonsultować z resztą. Nie wiadomo co kryje ten człowiek. Nigdy nie wiadomo co kryją ludzie.
- Z pewnością chciałbym cię kiedyś jeszcze posłuchać… Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. – powiedziałem przyjaźnie, a przede wszystkim szczerze. Kąciki ust Zina drgnęły.
- Do zobaczenia. – odpowiedział.
Kolejne kilka dni można uznać w moim przypadku za wycięte z życiorysu. Jak szaleniec, po próbach biegałem w miejsce, gdzie poprzednio usłyszałem głos tego chłopaka. I wariowałem jeszcze bardziej, gdy go nie było. Zdarzyło się to dokładnie pięć razy. Aż później zauważyłem go z grupą jakichś ludzi. Zbliżyłem się do nich. Ciemnowłosy miał smutny wyraz twarzy, stojąc pomiędzy znajomymi przypominającymi widma człowieka.
Selfish love yeah we're both alone
The ride before the fall,
But I'm gonna take this heart of stone
I just got to have it all
I've seen your face a hundred times
Everyday we've been apart
I don't care about the sunshine, yeah
'Cause Mama, Mama, I'm Coming Home
I'm Coming Home
Podszedłem bliżej. Zauważyłem nieco zlęknione, ciemne oczy wpatrujące się we mnie spod ławki. Pies? Wyjąłem z kieszeni moje niedojedzone śniadanie. Odwinąłem je i rzuciłem w stronę zwierzęcia. Ze nieśmiałością i strachem w oczach kundelek wyszedł i zjadł wszystko, co leżało na ziemi. Minęła nas jakaś kobieta, od niechcenia wrzucając do pokrowca kilka monet. Zwróciłem twarz w stronę właściciela świetnego głosu. Sięgnąłem do kieszeni po parę groszy i wrzuciłem je, idąc w ślady kobiety. Ciemnowłosy uśmiechnął się. Skończył grać.
- Dziękuję. – spojrzał na mnie z wdzięcznością. Czyżbym był jedyną osobą, która w jakiś sposób zwróciła uwagę na jego dar?
- Masz talent. – przysiadłem się do niego. – Nie masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie, nikt nie chce nawet podejść. No i… Dziękuję.
- Masaya. – wyciągnąłem do niego rękę. – Ale mów mi Hizaki. – dodałem, myśląc o mojej niechęci do prawdziwego imienia. Chłopak powoli wyciągnął do mnie rękę i podał mi ją.
- Zin.
- Miło poznać kogoś z takim talentem.
- Miło kogoś poznać… – zaśmiał się, co miało nieco… Bolesny wydźwięk? Przypomniałem sobie skąd przyszedł. Z kim zamienił parę słów, skąd prawdopodobnie usiłował się wyrwać.
- Codziennie tu bywasz? – zapytałem wpatrując się w tego samego kundelka, któremu przed chwilą dałem kawałek kanapki. Zin zacmokał, a zwierzę przybiegło do niego drobnym kroczkiem i schowało się między jego nogami.
- Niestety muszę.
- Tak zarabiasz? – zapytałem retorycznie, wcale nie oczekując odpowiedzi. Miałem ochotę proponować mu wspólną pracę, jednak jeśli nawet, to najpierw należało to skonsultować z resztą. Nie wiadomo co kryje ten człowiek. Nigdy nie wiadomo co kryją ludzie.
- Z pewnością chciałbym cię kiedyś jeszcze posłuchać… Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. – powiedziałem przyjaźnie, a przede wszystkim szczerze. Kąciki ust Zina drgnęły.
- Do zobaczenia. – odpowiedział.
Kolejne kilka dni można uznać w moim przypadku za wycięte z życiorysu. Jak szaleniec, po próbach biegałem w miejsce, gdzie poprzednio usłyszałem głos tego chłopaka. I wariowałem jeszcze bardziej, gdy go nie było. Zdarzyło się to dokładnie pięć razy. Aż później zauważyłem go z grupą jakichś ludzi. Zbliżyłem się do nich. Ciemnowłosy miał smutny wyraz twarzy, stojąc pomiędzy znajomymi przypominającymi widma człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz